Przyjaciel Andrzej Walewski Pro Memoria
Andrzej Walewski, mój przyjaciel, w kilku epizodach z podroży po Afryce
Pisane:10 12 2025
Andrzej był wybitną postacią wśród nas, uczestników AWA72, studenckiej wyprawy do Afryki. Jako wykładowca w Studium Afrykanistycznym, był dokooptowany do proponowanego składu przygotowującego się do wyjazdu. Dołączenie Andrzeja było „dowartościowaniem” studenckiego projektu o pracowników naukowych, zajmujących się Afryką.
Jako geograf Andrzej wniósł do zespołu bezcenny wkład w postaci dokładnych map Afryki, trudnych do zdobycia w tamtych czasach. W postaci kropek zaznaczone były na mapach miejsca pobytu polskich specjalistów, pracujących a Afryce w ramach Polservisu. Czasami można było spotkać Polaków w niewielkich osadach, w których organizacja WHO prowadziła badania epidemiologiczne. Od polskich lekarzy, z którymi już uprzednio Andrzej bywał w kontakcie, dostaliśmy szczegółowe informacje pozwalające nam układać trasę naszej planowanej wędrówki, z pomijaniem szczególnie niebezpiecznych okolic. Nie „szukaliśmy guza”. Chcieliśmy mieć jak najmniejszą ilość „mrożących krew w żyłach” incydentów. Chcieliśmy też wytypować miejscowości na krótkie terenowe badania. Dzięki kontaktom Andrzeja byliśmy wielokrotnie przyjmowani jak już od dawna oczekiwani goście.
W czasie jednorocznego przejazdu Andrzej był inspiracją dla naszych obserwacji i stabilizacją nastrojów, często wymykających się spod kontroli 12 młodych mężczyzn, spędzających długie miesiące w swoim towarzystwie. Dla tych, którzy zaczęli Andrzeja poznawać, nie do pomyślenia było, żeby Andrzej kiedykolwiek nadużywał alkoholu lub farmakologicznych używek, co się niektórym z nas dość często zdarzało. Andrzej był więc wizerunkiem młodego polskiego intelektualisty, do którego wszyscy uczestnicy AWA-y powinni byli aspirować. A z realizacją tej aspiracji różnie wśród nas bywało.
Andrzej, z racji swojej pozycji w akademii, pełnił funkcję kierownika naukowego wyprawy, dzieląc się częściowo tą rolą z Lonkiem Adamowiczem. W ramach tej funkcji zbierał co wieczór raporty z „naukowych” obserwacji dokonywanych podczas kończącego się dnia. Nasze zadania były podzielone wśród uczestników.
Siadywaliśmy na piasku wokół małego ogniska i kolejno przedstawiali obserwacje dokonane za dnia.
Ktoś zbierał informacje o nazewnictwie mijanych osad. Ktoś z nas był odpowiedzialny za identyfikację i nakładanie na mapę szaty roślinnej. Ktoś inny opisywał rodzaje napotykanych zwierząt. Nasze przemieszczanie się po Afryce było dobrą okazją do badania zasięgu różnych gatunków flory i fauny, aby później tę wiedzę przekazywać studentom z nadzieją, że zostanie ona, przez niektórych, wcielona do pogłębionej refleksji. Któryś z nas wieczorami meldował o terytorialnym zasięgu różnych grup lokalnych i nomadycznych napotykanych po drodze. Tego typu badania odnosiły się szczególnie do obszarów pustynnych przez które przebiegała duża część naszej trasy.
Andrzej wysłuchawszy naszych raportów znal Saharę jak przysłowiową własną kieszeń. Po powrocie stal się autorytetem na Uniwersytecie i z tej racji został zaproszony do studia telewizyjnego, przez prowadzących popularny teleturniej „Wielka gra”.
Oglądałem ten program.
Pamiętam jak Andrzej potwierdził prawidłowość odpowiedzi uczestnika na pytanie: jaki obszar Sahary zajmuje teren piaszczysty. Ergo, czyli wydmy tak chętnie przedstawiane w mediach jako najbardziej charakterystyczna cecha największej pustyni świata, są w rzeczywistości rzadkością. Prawidłowa odpowiedz była: 13 procent.
