[wpml_language_selector_widget]
Polish English French German Spanish Finnish Hebrew Swedish Norwegian Italian Czech Slovak Bulgarian Hungarian Portuguese Russian Chinese (Simplified) Japanese Hindi Arabic
[wpml_language_selector_widget]
Polish English French German Spanish Finnish Hebrew Swedish Norwegian Italian Czech Slovak Bulgarian Hungarian Portuguese Russian Chinese (Simplified) Japanese Hindi Arabic
Polish English French German Spanish Finnish Hebrew Swedish Norwegian Italian Czech Slovak Bulgarian Hungarian Portuguese Russian Chinese (Simplified) Japanese Hindi Arabic
[wpml_language_selector_widget]
Polish English French German Spanish Finnish Hebrew Swedish Norwegian Italian Czech Slovak Bulgarian Hungarian Portuguese Russian Chinese (Simplified) Japanese Hindi Arabic
Dział Section 13 -- PROSZĘ KLIKNĄĆ NA TYTUŁ / FOTOGRAFIĘ/SKAN DANEGO EKSPONATU - KLIKNIĘCIE PODWÓJNE DA POWIĘKSZENIE ZNACZNE -- Pamięć Rodziny Przyjaciół

Wojtek Dabrowski Sydney zarys autobiografii czasy młodości w Polsce z elementami konfesyjnymi

Zgłaszający Eksponat:
Wojciech Dabrowski
podziel się z innymi:

Zarys autobiografii, pisany jako „potok wspomnieniowy” z czasów młodości, naszpikowany konkretnymi incydentami, które pamiętam z zadziwiającą ostrością, z elementami konfesyjnymi, i z uwypuklona rola nauczycielki, pani Nowakowskiej.

Pod koniec roku szkolnego obchodzi się w Australii Dzień Nauczyciela. Słysząc pochwały Wnuków na temat tego czy innego nauczyciela, przywołało mi na myśl panią Nowakowska, jedna z najważniejszych postaci szkolnego etapu mojej młodości. Postanowiłem, choć symbolicznie, wywołać z pamięci te Wspaniałą Osobę, by Jej podziękować za Jej mądrość i dydaktyczny profesjonalizm.

Poniżej napisanym, mini esejem dedykowanym Pani Nowakowskiej, nadrabiam zaległość wyrażenie swojej wdzięczności.

Pani Nowakowska zastąpiła nasza wychowawczynię , panią Rachwalską,  gdy byliśmy w trzeciej klasie  w warszawskiej szkole numer 13, i została z nami do końca podstawówki. Wytrawna nauczycielka, już pierwszego dnia  z nami,  chciała się zorientować jaki reprezentujemy  poziom z polskiego i matematyki.   Wybrała książkę z naszej obowiązkowej lektury. Egzemplarz Timur i jego drużyna, która dala nam do czytania, przechodził z rąk do rąk.  Każde z nas, po kolei, rozpoczynając od pierwszej ławki od drzwi, przedstawiało się z imienia i nazwiska i  czytało po kilka paragrafów. Pani Nowakowska słuchała i robiła notatki.

No czytaj dalej Wojtku – mówiła pani Nowakowska – ilekroć dochodziłem do końca kolejnego paragrafu.  Opowiadanie, którego wcześniej nie znalem, zaciekawiło  mnie. Z przyjemnością kontynuowałem, rady, że cała klasa zdawała się być zasłuchana. 

Czytałem biegle już od pierwszej klasy. Mój dziadek Kazimierz miał ambicję, by jego wnuk, zrazu pięcioletni, nauczył się deklamować z pamięci całe połacie z Pana Tadeusza. Zanim rozpocząłem szkołę znalem Koncert Jankiela, Inwokacje, Polowanie na niedźwiedzia i inne, ulubione przez Dziadka, fragmenty. Oferował mi zachętę. Stawka było piec złotych za wiersz. Za taka summę można było dostać garść cukierków w sklepie Wawela, sąsiadującym z brama Filtrowej 8,1 przy której mieszkałem..

Ciemna strona mojego entuzjazmu były częste wizyty u dentysty. Ale wtedy nie wiedziano o związku słodyczy z próchnicą zębów.

Przez Elementarz przeszedłem w ciągu tygodnia. Potem uczyłem się sztuki czytania literatury, z pomocą Dziadka, studiując Redutę Ordona, Krzyżaków, Ogniem i mieczem.

Dziadek, który był wówczas na emeryturze, poświęcał mi dużo czasu i niestrudzenie pracował nad rozwijaniem młodej wyobraźni. Do tej pory pamiętam zadziwienie i zachwyt na widok ogromnego szkieletu wieloryba i fragmentów dinozaurów, eksponowanych w Muzeum Historii Ziemi, przy ulicy Rakowieckiej.

Wizyty te dały mi do myślenia nad bogactwem swata wykraczającego poza moje doświadczenie przestrzeni i czasu.

Któregoś dnia, Dziadek zabrał mnie na Wolę, dzielnice Warszawy, gdzie miał miejsce dramat opisany w poemacie Reduta Ordona.  Odwiedziłem ‘kościołek” (W małym kościołku na Woli został generał Sowiński, starzec o drewnianej nodze..i wrogom się broni szpada, i przychodzą doń adiutanci, adiutanci Paszkiewicza. I proszą, Jenerale, poddaj się nie gin tak marnie…). Wdrapałem się na wzgórze z którego dowodził Sowiński. Chodząc po Parku Wolskim zawędrowałem do ruin będących domniemana prochownia, którą, wedle Mickiewicza, wysadził Ordon” (Dobrze-mówi jenerał – nie odda im prochów). Miejsca znane mi z wiersza ożywiły moja wyobraźnie. Były mnemoniczna pomocą w sprawnym zapamiętaniu wszystkich fragmentów poematu. To było dla mnie przeżycie niczym to, gdy się twarz-w-twarz spotyka aktora, znanego z ról filmowych.   Weszło mi to w krew . Od tamtego czasu cokolwiek czytałem jawiało mi się w przestrzennym wymiarze i ułatwiało zapamiętywanie. 

Na Wolę, z Placu Narutowicza, jeździł tramwaj numer 20. Wyjazd poza dzielnice Ochota, gdzie mieszkaliśmy, było wyprawą w egzotyczna krainę.  „Podróż”, nawet w ramach jednego miasta, pobudzała , pompowała do krwi adrenalinę i ułatwiała przyswojenie pro pamięciowej techniki.

Banalna na pozór wycieczka tramwajem z Dziadkiem w nieznane mi rejony Warszawy opiewane przez Wieszcza, była zaczątkiem pasji podróżniczej trwającej do dziś.  

Czytając „Timura” na lekcji polskiego z panią Nowakowską, widziałem „oczyma duszy” to co było zawarte w tekście. Czytałem powoli, jakby dając czas sobie i słuchaczom, na przyswojenie tekstu. Pani Nowakowskiej spodobała się moja interpretacja. Gdy skończyłem, skomentowała, że odniosła wrażenie jakbym „opowiadał” o przygodach bohaterów, widzianych na obrazach w fotoplastykonie. To była uwaga, która wywarła na mnie wrażenie i pomogła zbudować silna wiarę w moje możliwości. Wraz z pochwałami jakimi mnie zasypywał Dziadek, uwaga pani Nowakowskiej była cennym kapitałem wartości własnej, z którego korzystałem przez cale życie. Porównanie stylu mojego czytania do foto- plastikonowych obrazów, bardzo mi się podobało. Od dawna byłem zafascynowany trójwymiarową projekcja kolorowych zdjęć. Do fotoplastykonu, w Alejach Jerozolimskich, chodziłem z Dziadkiem co najmniej raz w miesiącu. Czyli z taka częstotliwością z jaka odnawiano repertuar zdjęciowy.

Skąpane w słońcu zdjęcia greckich wysepek lub obrazy afrykańskich zwierząt „jak żywych” w ich naturalnym środowisku, zaszczepiał w chłonnej dziecięcej głowie apetyt na odwiedzanie różnych egzotycznych zakątków świata.  

Pani Nowakowska wyraźnie była pod wrażeniem dojrzałości mojego czytania.

Podbudowanie mojego ego przez nauczycielkę miało pewna ciemna stronę o której wówczas nie miałem pojęcia. Wiadomo, ze każdy medal ma dwie strony.

Pochwały w domu i szkole pozbawiło mnie odporności na krytykę i zjadliwość nieprzychylnych ocen. Trafiały one głęboko w pokłady miłości własnej, pozostawiając tam niegojące się rany. A przecież ciosy adwersarzy są normalna częścią życia społecznego. Jak śpiewał Wojciech Młynarski: pewien dżentelmen, u kariery stojąc progu, do wniosku doszedł, ze, czas najwyższy mieć już wrogów/chociaż to luksus ale doszedł, ze, czas najwyższy mieć już wrogów.