Nagrodą za poprawną odpowiedź był lśniący samochód marki Polonez. Andrzej potrafił budować napięcie. Po udzieleniu odpowiedzi przez uczestnika, przejął mikrofon, i dobitnym głosem zakomunikował, ze „uczestnik może do domu już powrócić Polonezem, bowiem odpowiedź jest PRAWIDŁOWA.
Ja, jak miliony widzów przed telewizorami, czuliśmy gęsią skórkę i łzy radości na tę wiadomość.
To był cały Walewski, charyzmatyczny, opanowany, pozytywny w swych wypowiedziach. Można było być dumnym z tego, że się go zna, a co dopiero z bycia jego przyjacielem.
Cechy Andrzeja ujawniły się jeszcze przed dotarciem do Afryki. W Mediolanie byliśmy gośćmi Młodych Komunistów. Urządzili oni dla nas oficjalny bankiet. Byli niezwykle mili i gościnni. Po bankiecie nastąpiła wymiana prezentów. Dostaliśmy coś na temat zabytków Mediolanu. Lonek przywlókł z ciężarówki gipsowe popiersie Lenina, które przed wyjazdem znalazł w lamusie uniwersyteckim. Jego „sowizdrzalski” charakter podsunął mu pomysł, że może to być prezent dla młodych komunistów, którzy wystosowali do nas zaproszenie do Mediolanu, leżącego na trasie wiodącej do Afryki.
To był całkowicie chybiony pomysł. Kiedy go prezentował nie było jasne czy kpi sobie z politycznego zaangażowania naszych gospodarzy, czy też uważał ich za ideologicznie zacofanych. To był rok 1972. W Polsce mało kto nadal wierzył w obietnice socjalizmu.
Nasi gospodarze robili „dobra minę do zlej gry”. Wśród nas też chyba nie było entuzjastów inicjatywy Lonka. Sytuację częściowo ratował Piotr Wolański tłumaczący ten „wygłup” w języku włoskim.
Patrzyłem na Andrzeja. Miał na twarzy grymas zdradzający głęboką dezaprobatę.
Tak jakbym się tego po nim spodziewał.
Była pogodna, ciepła, wrześniowa noc. Około północy wyszliśmy „na miasto” w towarzystwie uroczych „komunistek”.
Wielka katedra była pusta o tej porze, ale otwarta na oścież.
Przechodząc obok głównego ołtarza usłyszeliśmy nieśmiały dźwięk dzwonków. Zobaczyliśmy, że wzywają one księdza do podniesienia, a następnie do rozdawania komunii, gdyby było komu jej udzielać. Gdy kapłan zwijał już przybory liturgiczne i szykował się do wyjścia z sanktuarium, nagle, niespodziewanie, znalazł się jeden chętny do przyjęcia sakramentu. Ksiądz zawrócił i podał komunikant osobie ledwie widocznej na tle monumentalnej architektury.
Po chwili młody mężczyzna dołączył do naszej grupy.
Był to nasz Andrzej.
Mam tendencje interpretacji naszego zachowania.
Wydaje mi się, ze Andrzej chciał przechylić szalę, na której mogliśmy być oceniani przez naszych gospodarzy. Przystąpienie do komunii jest poważnym aktem, rozumianym jako rytuał niezależnie od wyznania czy poglądów politycznych. Andrzej swym gestem „odkupił” płochość aktu darowania gipsowego popiersia Lenina. Nie wiadomo, czy Andrzej to miał na myśli, nigdy z nim o tym nie dyskutowałem. Nie było potrzeby. Impulsy kierujące naszym zachowaniem nie pochodzą z dywagacji umysłowych. Są raczej emanacją estetyki, która jest środowiskiem w którym tkwi wrażliwość, w tym również natury moralnej.