Ja nigdy nie zaakceptowałem możliwości posiadania wrogów, jako naturalny bieg rzeczy, i to było moja słabością. Rozumiałem, ze aktywne życie polega na umiejętności radzenia sobie z porażkami i wrogimi atakami, po których należy się otrzepać i żyć i „walczyć” dalej, jak gdyby-nigdy-nic. Ale co innego „rozumieć” a co innego uczynić z tej wiedzy swoja druga naturę. Ja nigdy nie opanowałem tej, niezbędnej, sztuki.

Kiedy kilka lat później pewna nauczycielka zastępująca panią Nowakowska, na dzień lub dwa, nazwala mnie, przy całej klasie, „bałwankiem z niebieskiego śniegu”, byłem zraniony „do żywego”. Przecież nazwanie kogoś „bałwanem” jest w języku polskim bardzo obraźliwym określeniem. Nauczycielka ta, widząc, ze jestem zajęty rozmowa z przyjacielem Waldkiem, kazała mi konstytuować czytanie, skądinąd paskudnego opowiadania, jej wyboru. W tym mini opowiadaniu, na plac zabaw zaczął padać niebieski śnieg. Po chwilowej konsternacji, dzieci przyjęły to dziwne zjawisko atmosferyczne za cos normalnego. Powróciły do zabawy i zaczęły lepić kolorowe, niebieskie bałwany, jak-gdyby-nigdy-nic.

Nie wiedziałem w jakim punkcie tego opowiadania, czytanego przez kolegów, mam kontynuować. Stad ta kąśliwa, pogardliwa uwaga, która mną wstrząsnęła na wiele lat, o ile nie na cale życie. Szczególnie, ze moja mama, czasami nie panując nad swoimi frustracjami, zaznawała ukojenia swego bólu, zadając bol swemu pierworodnemu synowi. Nazywała mnie wtedy „tym bałwankiem…” jakim byłem kiedyś nazywany, „przez te nauczycielkę , która się właściwie na mnie poznała”. Takie, sporadyczne choć trwające latami, wybuchy agresji wpisywały się w różne inne „emocjonalne incydenty” pod moim adresem, ale to już inna historia.

Moje ówczesne rozumienie tajników psychiki kobiecej nie sięgało na tyle daleko, żeby zrozumieć jej motywy. Szczególnie ze raniące uwagi były jak zatrute rodzynki w cieście matczynej miłości.

Byłem i jestem, niestety, wrażliwy jak przysłowiowa mimoza i za ten uciążliwy stan obwiniam matczyne „emocjonalne incydenty”. Tym bardziej, ze miały one miejsce w okresie, kiedy zarówno dobre doświadczenia, jak te inicjonowane przez Dziadka, jak i te raniące do głębi, miały miejsce w okresie chłonnej na bodźce, wczesnej młodości.

Mały człowiek jest wtedy jak krab , który nie wytworzył jeszcze ochronnego pancerza i może być zjedzony przez nawet niewielkiego drapieżnika.

Madre zachowanie rodziców, opiekunów i nauczycieli ma w tym okresie kluczową role.

Jak w filmie Zycie jest piękne, odpowiednia ochrona roztoczona przez ojca nad dzieckiem, uczyniła z obozu koncentracyjnego plac beztroskiej zabawy. Scenariusz ukazuje głoszone przeze mnie stanowisko w literacko zaskakującej, ekstremalnej formie.

Nie chodzi mi o rozliczanie z czasów młodości. Jak się mawia: „ co było a nie jest, nie pisze się w rejestr” lub jak naucza swymi obrazkami Andrzej Mleczko ;”było, minęło, nie ma co żałować”. Ani nie jest moim zamiarem obarczać nikogo z bliskich odpowiedzialnością za niepowodzenia, jakie się w życiu przytrafiają. Jak śpiewa Edyt Piaf „niczego nie żałuje”.

Pragnę w tym mini eseju przedstawić różne „incydenty” jakie, w niejawny sposób, silnie wpływają na dorosłą, moja osobowość. Bóg obdarzył mnie pamięcią do drobnych zdarzeń sprzed lat, o których się zwykle zapomina, i pasja do odkrywania ukrytych, choć bardzo ważnych, doświadczeń z dzieciństwa. To co teraz opisuje staje przed moimi oczami „jakby to było wczoraj” choć od tamtych czasów dzieli mnie więcej niż pól wieku.

Rozpatrując abstrakcje jaka jest kultura dużego zespołu, wyznaczająca ramy i logikę zbiorowej i indywidualnej świadomości, pomijamy w analizie wpływy pochodzące z przestrzeni rodzinnej. A to one, bardziej niż cokolwiek innego, cyzelują, niczym rzeźbiarz dłutem, kawałek marmuru, kształt naszej osobowości.

I stad motywacja, aby wspomnieć panią Nowakowska jako wyjątkowo zdolnego rzeźbiarza mojego charakteru.

Mówi się „bliższa koszula ciału” mając na myśli, ze to co bezpośrednio nas dotyka jest ważniejsze niż abstrakcyjne teorie. Matka Danusia była mi bliska stad jej zachowania miały tak wielka silę oddziaływania. Czasami wręcz sile „rażenia”.

Inna sprawa jest to, ze w polskiej kulturze istnieje nie pisana zasada, ze o swojej matce, mówi się „dobrze” lub wcale. Ja skłaniam się do wersji kompromisowej. Mówi się w niej zarówno o doświadczeniach toksycznych jak i o ekstatycznych, w których miłość matki bywa zjawiskiem najważniejszym. Liczne dowody miłości Danusi, jakich doznawałem, ciekawie współistnieją z napadami toksycznej chęci ranienia, czyniąc z Niej kobietę o „skomplikowanej osobowi”. Czyli takiej, która przyciąga uwagę powieściopisarzy i pomniejszych eseistów, jak ja. W tym mini eseju, ze względu na logikę tego tekstu, elementy toksyczne były zasygnalizowane z pominięciem tych, na których wspomnienie, łzy cisną się do oczu.

O Ojcu Henryku nie wspominam, gdyż jego łagodna, introwertyczna natura, nie prowokuje „eseistę, wspomnieniowca” do prezentacji w gronie innych, wyraźnie zaznaczających się wpływów. Analiza Jego relacji ze mną wymagałaby subtelnej introspekcji, nie pasującej do niniejszego mini eseju.

Filozofia ZEN uczy, ze nie należy ferować opinii na temat charakteru mini wydarzeń, jednostkowych „incydentów”. Tylko po upływie czasu można mówić, czy to co się nam przytrafiło jest „dobre” czy „złe”. Nie wiemy jakie będą ich implikacje bez dłuższej, czasowej perspektywy.

Ja żyje dość długo, aby dostrzegać te implikacje, choć ciąg, jakiego te implikacje są elementem składowym, trwa aż do końca. I być może jest racja w powiedzeniu, ze wszystko co się nam przytrafia jest „dobre” w ostatecznym rozrachunku. Mawia się, trochę na wyrost, ze nie ma takiego zła, żeby się nie obróciło na dobre.

Wiele lat później, jako antropolog, mieszkałem i pracowałem w odleglej wiosce w Górach Zachodnich Papui Nowej Gwinei.

Ilekroć wyjeżdżałem do najbliższego miasta Mt Hagen, odległego od osady Rulna o piec do dziesięciu godzin jazdy samochodem terenowym, za każdym razem , kilku moich szczepowych braci, na własne życzenie, jechało ze mną. W mieście trzymali się blisko mnie chodząc po dzielnicy handlowej, niczym nieustraszona asysta. Silnej budowy, półnadzy, młodzi mężczyźni, wyglądali jak moja ochrona. Po prawdzie to ja byłem ich ochrona, ponieważ w nieznanym sobie miejskim terenie, czuli się bardzo niepewnie. Widać to było po ich zachowaniu i po pełnych niepokoju wyrazach ich twarzy. Mawiali, ze przecież w mieście, w przeciwieństwie do ich wiosek za górami, „nikt tu nie zna ich imion”. Sława wojowników i przywódców swej kultury, na która pracowali całym swym życiem, nie docierała do miasta, a wiec nie była naturalna ochrona przed wrogimi atakami. Respekt jaki ich otaczał w ich środowisku nie docierał do świadomości mieszkańców miasta.