W głowie zabawnie, jak mi się wydawało, przeinaczałem znane przykazanie: ”nie rób drugiemu co tobie nie mile” na „nie oferuj drugiemu co tobie nie mile”. Wątpię bowiem by ktokolwiek z nas cieszył się z podarku gipsowego Lenina.
Andrzej miał specyficzne poczucie humoru przydające lekkości bez używania alkoholu.
Ta cecha łączyła w przyjaźń nasza trojkę: Walewski, Olbiński i ja.
Kiedyś, po którymś z kolei biwaku na pustyni i po wieczornej, rytualnej zbiórce informacji, Andrzej, wraz z Michałem, zgłosili „formalne zastrzeżenie”. Zwrócili uwagę, że jesteśmy obserwowani przez naszych zachodnio-europejskich rówieśników podróżujących przez Afrykę.
Oni – zwracał uwagę Andrzej – nie wiedzą co się kryje za naszym cowieczornym zwyczajem zasiadywania w krąg i dzielenia się, przyciszonym głosem, obserwacjami z minionego dnia. Oni mogą myśleć, ze jesteśmy poddawani indoktrynacji politycznej lub jakiemuś rytuałowi zbiorowej spowiedzi. Taka ocena mogłaby – argumentowali Andrzej i Michał – sprawić mylne wrażenie ze jesteśmy „smutasami” zza żelaznej kurtyny. Żeby zadać kłam takiemu wrażeniu, nie tylko sprzecznemu z stanem faktycznym, ale i w konflikcie z rolą przedstawiania światu „radosnego oblicza’ młodzieży polskiej, trzeba było wprowadzić jakieś poprawki do naszego zachowania. Zaproponowali, oczywiście prześmiewczo, że co pewien czas Michał powie „hop”, Andrzej zaprzestanie zbierania naukowych obserwacji, a my wszyscy, uczestnicy zamyślonego kręgu, wybuchniemy głośnym, choć fingowanym, śmiechem.
To była bardzo zabawna propozycja przełamująca formułę cowieczornej, zrytualizowanej powagi.
Rzeczywiście, wyglądaliśmy na ponuraków. Przecież kolejne sprawozdania o zasięgu występowania pewnego rodzaju palm, lub koziołków zgrabnie wchodzących na drzewa, nie stanowiła tematu do ożywionej dyskusji. Z trudem utrzymywaliśmy uwagę mając cichą nadzieję, że Andrzej coś tam notujący, zapamięta wszystkie doniesienia jakie dla niego zbieraliśmy.
Mieliśmy do niego zaufanie, gdyż odznaczał się rozsądkiem umiejętnie przedstawianym w żartobliwej formie.
W późniejszym etapie podróżowania niektórzy spośród nas parli do jak najwcześniejszego zakończenia Wyprawy sugerując, aby również jeździć nocami. To było oczywista bzdura, przeciw której próbowałem argumentować. Jednak dopiero stanowisko Andrzeja przechyliło szalę na właściwą stronę.
– Co będzie jak po powrocie ludzie zapytają nas jak wyglądała Afryka – pytał teatralnym tonem Andrzej. Powiemy im ”a skąd możemy wiedzieć jak wyglądała, skoro jeździliśmy nocami i nic nie było widać po drodze”. Ten argument przeważył.
Staś Nowakowski, kierowca ze Starachowic, wielki zwolennik szybkiego powrotu za wszelką cenę, przyznał, ze Andrzej ma racje. Już w listach ludzie pytali go o Afrykę i do tej pory był w stanie opowiedzieć. Ale jak będą jeździć po omacku to już nic nie będzie wiadomo. Za dnia jest trudno, ze względu na kolor skory, wypatrzyć ludzi na ciemnej drodze, a co dopiero będzie jak nawet drogi nie będzie widać. Staś Nowakowski, porządny prosty mechanik z fabryki samochodów był przyjacielem Andrzeja, który potrafił być z nim w serdecznych stosunkach, jak żaden z nas.