Choć te wizyty w Mt Hagen i incydent z „niebieskim śnieżkiem” dzielił pól wieczny interwal czasowy, dobrze rozumiałem co moi szczepowi bracia mieli na myśli. Ja tez wtedy, w podstawówce, wściekły na ta niemądrą nauczycielkę, myślałem sobie, jak śmie mnie ona ponizać, ironizując na mój temat przed cala klasa. Ona chyba nie zna „mojego imienia”, czyli nie wie kim jestem – myślałem.

Dlaczego w niekontrolowanej furii moja matka tez nawiązywała do ironicznego określenia mnie „bałwankiem” ,umykało mojej wyobraźni. Przecież kto jak kto, ale matka powinna była znać „moje imię” i to jaki jestem „godny szacunku”.

Dziękuję. Powiedziała pani Nowakowska, kiedy skończyłem czytać o Timurze.  Następny proszę.

Mój  sąsiad w dwuosobowej ławce, Waldek Kot, kontynuował. Przeczytał z dwa paragrafy. Zbliżał się koniec lekcji więc kolejne czytane fragmenty stawały się coraz krótsze, tak by każde z nas mogło się zaprezentować przed nową nauczycielką.

Kolega Jurek  Trammer, ze swoja zindywidualizowaną interpretacją tekstu, zwrócił na siebie uwagę pani Nowakowskiej, która nie przerywała mu czytania przez trzy lub nawet cztery paragrafy. Jurek nosił wówczas fryzurę „afro”. Nauczycieli można było podzielić na tych, dla których była ona prowokacją mobilizującą ich do prób sprowadzenia Jurka do „średniego, przyzwoitego” poziomu uczesania i na tych, którzy nie zwracali uwagi na drugorzędne aspekty osobowości małego chłopca.

Zauważyłem, że pani Nowakowska ani razu nie komentowała ekstrawaganckiej fryzury, widocznie uznając, że „zasłużył” sobie na tolerancje, dzięki bardzo dobrym wynikom w każdym przedmiocie. No i biegłym czytaniu opowiadania o Timurze.

Było to jeszcze na długo przed Beatlesami i moda noszenia długich włosów przez chłopców, wiec Jurek nie wpisywał się w żaden „protest młodzieżowy”, wobec którego ciało pedagogiczne musiało być czujne. Zawsze przecież było „niebezpieczeństwo” , ze opozycja wobec powszechnie noszonych przez nas krótko przyciętych fryzur, nie przedzierzgnie się w protest obyczajowy z elementami politycznymi. Tak jak to miało miejsce wśród zachodnich hippisów.

Albo jak braki na rynku kiełbasy zwyczajnej i papieru toaletowego zapoczątkowało ruch, który zmiótł komunizm.

Podobno popularny , choć na pozór niewinny, wiersz Młynarskiego pod tytułem Róbmy swoje, wedle cenzury, był oczywista zachętą do obalenia komunizmu w Polsce i, początkowo, ukazał się pod innym tytułem.

Ale to było później.

Czujność cenzury, być może, była uzasadniona, gdyż wkrótce po ukazaniu się wiersza, narodziła się Solidarność.

Po przerwie była lekcja matematyki.

Tu znowu, przez panią Nowakowska, zostaliśmy poddani próbie w rozwiazywaniu prostych zadań.  Choć matematyka nie była dla mnie trudna to zauważyłem, że Waldek daje sobie z nią rade sprawniej ode mnie.  Na tym etapie były to różnice nie wyraźnie się rysujące, tak jak nie wyraźne były różnice w jakości czytania i interpretacji tekstu.  Trzeba było wprawnego belferskiego ucha pani Nowakowskiej, żeby te różnice uchwycić.

Ze „sprawnością” w różnych przedmiotach było, tak sobie myślałem, jak z uroda koleżanek w klasie. Niby jedna dziewczyna podobna do drugiej …ale zarazem jakże inna. Od jednej lub dwóch nie mogłem oczu oderwać podczas gdy inne były mi zupełnie obojętne.

Kolejne lata potwierdzały to co odczuwałem. Waldek bez wysiłku dostawał najwyższe oceny z matematyki. Ja musiałem pracować.

Wyglądało na to, że Waldek był „ulubieńcem” Matematyki. Że Ona, ta złożona Abstrakcja, nie mogła od niego oczu oderwać, podczas gdy ja byłem przez Nią nie zauważany i musiałem się mozolnie przygotowywać do każdej klasówki, licząc na własne siły, raczej niż na własny geniusz.

Później Waldek został wybitnym inżynierem elektronikiem. Ja tez skończyłem, w właściwym czasie, te sama co on, uczelnie. Inżynieria była jednak dla mnie czymś na kształt „małżeństwa z rozsądku”. Lekarzem nie mogłem być ze względu na uporczywa wrażliwość, o której powyżej wspomniałem. A na Prawo się wtedy, w moim środowisku, nie chodziło.

Jurek Trammer został profesorem na Wydziale Geologii UW.

Niedobory w talencie matematycznym nadrabiałem w dziedzinie humanistyki. Dostawałem piątki z wypracowań domowych pisząc je, bez wysiłku, „lewa ręka”, choć to nie sprawiało mi wyraźnej satysfakcji. Protestancka etyka pracy siedzi w nas głębiej niż religijne orientacje. Cenne wydaje się to z czym  musimy się zmagać. Nad czym  musimy pracować. To co przychodzi łatwo jest jakby bez znaczenia. Jest czymś „normalnym”. Jak latanie musi się wydawać ptakom „czymś normalnym”, podczas gdy my nieuskrzydlone istoty ludzkie, żeby się lataniem zachwycać, musimy zdawać się na skomplikowana technologie, a jej efekty porównywać do cudu.

 Już w owym czasie nauki ścisłe miały większy prestiż niż nauki humanistyczne. Te pierwsze były „męska sprawa”. Wspomagały odbudowę kraju, wysyłanie ludzi w Kosmos. Te drugie kojarzone były z „nagroda pocieszenia” przyznawana dziewczętom.

No jeszcze można było iść do Studium Jeżyków Obcych lub na Geografie.

Wtedy nie znalem tego słowa. Później zrozumiałem, że wszechobecna, choć nie agresywna forma wartościowania nauk ścisłych ponad humanistyczne, była „kulturowa hegemonia” na rzecz tych pierwszych. „Hegemonia”, wedle słownika, jest forma „miękkiego oddziaływania”, nie siłowymi środkami. Jest subtelna sztuka kierowania ludzkimi wyborami w pożądanym przez decydentów , kierunku bez uciekania się do przymusu.

Po latach się zorientowałem, ze byłem poddany hegemonicznej presji na rzecz wyboru

studiow inżynieryjnych.

Owszem, nazwiska Hłaski, Mrozka, Nowakowkiego czy Tyrmanda były powszechnie znane, ale to byli herosi zamieszkujący Parnas, do poziomu których nie można było aspirować.

Słyszało się sporo o Marku Nowakowskim, choć jego nazwiska nie kojarzyłem z panią Nowakowską.

Opcja na rzecz nauk ścisłych nie ukazywała bohaterów, laureatów Nagrody Nobla, lecz promowała stopienie się z masą bezimiennych „pracowników naukowych” i inżynierów. Zjednoczenie zawodowe z takimi ludźmi było nie ekscytująca perspektywa, lecz niekwestowanie poczciwa „dobrą rzeczą”, niczym chodzenie niedzielami do kościoła lub niejadanie mięsa w piątki. Możliwość osiągniecia spektakularnych wyżyn w dziedzinie nauki i przedsiębiorczości nie było wtedy uwypuklane. Na dobra sprawę, prospekt pracy w prowincjonalnym zakładzie był realna perspektywa, na która można było się skazać.

Przynależność do „technicznej inteligencji pracującej” zjednywała grupowy, choć blado się prezentujący, prestiż. Ani ja, ani nikt z mojego otoczenia nie wybiegał myślami w przyszłość, której atrakcja była pewność w uzyskaniu zatrudnienia opłacanego na poziomie zarobków robotnika niewykwalifikowanego. Miłość ojca do pracy inżynierskiej była, nierealna dla mnie perspektywa, która była dla mnie czym płomień dla ćmy. Ojciec Henryk zabierał mnie , co pewien czas, do Estronu i przedstawiał pracownikom jako „przyszły inżynier” w tym zakładzie.

Nie traktowałem tych przedstawień poważnie choć nie było wątpliwości, ze je poważnie Ojciec traktował.

Od najmłodszych lat Mama instruowała nas z siostrą Kasią by w listach z wakacji do Ojca, przed imieniem i nazwiskiem adresata na kopercie, zawsze dodawać „inżynier”.

Bo w ten sposób – wyjaśniała – listonosz będzie wiedział z kim ma do czynienia i rozpowie to wszem i wobec budując tym samym rodzinny prestiż.

Mamy poglądy na społeczny prestiż edukacji, szczególnie technicznej, pochodziły z czasów elitarnego charakteru edukacji. Te poglądy, częściowo wpływały na moje wybory życiowe, choć czasy się już wówczas zmieniały i następowała zdemokratyzowana, powszechna edukacja uniwersytecko-politechniczna.  Na Wydziale Elektroniki studiowało po 600 osób na każdym roku…wiec pobierane nauki były dalekie od statusu elitarnego.  

Subtelna propaganda promująca nauki ścisłe była dla mnie tym czym dla żaby jest podgrzewanie wody w balii,  w której mieszka. Nie wydostaje się z niej na czas aż do momentu kiedy jest już za późno i zostaje ugotowana. Dla mnie takim momentem, począwszy od którego nie mogłem już zrezygnować z planu zastania inżynierem, było rozpoczęcie studiów politechnicznych a Wydziale Elektroniki.

Kości zostały rzucone !

Tak czy siak dyplom magistra inżyniera uzyskałem po pięciu latach żmudnej pracy.

Ale to było wiele lat później.

Wcześniej byłem poddawany subtelnej presji przez Ojca Henryka, dobrego inżyniera, absolwenta najlepszych uczelni niemieckich, przedsiębiorcę i wynalazcę. Choć z tego sobie nie zdawałem sprawy byłem przygotowywany do „inżynierskiej” orientacji zawodowej niczym syn szewca przygotowywany bywa do przejęcia warsztatu po ojcu.  Warsztatem, który miałem przejąć po ojcu, była fabryka farmaceutyczno–chemiczna wybudowana przez niego przed wojna i częściowo znacjonalizowana dekretem Bieruta po wojnie. Zakłady Chemiczne inżyniera Henryka Dąbrowskiego zostały przemianowane na Spółdzielnię Produkcyjna o nazwie Estron.

Ojciec, pozbawiony własności, pozostawał na stanowisku dyrektora technicznego w swojej dawnej fabryce. Najważniejszy dla niego był zawód inżyniera a sprawy własnościowo – polityczne schodziły na dalszy plan. Miałem wiec odziedziczyć po nim sztukę inżynieryjną zdolna prowadzić zakład chemiczny, w każdych warunkach własnościowo – politycznych.

Matka Danuta była „magistrem farmacji”. Tak jak Ojciec, nie interesowała się zagadnieniami natury humanistycznej. Pewne wsparcie w moich inklinacjach, które się wyrażały zainteresowaniami literatura i czytaniem ambitnych periodyków kulturowych, była moja ciocia Grażyna, młodsza siostra Mamy, która mieszkała z nami w mieszkaniu na Filtrowej. Zaspakajała mój głód wiedzy humanistycznej przynosząc co tydzień ambitne tygodniki , które entuzjastycznie czytywałem każdej niedzieli.

Stopniowo topniały wpływy Dziadka wraz z jego miłością do literatury romantycznej a wzmacniały się wpływy Ojca z jego techniczno-ścisłym umysłem. 

Wcześnie Ojciec uczył mnie języka niemieckiego abym mógł studiować literaturę techniczna w tym języku, jaka zalegała nasz dom.  Zaczynałem od Małych Mozajek językowych. Potem przez podstawową literaturę techniczna doszedłem, z pomocą Ojca, (ale z trudem) do podręczników chemii organicznej w okresie kiedy moi rówieśnicy czytali kryminały, Zwierciadło, Przekrój czy Sztandar Młodych.

W piątej klasie rozpocząłem naukę niemieckiego w szkole. W ramach „zdobyczy” politycznych po 56 roku rodzice mogli wybierać język obcy dla dzieci, nie tak jak to było dotychczas, kiedy to język rosyjski był przedmiotem obowiązkowym i jedynym nauczanym językiem obcym.

Nauczycielka była pani Rosa Szwarc. Wymagająca i sroga pani. Z racji wspomagania przez Henryka byłem u niej prymusem. Pani Szwarc spytała nas kiedyś w klasie, dlaczego słowa niemieckie, jakie czasem napotykamy w literaturze, zawierające litery nie znajdujące się w polskim alfabecie, takie jak „o-umlaut” czy „a-umlaut”   pisze się „o-e” i „a-e”.  Znałem te znaki z nauk pobieranych od Ojca, ale to Waldek, z łatwością dostępną umysłowi ścisłemu opartemu na skojarzeniach, powiedział poprawnie, że to jest wymuszone przez fakt, że klawiatura maszyn do pisania w Polsce nie zawiera całej gamy niemieckich czcionek. W takim przypadku wymyślono konwencje dodawania litery „e” po „a” i „o” jak na przykład w rzeczowniku „Voegel” , po polsku „ptak”.

Waldek mi imponował.

 Wówczas, jak i nadal, panuje strategia edukacyjna polegająca na tym, że nie ufa się wrodzonym zdolnościom wyrażającym się w tych czy innych naukach. Moralizatorstwo edukacyjne zakłada, że wyniki są funkcją wysiłku wkładanego na rzecz  danego przedmiotu. Patrz: archetypy moralne etyki protestanckiej, bez protestantyzmu.  Złe oceny maja upokarzać winnych zaniechań i mobilizować do większego wysiłku. Dobre oceny nie wskazują na rodzaj zdolności tylko nagradzają domniemany wysiłek poniesiony w opanowywanie zadawanego materiału.  Ambitna młodzież, kierując się polityka edukacyjna, ignoruje dobre wyniki z przedmiotów które łatwo przychodzą, i skupia się na poprawie tych dziedzin, w których odstaje od najlepszych.

 Ideałem nauczania, to się wyczuwało, a było przed polityka rozróżniania na „ciągi” humanistyczne i ciągi techniczne, była równowaga w opanowaniu zarówno przedmiotów humanistycznych jak i ścisłych. W optymalnych przypadkach taki „ogolnowyksztalcony” uczeń (Gimnazja były nazywane Liceami Ogólnokształcącymi) powinien tez być dobrym sportowcem, mieć słuch muzyczny i wrażliwość społeczna. Do takiego wyksztalcenia aspirowałem.

Czując , że matematyka jest słabszym ogniwem mojej edukacji, zapisywałem się do „kółek matematycznych”. Wieczorami wraz z kolega Tomkiem Kowalskim studiowałem zadania z ubiegłorocznych olimpiad matematyczno-fizyczno-chemicznych.  Do głowy mi nie przychodziło, żeby brać udział w kolkach dramatycznych czy językowo-poznawczych. Bo i po co? Przecież byłem dobry z przedmiotów humanistycznych.

 Bralem  udział w konkursach recytatorskich. To wszystko.

Gdybym się podzielił ze swoimi obawami co do istnienia lub braku „iskry bożej” w moim rozumowaniu ścisłym, spotkałbym się jedynie z zachętą/nakazem „przyłożenia” się do danego przedmiotu, to znaczy włożenia większego wysiłku. Mama przy takich okazjach mawiała o: „konieczności „przysiadywania” fałdów w plisowanej spódnicy” (przysiądź fałdów). W domyśle, poświęcania więcej czasu w zgłębianiu zadań, w których nie czułem się mocno. Innymi słowy, w dziedzinach w których nie czułem „iskry bożej” w której istnienie, lub brak, mocno wierze.

 Wyjątkiem w tym chórze zachęcających do większego wysiłku tam gdzie w najlepszym przypadku mógłbym się stać „podwykonawca” czyichś pomysłów, była pani Nowakowska.

W piątej czy w szóstej klasie zawezwała nas trzech Waldka Kota, Jurka Trammera i mnie do pokoju nauczycielskiego. Oświadczyła nam, że po kilku latach obserwacji widzi już jasno, że Waldek jest „stworzony” do pracy naukowej w naukach ścisłych, a ja i Jurek jesteśmy urodzonymi humanistami i powinniśmy rozwijać się w tym kierunku.

Nie wiedziałem, czy się cieszyć czy martwic z takiej jasno postawionej analizy. Byłem przecież zdominowany wiara, ze wzmożonym wysiłkiem zdołam „udrożnić” w sobie te pro-inżynierską „iskrę bożą”.

Przecież nie tylko Ojciec Henryk był inżynierem. Inżynierami byli jego bracie. Czesław był inżynierem elektrykiem, profesorem na Politechnice Łódzkiej. Ignacy był inżynierem cukrownikiem. Czułem się, potencjalnie, wyrzutkiem z takiej tradycji.

Potem pani Nowakowska spytała Jurka i mnie czy może kilka naszych wypracowań pokazać Markowi Nowakowskiemu, wtedy już uznanemu i znanemu autorowi krótkich opowiadań. Skojarzyłem wtedy że Marek jest synem pani Nowakowskiej.