Staś był przekonany, ze mijani po drodze tubylcy chcą fingować potracenie przez nasze ciężarówki, aby potem domagać się odszkodowania. Staś –Andrzej mówił cytując go – wie, że „oni, to jest Afrykanie. kurwy tylko czekają by nas wpuścić w problemy, a po ciemku to by im nawet łatwo to przychodziło”.
Nawet Staś się śmiał.
Do Andrzeja należała funkcja przywożenia z Post Restante w mijanych po drodze Urzędach pocztowych naszej korespondencji. Bardzo wyczekiwaliśmy na wiadomości z kraju od naszych „ulubionych” dziewczyn tam pozostających. Była nawet taka nieoficjalne współzawodnictwo, który z nas dostanie więcej pachnących listów. Andrzej oczekiwał na listy od Kaski, Michał od Grażyny, a ja od Małgośki.
Po powrocie Andrzeja z Poczty zwyczajowo ustawialiśmy się w szeregu oczekujących. Andrzej, podśpiewując piosenkę Młynarskiego, ze „to męska sprawa być daleko a kobieca wiernie czekać”, wywoływał adresata i wręczał mu korespondencję.
– A ta to do mnie – mruczał – wkładając list do swego plecaka, tak, żeby było widać, ze on dostał list. Ta do Michała, ta do Wojtka – kontynuował.
Jest tu też korespondencja w sprawie awansu zawodowego w wojsku któregoś z nas. Udawał, ze nie może przeczytać nazwiska adresata.
– „A wy Albiniak gdzie się tu pchacie występując przed szereg….może to w ogóle nie o was tu chodzi” – żartował podając w końcu list porucznikowi Krzysztofowi Albiniakowi.
Pupilem Andrzeja (i moim) był Jacek Olędzki, „enfant terrible” naszego zespołu.
Żeby docenić Jacka trzeba było go ocenia
na poziomie jego duszy ukrytej pod zewnętrzną postura, dostępną dla powierzchownej i małostkowej obserwacji. Ta zdolność do poznania Jacka ukrytej, atrakcyjnej osobowości, bardzo mnie zbliżała do Andrzeja.
Moje uznanie dla wrażliwości Andrzeja w poznawaniu się na ludziach takich jak Olędzki było tym większe, że ten ostatni, szczególnie po alkoholu nie szczędził inwektyw pod adresem swych towarzyszy podroży. Andrzeja nazywał czasem „aptekarzem” z racji jego staranności w ferowaniu opinii. Jacek przeciwnie. Operował szerokim opisowym gestem. Swobodnie opowiadał o „charakterze muzułmanów” lub ludności Bantu na podstawie kilkudniowych kontaktów z ludźmi z tych kręgów kulturowych. Andrzej, traktując z szacunkiem intelekt Jacka, dopominał się, żeby swoje opinie wygłaszał w swoim imieniu, raczej niż w formie niepodważalnej prawdziwości swych obserwacji.
Ja o tyle rozumiałem Jacka, że jego wypowiedzi nosiły charakter „poinformowanej zawodową kompetencją „ opinii przekraczającej płochą ocenę Jacka jako „jednego z nas”. Taka licencja interpretacyjna potwierdzona jakimś dyplomem była mi bliska jako metodologia nauk społecznych takich jak psychologia, socjologia czy antropologia. Andrzej argumentował, że te dyscypliny powinny należeć do Akademii Sztuk razem z wydziałem malarstwa czy sztuki dekoracyjnej, a nie do nauk ścisłych.
Miał pewnie racje, ale każdy z nas trwał przy prawie wyrażania „prawd” o głębszym znaczeniu niż „opinie”.
Andrzej, przyuczony do akademickiego reżimu dokładności i odpowiedzialności, stale z nami polemizował. W ostatecznym rozrachunku obstawanie przy jednej lub drugiej „szkole poznawczej” zależało od stosunku do wypowiadającego. Obaj, Andrzej i Jacek wyróżniali się wyczuwalna przeze mnie charyzmą i znajomością swojego fachu potwierdzoną licznymi publikacjami. Obaj mieli pozycje akademickie. Dlatego „kupowałem” i jedną i drugą wersję oglądu świata nie wytykając ograniczeń i błędów formalno-poznawczych, żadnej z tych dwóch opcji.