Zgodziliśmy się, oczywiście i wkrótce potem zostaliśmy zaproszeni na spotkanie z Markiem w jego mieszkaniu.  Marek czytał nasze eseje.  Mówił to czego dotychczas nigdy nie słyszałem. Widział w nich „pazur talentu”, który należy kultywować. Przestrzegł przed pytaniami: ciekawe co robić z wyksztalceniem humanistycznym?. Albo ilu jest potrzebnych literatów w Polsce ? Takie pytania są trucizna sączącą się w młode umysły – zawyrokował Mistrz Marek.

Nagle spytał: „a jesteście wierzący?”

Zaczęliśmy z Jurkiem bąkać pod nosem, że chodzimy niedzielami do kościoła.

Nie o to pytam – skarcił nas Marek, rozmawiając z nami jak z dorosłymi, pomimo tego, że mieliśmy po 12 lat (szósta klasa )

„Wierzy się” bo się „nie wie”. Nie można wiedzieć co będzie gdy dorośniecie. Ale możecie „wierzyć”, że z waszym talentem i w dodatku z „lekkością i swobodą” wolna od postaw oceniających i roszczeniowych, z otwartym sercem i umysłem, właściwe drogi postepowania same się wam ujawnią.

Marek był erudyta. Musiał być w dobrym humorze w czasie tego spotkania bo zaskakiwał nas tym co do nas mówił.

A znacie modlitwę – kontynuował Marek w tym quasi religijnym trybie – „Kto się w opiekę odda Panu swemu a całym sercem szczerze ufa jemu, szczerze rzec może mam obronę Boga nie spadnie na mnie żadna straszna trwoga”. Wiec , dla nas humanistów, – mówił Marek – należy w tej modlitwie Boga zastąpić „talentem” i resztę słów modlitwy pozostawić bez zmian.

Oczywiście – przestrzegł – trzeba nad sobą pracować. Trzeba brać udział w debatach. Zabierać glos gdzie tylko się da. W domu, w szkole w harcerstwie. Wtedy nie tylko dacie się poznać, ale usłyszycie samych siebie. Z „bycia sobą” zaczniecie „być dla siebie” – powiedział z taka pasją w glosie, że zapamiętałem to wyrażenie na długo zanim zrozumiałem, studiując wiele lat później filozofię, dogłębne jego znaczenia.   

No i przychodźcie po dalsze wskazówki. Znajdziecie mnie przez Matkę.

Na tym skończyliśmy.

Co to znaczyło by się wystrzegać „roszczeniowej” postawy – spytał mnie Jurek, jak już byliśmy na ulicy. Albo co znaczy to „w sobie” i dla „siebie”. Nie wiedziałem, ale byłem pod wrażeniem spotkania i zapamiętałem te słowa trzymane w mej pamięci do „interpretacyjnej obróbki”, w stosownym czasie i przy stosownym wyksztalceniu.

Wspomniałem Marka Nowakowskiego i jego przeslanie wiele lat później, kiedy porzuciłem ambicje pracy inżynierskiej i zacząłem studiować antropologie. I to w języku angielskim na Narodowym Uniwersytecie (ANU), w Australii.

Potem, te same obserwacje co do kierunku edukacji, jakie zaszczepił w naszych głowach Marek, poruszyła pani Nowakowska w rozmowach z naszymi matkami.  Tak jak ja, moja mama Danusia, niewiele wówczas z tych słów wyniosła. Przekonana była, że pani wychowawczyni zaleca mi jeszcze bardziej usilnego „przysiadania fałdów” w pracach domowych z matematyki i fizyki.

Posiane „ziarna mądrości” wydadzą plon wiele lat później, I to tylko wtedy, kiedy padną na urodzajne grunt.

Jurek miał łatwiej. Ojciec był profesorem prawa a mama utalentowaną artystką. Jurek poszedł na Geologię, na której został profesorem. Czyli wybrał kompromis między nauką ścisłe matematyczno-fizyczną a humanistyką. Przez lata publikował felietony w GW.

 Ja, oprócz wczesnych flirtów z literaturą dzięki pasjom dziadka Kazimierza i wspomaganiu cioci Grażynki, nie miałem żadnego wsparcia w humanistyce.

Stefan Garczyński, mój mentor i nauczyciel angielskiego, wyznawał zasadę daleko idącej nieinterwencji.  Gdy go raz spytałem o rade , która droga kształcenia podążać, drogą technicznych nauk czy humanistycznych, powiedział mi wprost: „moja rada jest taka: rób co chcesz”. Czyli:”robta co chceta”.  Gdy wyjaśniałem, że skłaniam się ku inżynierii, ze względu na tradycję domowe i bogatą literaturę techniczną, Stefan powiedział, że „tradycje” uznaje za rzecz istotną ale zbiór technicznej literatury jest „słabym argumentem:’ na rzecz politechnicznego wyboru.

Pozostawałem wiec sam. Targany słabo uświadomioną wartością „w sobie”, a znacznie bardziej uchwytna wartością natury pragmatycznej, jaka były opcja inżynierska.

Nikt przecież nigdy nie zadałby pytania: „a co będziesz robił po studiach””?

Czułem, że pani Nowakowska poświęca mi dużo uwagi i subtelnie steruje mnie w kierunku humanistyki co do wartości którego, w moim przypadku, była przekonana. Miałem co do tego mieszane uczucia jak ktoś, kogo zawracają z drogi dobrze mu znanej i zachęcają do pójścia inna, nieprzetartą. Czyli droga dla mnie, mentalnie, „Less travelled”. Nie znalem wówczas uczucia „powołania”, o którym mówią adepci seminariów duchownych. Pragmatyczna opcja była znacznie lepiej przeze mnie słyszalna niż opcja humanistyczna.

Ja wówczas byłem bardziej zainteresowany wychodzeniem naprzeciw oczekiwaniom Mamy, niż zastanawianiem się nad „esencja własnej osobowości” i pozostawaniu jej wiernym.  Nakaz biblijny mówienia ‘tak” na tak i „nie” na nie , był mi raczej obcy. Nie stroniłem od sporadycznego „sciągania” na klasówkach od Waldka. Nie miałem też żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu. Przecież „wynik” a nie zasady wedle których się do niego dochodzi, były najważniejsze. A na pewno tak było w ocenie mojej Matki.

Do  myślenia dal mi pewien epizod. W czasie którejś piętnastominutowej przerwy, w szóstej klasie, doszło do sprzeczki miedzy mną i Waldkiem. O jakiś drobiazg. Trudno mi sobie nawet wyobrazić co mogło być powodem jakiejś szarpaniny. Do Waldka  żywiłem, wtedy jak i teraz po latach, jeno najcieplejsze uczucia. Gdy mu niechcący przerwałem luk brwiowy i rana zaczęła obficie krwawic, byłem przerażony.

Wtedy w szkole była stołówka, gabinet dentystyczny i pielęgniarka na pełnym etacie. Zaprowadziłem Waldka do gabinetu lekarskiego i wróciłem do klasy.

A teraz – powiedziała pani Nowakowska – idź do domu Waldka i powiedz jego mamie co się stało. Poproś, żeby przyszła do szkoły.

Stałem jak wryty. Proste polecenie wychowawczyni wydało mi „zbyt oczywiste” by można by je spełnić od tak „po prostu”.

Może to z tego się brało, że w moim domu mama zawsze kluczyła. Nigdy nie byłem pewien jej reakcji. Raz mawiała, że „jestem najważniejszym mężczyzną w jej życiu” innym razem znęcała się nade mną wypominaniem czegoś o czym chciałbym zapomnieć. Jak o pomówieniu o bycie „bałwanem z niebieskiego śniegu”.

Kiedyś wziąłem do szkoły zegarek ojca bez wiedzy rodziców. Było to w drugiej klasie, czyli w okresie sprzed nastania pani Nowakowskiej. Nauczycielka to zobaczyła. Zarekwirowała zegarek i kazała przynieść notatkę w dzienniczku, że rodzice wiedzieli, że „wziąłem ten zegarek”.

Nie wiedzieli…a jakby się dowiedzieli to nie byłoby wielkich konsekwencji. Wówczas myślałem, ze spotkają mnie niewyobrażalnie srogie konsekwencje. W domu nie panowała atmosfera otwartego zastraszenia. Niemniej musiał istnieć jakiś podskórny terror. Atmosfera hegemoni, o której wspomniał powyżej, dotyczy subtelnych sygnałów mających wpływ na ocenę charakteru autorytetu „dzierżącego władze”. Choć w domu nie panowała ostentacyjna przemoc, ani miedzy rodzicami, ani wobec nas , dzieci, niemniej musiała ona być „podskórnie” obecna. Mały, wrażliwy chłopiec, jakim wtedy byłem, wyczuwał groźbę kary, najprawdopodobniej w postaci połajania. To co „obiektywnie” można by uważać za rzecz błahą, dla mnie, a pamiętam to do dzisiaj, wiązało się z groźbą ataku na moja „miłość własną” i moje poczucie wartości osobistej. Czyli na najbardziej czule rejony goszczące gdzieś w zakamarkach duszy. Kara fizyczna w postaci wymierzonego klapsa, byłaby znacznie łagodniejszą opcja, wedle mojej ówczesnej hierarchii.

Bicia otwarta dłonią doznałem od matki w wieku pięciu lat. Wtedy to broniła mnie Babcia (Bunia), która nastawiła dłoń, w mej obronie, by powstrzymać furie mojej niezrównoważonej mamy. Za czasów „incydentu” z zegarkiem Babcia już nie żyła. Zmarła w 1955. Wiedziałem wiec, ze nie mam w domu wiarygodnego sojusznika.

Sporadyczne ataki mamy, przeplatane zapewnieniami, ze jestem „najważniejszym mężczyzną jej życia (sic)” były, wymierzone w ojca Henryka, którego obwiniała za wiele przyczyn swojej frustracji.

O tym wiedziałby każdy znawca dynami rodzinnej.

Słyszałem w swym życiu opinie, ze moja chwiejność psychiczna tamtego czasu, wiązała się tez z moim zawodem co do reakcji ojca na niewłaściwe zachowanie matki. Bywa, ze „nie interwencja” tam gdzie należałoby się jej spodziewać, bywa „grzechem zaniechania działania”.

Henryka stoicki spokój na wydarzenia wokół niego przyczyniało się do mej niepewności co do mego bezpieczeństwa w domu w przypadku, spowodowanej przeze mnie kontrowersji.

Dziecięcy świat ma swoje prawa, o których rodzice często nie maja pojęcia.

W mojej młodzieńczej głowie, mój „czyn niesubordynacji” urósł do gigantycznych rozmiarów. Nie byłem w stanie im powiedzieć „jest tak a tak; wziąłem Schaffhausena, żeby się pochwalić nim przed kolegami; przepraszam; nie róbcie z tego sprawy”. I na tym by się skończyło. 

Pomimo wielorakich zdolności, które pozwalały mi się czuć pewnie w klasie, bez żadnego wysiłku, byłem moralnie pokręcony i nieufny wobec intencji dorosłych. Byłem jednym z tych, licznych w ówczesnej Polsce dzieci, które na pytanie: co to jest? Po stawie pływa kaczka się nazywa – odpowiadały, że to może łabędź, albo okręt, albo może krokodyl. Byle tylko nie powiedzieć po prostu „kaczka”. Dopatrywałem się drugiego dna. Węszyłem podstęp w pozornie przejrzystych sytuacjach, niczym płochliwe zwierzę nie wierzy, i słusznie, że myśliwi dokarmiają je bez utajonej intencji.

No idź ! – przynaglała mnie pani Nowakowska – wiesz przecież gdzie Waldek mieszka. Ku memu własnemu zdziwieniu poszedłem do domu Waldka. Zastałem jego Mamę i spokojnie opisałem sytuacje prosząc ją, żeby przyszła do szkoły. Zapewniłem, że Waldkowi nic się poważnego nie stało i że bardzo mi przykro, że to ja byłem przyczyną tego incydentu. To była szczera prawda. Ja nie żywiłem do Waldka żadnej urazy.

Dumny byłem z tego, ze przesiedzieliśmy razem, w jednej ławce przez 11 lat , w tym Siedem lat szkoły podstawowej i Cztery lata szkoły średniej. Byłem wdzięczny, ze wówczas pozwalano nam wybierać z kim chcemy dzielić dwuosobowa ławkę. Potem, dominującą zasada w organizacjach do których należałem, na przykład harcerstwa, było nie dopuszczanie do tworzenia głębokich przyjaźni na bazie swobodnego dobierania się. Mieszanie składu namiotu ,,co dzień rozbijanego od nowa w harcerstwie wędrownym”, jest tego przykładem. Później zrozumiałem, ze władza nie toleruje spontanicznego bratania się podopiecznych. W warunki atomizacji, wyklucza się możliwość zawierania wspólnych nieformalnych frontów. A to może zagrażać istnieniu władzy.

Ale ten watek rozwinę w innym eseju.

Rana Waldka się wkrótce zagoiła. O incydencie myślałem wielokrotnie. Jak to się stało, że poddałem się poleceniu pani Nowakowskiej, podczas gdy jeszcze niedawno myślałem o samobójstwie, kiedy to inna nauczycielka poleciła mi skontaktować rodziców w sprawie potencjalnie zupełnie banalnej. Mogło być – myślałem – że do pani Nowakowskiej miałem zaufanie i akceptowałem jej autorytet i osobista charyzmę. Zaufałem, że „tak powinno się postąpić” jeśli to ona tak zadecydowała.  Inna sprawa, że znalem panią Kotową jako miłą, zrównoważoną osobę, której reakcję na moja wiadomość mogłem przewidzieć.

Role akceptowania autorytetu pani Nowakowskiej przypomniałem sobie, pól wieku później, w kontaktach z lekarzami. Zalecenia jednych – ignorowałem, aby podobnym zaleceniom innych, się bez szemrania podporządkować.

Zagadek występowania autorytetów , w różnych dziedzinach życia, wydaje mi się ciekawa rzeczą godna dogłębnej analizy.

Taka analiza wymagałaby zgłębienie hegemonicznej strategii aplikowanej zarówno w kontaktach indywidualnych jak i grupowych.

Ale to i tym razem jest inna historia.

 W domu Mama mawiała „tylko nie mów tego ojcu” albo „nie powtarzaj tego w szkole” zachęcając mnie do czujności i cenzurowania wszystkich wypowiedzi pod groźbą jakiegoś kataklizmu, który mogę na siebie i na rodzinę ściągnąć w przypadku gdybym, uchowaj Boże, zaczął mówić „tak” na tak i „nie” na nie…

Wiele lat później usłyszałem przypowiastkę sufijską o mulle Nasruddinie, który chodził od wsi do wsi, ze swoim wiernym osiołkiem, i rozwiązywał problemy.

W którejś z wiosek był złodziejaszek wśród tamtejszych chłopców. Nasruddin obiecał zidentyfikować ladaco z pomocą swojego osiołka. Osiołkowi pomazał błotem brzuch a wyrostkom, wśród których był niezidentyfikowany dotychczas sprawca, kazał obie dłonie oprzeć na brzuchu zwierzaka i powtarzać za nim słowa tajemnego zaklęcia które, niechybnie pozwoli zidentyfikować złoczyńcę.

Gdy skończyli inwokację mułła kazał odstąpić od osiołka i pokazać swe dłonie.

Wszyscy oprócz jednego chłopaka mieli dłonie umazane w błocie.

Ten, który miał dłonie  czyste został zidentyfikowany jako sprawca, nękający wieśniaków, kradzieżami.

Przysłowie mówi: na złodzieju czapka gore. Znaczy to, ze ktoś bez czystego sumienia lub intencji żyje w stałym niepokoju. Jest nieufny co do intencji i kompetencji zwierzchników.

 Po usłyszeniu tej przypowieści pomyślałem, że w młodym wieku to ja miałbym czyste ręce, nawet jeślibym nie był poszukiwanym sprawcą kradzieży. Ot tak. Na wszelki wypadek nie ufałbym poleceniom ze strony „dorosłych”. Może to była nieufność w stosunku do wszelkiej znanej mi władzy. W tym władzy nade mną rodziców, szczególnie Mamy. Nie miałem tez żadnych ciepłych skojarzeń co do władzy politycznej „wyższego szczeble”, choć moje polityczne preferencje nigdy mnie nie absorbowały. Wydarzeniem mojej młodości była „choinka”, bożonarodzeniowa uroczystość zorganizowana w Pałacu Młodzieży, jednym ze skrzydeł Pałacu Kultury i Nauki. To było wspaniale wydarzenie. Jak z pięknego snu. Nie zastanawiałem się wówczas, kto i za jakie pieniądze zorganizował taka piękną imprezę. Prawdopodobnie myślałem, ze to robota Świętego Mikołaja. Albo „Dziadka Mroza”, jak podawano podczas rzeczonej Gwiazdki.