Socjologia uczy, że „medium jest częścią informacji”, czyli na pozór ta sama wiadomość podana przez np. NYT i przez angielski Mirror co innego znaczy w zależności jaki jest stosunek czytelnika do tych wydawnictw. Jedna gazeta jest „poważna” a druga, tzw. brukowcem.
Tak samo odbieram przekaz w zależności przez kogo jest podawany. Poniżej przedstawię epizod/scenkę z zachowania Jacka Olędzkiego. Ze względu na moją wysoką ocenę Jacka jego sporadycznie wykrzykiwane głupoty i wyzwiska nie robiły na mnie wrażenia. Tak samo, kiedy byłem konfrontowany przez przesadny pietyzm informacyjny Andrzeja, nie wpływało to na mój wysoce pozytywny stosunek do niego.
Przychodziła mi na myśl znana przyśpiewka: „możesz mnie chamem zwać/możesz mi w mordę dać/ a ja i tak będę cię kochała/…” – mówi liryka znanej studenckiej piosenki. Kiedyś Jacek po nadużyciu alkoholu wykrzykiwał inwektywy, kolejno pod adresem każdego z nas. Po wymienieniu imienia, Jacek dodawał epitet „skurwysyn polski”. Zaczął od Eugeniusza, kierownika, i tak szedł po liście uczestników mniej więcej alfabetycznie. Na mnie tez natrafił. I też określił mnie jako „skurwysyna polskiego”, choć nie mam wątpliwości, że darzył mnie uczuciem zbliżonym do miłości.
Potraktowałem to jak autorka tekstu w tej przyśpiewce, zacytowanej powyżej. Pomyślałem, że Jacek może mnie chamem zwać i może mi w mordę dać a ja i tak będę go kochał, i już.
Ale…
Z zadowoleniem stwierdziłem, ze Jacek nie wymienił Andrzeja. Może przez pomyłkę. A może ze względu na głęboki respekt, jaki do niego żywił.
Tak czy owak, ucieszyłem się z tego pominięcia, bo w przeciwnym wypadku Andrzej mógł pijackie wrzaski Jacka potraktować z właściwą sobie powagą i wykreślić go z listy przyjaciół.
Ale to nie nastąpiło. Na szczęście też i dla Jacka.
Kiedy w innym pijackim epizodzie Jacek obraźliwie zaatakował werbalnie Eugeniusza i wywołał burdę w dzielnicy dyplomatycznej, gdzie nas goszczono w polskim przedstawicielstwie, Andrzej wybronił Jacka przed planowaną deportacją.
W przeddzień planowanej decyzji o odesłaniu Jacka do Kraju odbyłem z Andrzejem, bodajże najbardziej istotną rozmowę w Afryce.
Tego dnia mała grupa uczestników AWA72 miała wyruszyć w kierunku Kilimanjaro, najwyższego i legendarnego, wygasłego wulkanu. Zarówno Andrzej jak i ja chcieliśmy przyłączyć się do grupy „zdobywców” wulkanu i wytarzać się w jego śniegach, opisywanych w romantycznym eposie Hemingwaya pod tytułem „ Śniegi Kilimanjaro”.
Obaj wiedzieliśmy, że przynajmniej jeden z nas musi zostać w Dar es Salaam by próbować obronić Jacka przed planowaną decyzją kierownika Eugeniusza.
– Ja zostanę – zdecydował Andrzej, choć wiedziałem jak bardzo mu zależało by wybrać się na Kilimanjaro.
– Jako kierownik naukowy Wyprawy, będę miał więcej „przebicia” w dyskusji z Eugeniuszem.
Wyjeżdżając rano z Dar powiedziałem Andrzejowi, że ma przed sobą chyba najważniejszą rozprawę w swym życiu.
Powiedział, jak zwykle lakonicznie, że zobaczy co da się zrobić.