Prawda jest, ze jako jeden z trojga kolegów nie zapisałem się do ZMSu w latach gimnazjalnych. Miało to jednak związek z „estetyka indywidualnych wyborów”, niż z kontestacja ideologii, formalnie, stojącej za tym ruchem młodzieżowym. Znalem już wtedy wiersz Zbigniewa Herberta, ze indywidualny profil polityczny zależy raczej od „dobrego smaku” niż od orientacji polityczno-ideologicznej.

Inna sprawa, ze zawziętym oponentem mojej decyzji trzymania się z dala od ZMSu była moja Mama, a nie, jak by można było się domyślać, instancje państwowe. Był to rok 1965. Nie miałem kłopotu z dostaniem się na studia. Nikt mi nigdy nie wypominał mojej decyzji trzymania się z dala od ZMSu.

Dobrze znać powyżej wspomniany fakt, w warunkach kiedy cały okres PRLu przedstawia się, przez fanatycznych lustratorów przeszłości, jako okres terroru i zniewolenia.

Lawirowania uczyłem się w domu. Mama „lawirowała” w relacji z ojcem zachowując pozory związku w warunkach ewidentnego braku czułości. Wielokrotnie mieszała emocjonalna presje, która z łatwością podpadałaby pod kategorie „molestowania”, z macierzyńską troskliwością czyniąc mnie zdezorientowanym i nieufnym co do jej intencji.   

W październiku 1956 roku bylem z ojcem w Poznaniu na Międzynarodowej Wystawie Technicznej. Przez szyby hotelu widziałem ludzi biegnących po ulicach i słyszałem odlegle strzały karabinowe. Jakiś czas później omawialiśmy na lekcji historii genezę święta 1-go Maja upamiętniającą strajki robotnicze w Chicago. Idąc za radą Marka Nowakowskiego nie przegapiałem żadnej okazji żeby podzielić się swoimi doświadczeniami. Opowiedziałem o Poznaniu budując analogię między wydarzeniami Październikowymi a tymi w odległym Chicago.

Nasza nauczycielka od historii pani Trzewik, wysłuchała mnie z zainteresowaniem. Ze strony nauczycieli nie spotkałem się z żadna krytyka. Natomiast Mama, która dowiedziała się na wywiadówce o moim „śmiałym porównaniu” „protestów poznańskich” ze ”słusznymi strajkami robotniczymi w USA”, była bardzo na mnie zła. Sugerowała, że ściągnę nieszczęście na rodzinę nie rozumiejąc co można a czego nie można wypowiadać publicznie.

Co można a czego nie można, nie było nigdy dla mnie jasne do końca. Kiedyś na lekcji polskiego pani Nowakowska poleciła mi przeczytanie wypracowania domowego pod tytułem: moje najmilsze wspomnienie wakacyjne…

Zapomniałem napisać w domu to wypracowanie. Ale zamiast się przyznać zacząłem improwizować z pamięci udając czytanie. Opowiedziałem historię o tym, jak przez cały dwutygodniowy turnus wymieniałem  spojrzenia z sąsiadką jadającą obiady kilka stolików ode mnie, nigdy nie wymieniając z nią ani jednego zdania. To spoglądanie nam wystarczyło i sprawiało przewrotną satysfakcję z powstrzymywania się od „konsumpcji” wzajemnej atrakcji, którą żywiła się wyobraźnia i która mogła prysnąć jak bańka mydlana gdyby doszło do nieporadnego kontaktu słownego.

Moje „wypracowanie” zostało dobrze przyjęte. Kiedy pani Nowakowska spostrzegła, że całe opowiadanie zostało wygłoszone „z głowy” a kartki z których, niby to czytałem, były puste, postawiła mi stopień „niedostateczny”.  Mówiła, że wygłaszanie improwizacji słownych będziemy dopiero przerabiać za rok a tym razem zadaniem było napisanie opowiadania a nie wprowadzanie „całej klasy” w błąd.

Aż się dziwiłem, że spokojne zareagowałem na tak negatywna ocenę. Musiałem być pod wielkim wpływem autorytetu „pani profesor”, który niweluje krytycyzm z jej strony tak jakby był pozbawiany jadowitości. Był to przypadek kiedy na pozór negatywna ocena staje się pozytywna niczym „bad” (zły) staje się samo pochwałą w slangu czarnych gett amerykańskich, tak jak to jest w utworze Michaela Jacksona pod tytułem „I am bad”.

Pani Nowakowska dawała mi lekcje przestrzegania „prawa” i prawdomówności, bez względu na indywidualna ocenę popełnianego przez siebie czynu. Ja byłem dumny z siebie, ze trzymałem w napięciu słuchaczy tak jakbym czytał z pustej kartki. Przypomniały mi się czasy pierwszych lekcji z panią Nowakowska. Powiedziała wtedy, ze moje czytanie opowiadania o Timurze przedstawiłem z taka dykcja jakbym tekst opowiadał, a nie czytał po raz pierwszy.

Widocznie „opowiadanie” spisanego tekstu było czymś innym niż „opowiadanie” z pustej kartki.

Pamiętam, ze myślałem o naturze tej różnicy idąc, swoim zwyczajem, na spacer wokół zabudowań miejskich filtrów.

Pani Nowakowska co i raz dawała dowody swojego profesjonalizmu i wyjątkowych walorów umysłu i serca.

W domu jedynymi książkami były opracowania techniczne w języku niemieckim.  Oprócz tych opasłych tomów nie było żadnej książki i to w dobie, kiedy tanio wydawana literatura, była powszechnie dostępna, a Kiermasz Książkowy w Alejach Ujazdowskich, a potem w PKiNie,  był wydarzeniem, na który wypadało chodzić.  Książkę o historii III Rzeszy ojciec czytał ukradkiem. Bo się „mama zdenerwuje, że wydaje pieniądze na „byle co” – mówił do mnie.

Do Klubu Dobrej Książki należała ciocia Grażyna (Icia). Kupowała też co tydzień tygodniki Forum, Kulturę i Politykę.  Miałem te tygodniki dla siebie bo mama i ciocie czytywały Przyjaciółkę i Kobietę i Życie. Kulturowo/polityczne pozycje, tak jak i książki, były „pozytywnym snobizmem” Cioci Ici, którego byłem beneficjentem.  Wtedy zrozumiałem, że nie tylko „bad” (zły) ale że znaczenie każdego słowa może być manipulowane i przekształcane w zależności od intencji rozmówcy. Angielskie słowo „terrific” początkowo znaczące „straszny” przyjęło się oznaczać „wspaniały”. Tak jak  „pozytywny snobizm”, zaczęto używać wyrażenia „pozytywna dyskryminacja”. 

Utwierdzałem się w przekonaniu, że nic nie jest takie jakim się je przedstawia . Czy jest to „manipulacja” „oszustwa” czy kreatywna interpretacja zastanych standardów, zależało od mówcy i kontekstu. Dostrzeganie i prezentowanie tego czego na pozór nie widać gołym okiem jest też przecież podstawą wszelkich prac naukowych, zarówno technicznych jak i humanistycznych, nie mówiąc już o literaturze w której „co autor chciał nam powiedzieć” jest podstawowym tematem analizy każdego tekstu.

Albert Einstein, podobno, mawiał, ze wyobraźnią jest ważniejsza niż wiedza. Wiadomo, ze „wiedze” można „zdobywać”. Pytanie jest , czy „wyobraźnie” można tez nabyć usilna praca, czy tez jest „darem” od Natury, lub jak inni mówią od „Boga”.

Rodzice nie mieli  wygórowanych, kulturowych ambicji. Podwieczorek przy mikrofonie i raz do roku wizyta w teatrze na jakimiś utworze Fredry i wizyta w restauracji rybnej na ulicy Puławskiej, były wydarzeniami wyznaczającymi „pole zainteresowań”.

Na filmy chodziłem z Zosia Wikierą, młodą dziewczyną ze wsi, pomocą domowa, która mnie ze sobą zabierała do kina Ochota, flirtując przy okazji z żołnierzami na przepustce.  Chodziliśmy też do muzeów. Szczególnie w deszczowe dni. Tam Zosia organizowała swoje randki. Czyli, mimochodem, poznałem klasykę malarstwa polskiego w stopniu zaskakującym nauczycieli w podstawówce. 

Zosia mnie zabierała na bodaj wszystkie swoje „przepustki”. Ja byłem „braciszkiem” na wabia. Dobrze się w tej roli odnajdywałem. Szczególnie, że w ramach okazywania „miłości braterskiej” mogłem się poprzytulać do jej zgrabnych piersi i nawąchać się  aromatu jej młodego ciała.

Dzięki Zosi zostałem wtajemniczany w sztukę dziewczęcych flirtów, strategicznych uników i skomplikowanych manipulacji emocjonalnych.

Rozpoznawałem te schematy w swych doświadczeniach z dziewczynami i przybierałem odpowiednią w stosunku do nich postawę, niczym organizm odpowiednio zawczasu zaszczepiony, radzi sobie z napaściami patogenów.

 Nie wspomnę już o umiłowaniu Natury dzięki filmom przyrodniczym Walta Disneya i humoru rodem z powojennych polskich filmów typu Café pod Minogą i Skarbu. Na filmie Biała Grzywa, o przyjaźni konia i chłopcem, byłem trzy razy. A końcowa scena, w której ścigany przez złych ludzi chłopiec i koń salwują się ucieczką, rzucając się w morze i nikną za horyzontom, przyprawiała mnie o płacz.

Poważny glos z ekranu informujący widzów, że ‘Biała Grzywa i Chłopczyk popłynęli do Krainy gdzie „ludzie i zwierzęta żyją w wiecznej zgodzie” brzmi w uszach do dziś. 

Nie wiadomo co wywiera nas wpływ pozostający na cale życie. Ze w moim przypadku dużą role odegrała prosta wiejska dziewczyna, czyniąc moja biografie zabawnie pokręconą.

Prawdopodobnie dobrym posunięciem Mamy było zwolnienie Zosi z jej funkcji pomocy domowej. Wtedy tak nie myślałem. Tęskniłem za Zosia.

 W domu zajmowałem się problemami matematyczno-technicznymi. Czytywałem Problemy i Łamigłówki matematyczne. Moje zainteresowanie humanistyczno-artystyczne było dla mnie jak skrywana młodociana seksualność, nigdy głośno nie dyskutowano w szkole a wówczas też, nigdy przenigdy, z matkami.

Gdy w wieku dziesięciu, lub jedenastu lat, spytałem , w swej niewinności Mamę, „co to jest sex”, mama z grymasem na twarzy powiedziała, ze „mam jeszcze dużo czasu zanim poznam te „brudy życia”. Na tym skończyła się na zawsze rozmowa na ten „trudny” na ówczesne czasy, temat. Jednak jej odpowiedz, zamiast mnie zniechęcić do dalszych poszukiwań, zaszczepiła we mnie zainteresowania, co do tych tajemniczych „brudów”, które się Mamie kojarzyły z seksem.

Ale to kolejna inna historia.

Kiedyś, w tym samym wieku, spytałem Ojca, czym jest pornografia. Z ojcem mi lepiej poszło niż z mama. Odpowiedział na przykładzie. Pornografia jest tym co „robią” Francuzi”. Pokazują ci obrazek z Matka Boska na jednej stronie…i z naga baba na drugiej stronie. To właściwie było dobre wytłumaczenie. Co się kryje za takim zachowaniem „Francuzów” pozostawało dla mnie do rozstrzygnięcia.

Po podstawówce spotkałem się z panią Nowakowską z dwa lub trzy razy. Potem straciłem całkowicie z nią kontakt. O Marku Nowakowskim dużo pisano w gazetach. Zbierałem I czytałem wszystkie jego książki. Jego rady i humor wywarły na mnie wrażenie. Również prosty, bezpośredni styl z jakim pisał starałem się naśladować. Nie do wszystkich zaleceń Marka zrazu się pozytywnie ustosunkowałem. Zabrało mi to sporo czasu zanim nie zacząłem żyć jego radami.

Nigdy go już więcej osobiście nie spotkałem.

Po studiach pracowałem w Instytucie Technologii Elektronowej jednocześnie flirtując z humanistyką na uniwersyteckich studiach wieczorowych. Z ramienia Studium Afrykanistycznego wyjechałem w 1972 roku na ponad roczna wyprawę do Afryki.

Po powrocie postanowiłem dokonać rewolucji w swoim życiu i zerwać z pracą w Instytucie wyruszając w „nieznane” w kierunku Australii i dalej.

Przejeżdżając przez Canberrę skontaktowałem się z Wydziałem Antropologii na Uniwersytecie Narodowym ANU. Moje kontakty z humanistyka nadal jednak były jak te ukradkiem wymieniane spojrzenia z nieznajomą panienką podczas wakacji, o których wspomniałem powyżej.

W literaturze psychologicznej omawiane jest zjawisko dojrzewania do radykalnych zmian. Uważa się, że u większości ludzi, którzy decydują się na zmianę zawodu, pracy czy partnerów życiowych decyzje zmiany dojrzewają stopniowo w „ukryciu”. Wybuchają nagle pod wpływem jakiegoś, wydawałoby się banalnego sygnału.

Wtedy się mówi, że „wyszedł po papierosy” i nigdy do domu nie powrócił. Religie mówią o nagłym „nawróceniu” niczym przypadek Szawła, czyli świętego Pawła, w drodze do Damaszku, który zmienił orientację o 180 stopni i z prześladowcy chrześcijaństwa stal się najsławniejszym apologetą nowej wiary. Mówi się wtedy o „nagłej konwersji” zastrzegając się przy tym, że nie chodzi tu o brak stabilności psychicznej występującej przy zaburzeniach umysłowych.

Chrześcijanie znajdują wygodne wyjaśnienie powołując się na działanie Ducha Świętego, który ma w swej mocy dokonywanie takich nagłych i niewyjaśnionych zmian w ludzkim zachowaniu.

Mając słowa pani Nowakowskiej stale w pamięci, niemniej jednak bojąc się ostatecznego zerwania z tożsamością inżynierską, czyli bojąc się „wyjść z szafy” aby ujawnić się z „orientacją humanistyczną”, pozostawałem w Canberrze uczestnicząc w wybranych wykładach na zasadzie wolnego słuchacza

Któregoś dnia czytając The New York Review of Books zajrzałem do sekcji ogłoszeń towarzysko-matrymonialnych.

W jednym z ogłoszeń, jakiś dżentelmen prezentował się jako” dojrzały mężczyzna”, z „dobrym wyksztalceniem”  zdolny przyznać, że ma „wzrostu 178cm a nie 180” jak zawsze utrzymywał przedstawiając się kobietom…poszukuje równie „dojrzalej partnerki”…itp.

Uderzyło mnie to, jak bliskie mej sytuacji jest to dowcipne ogłoszenie.

Ja tez mam 178 cm wzrostu ale zawsze mowie, że „mam 180”.

Czas dojrzeć ! – pomyślałem.

Czas przyznawać się do 178 cm i czas przyznać się do humanistycznych inklinacji.

Następnego dnia miałem rozmowę z dziekanem, profesorem Antonim Forgem ,i zostałem przyjęty na pełne studia stacjonarne na wydziale antropologii. Po trzech latach dostałem stypendium doktoranckie i wyjechałem na dwa lata w Góry Nowej Gwinei (PNG) studiując relacje mieszkańców z misja katolicka prowadzona przez misjonarza Józefa Wyciska.

Kości zostały rzucone !

Po zdobyciu doktoratu pracowałem jako wykładowca na uniwersytetach australijskich i polskich.

W rubrykach „zawód” podaje „antropolog”.

Zawód inżyniera oddalił się w przeszłość niczym małżeństwo, które już dawno utraciło swa aktualność, chociaż pozostawiło po sobie specyficzna perspektywę z jaka widzi się swat.

Podobno studia inżynierskie nauczyły mnie działania kategoriami praktycznymi podbudowanymi teoria, która jednak nigdy nie dominuje nad wymogami praktyki.

Czuję się spełniony w nowym zawodzie choć oczywiście dawno już minął okres początkowego zauroczenia i początkowych sil na jej praktykowanie, dydaktyczne lub terenowe.

W końcowej fazie tego zarysu biograficznego nie powinno zabraknąć wspominki o dwóch innych ważnych osobach. Mojej drugiej cioci, Wiesi, i mojej siostry, Kasi. Obie odegrały ważna i dobra role w moim życiu o tak dużym wymiarze, ze wymagają oddzielnego rozdziału w zarysie biograficznym.

A wiec o nich będzie inna opowieść.

Ilekroć myślę o radykalnej zmianie wszystkich życiowych parametrów, których motorem napędowym była zmiana „orientacji” technicznej na humanistyczną, wspominam panią Nowakowską, która była „zwrotniczym” usiłującym skierowanie mnie na, tak to odczuwam, właściwy tor życiowy. 

I jak to przedstawiłem powyżej, zajęło mi sporo czasu zanim na ten „tor” nakierowałem swe życie.   

=

Wspomina: Wojtek Dabrowski, Warszawa – Sydney, wrzesień 2026 roku

 

 

Korespondencja

Website Project Created by RAW-CODE