Tydzień później kiedy spotkałem resztę ekipy dołączającej do Arushy w Tanzanii i zobaczyłem w grupie Jacka, uścisnąłem Andrzeja i pogratulowałem mu mowy obrończej, która przekonała Eugeniusza o zapewnieniach Jacka, że „to się już nigdy więcej nie powtórzy”.
Jędruś ! A to pamiętasz?
Na granicy Algierii z Marokiem pytali nas o „religię”. Standardowa odpowiedź „Christian” zadawalała znudzonych pograniczników. Nagle wybuchł skandal. Eugeniusz, członek PZPR, czuł się w obowiązku zaznaczyć swój dystans do chrześcijaństwa, by zgodnie z linią partyjną w tym względzie, podać „ateista”. Na dźwięk tego określenia pogranicznicy ożywili się i zadecydowali, że nie mogą wpuścić do kraju osobnika o postawie tak wrogiej, jak im się wydawało, w stosunku do obowiązującego islamu. Nie mieliśmy wyboru. Nie mogliśmy pojechać dalej bez kierownika Eugeniusza. Solidarnie cofnęliśmy się spod granicy. Nadchodziła noc. Zatrzymaliśmy się we wsi marokańskiej nieopodal granicy z Algierią. Byliśmy blisko załamania. Tylka Ty Andrzeju, panowałeś nad sytuacją. Wziąłeś kwestionariusz wizowy Eugeniusza. Zgrubnie wygumkowałeś wpis „ateista” i nie czekając na zgodę, wpisałeś „chrześcijanin” z taką pewną siebie miną jakbyś właśnie nawrócił zbłądzoną owieczkę na właściwą i jedynie słuszną drogę.
Następnego dnia, nowy zestaw ochrony granicy nie miał żadnych zastrzeżeń.
W Egipcie, w Aleksandrii zakończyliśmy oficjalnie Wyprawę. Samochody miały być odwiezione którymś z polskich statków do Gdyni. Każdy z nas wracał na własną rękę do Kraju wyposażony w kilkaset dolarów na bilet.
Andrzej i ja polecieliśmy razem do Aten. To był wrzesień 1973.
Tydzień wcześniej został porwany samolot lecący do Bejrutu. Nastąpiło masowe kasowanie zamówionych biletów na trasie do Libanu. Za przysłowiową „złotówkę” wykorzystaliśmy z Andrzejem tę masową anulację i polecieliśmy do Bejrutu. Po kilku dniach w Libanie pojechaliśmy do Syrii i Turcji, a następnie do Bułgarii. W Sofii wymieniliśmy wśród napotkanych polskich turystów kilka naszych ostatnich dolarów i za uzyskane po cenach czarnorynkowych lewa, zakupiliśmy bilet kolejowy do Warszawy.
To byłoby zakończenie naszej afrykańskiej przygody.
Ten ostatni odcinek wspólnej podroży był dobry. Mieliśmy okazje lepiej się poznać. Andrzej był w świetnym humorze. W miarę zbliżania się do Kraju otrzymywał coraz cieplejsze listy od kochającej dziewczyny.
Planowali już ślub. Byłem zaproszony na świadka na długo zanim jakieś szczegóły były dopracowane.
Andrzej był szczęśliwy i jak zwykle zabawnie refleksyjny. A autobusie z Bejrutu do granicy jechaliśmy z wycieczką młodzieży francuskiej. Przejeżdżaliśmy obok stada wielbłądów spokojnie przeżuwających posiłek z suchej trawy. Młodzi ludzie najwidoczniej nie widzieli w życiu żywych wielbłądów. Nic dziwnego, że patrzyli na nie z wyraźnym podnieceniem, niemalże przechylając autobus na jedną stronę, tłocząc się przy oknach na prawej burcie.
Ja zrobiłem banalną uwagę, że stan ekscytacji zależy od doświadczenia. Po roku podroży po Afryce i dwukrotnym przejeździe przez Saharę, teraz widząc te wielbłądy zza okna ani do głowy by mi nie przyszło, żeby zwracać Andrzejowi na nie uwagę.
Tak – odpowiedział Andrzej tym swoim poważnym tonem – powiedziałbym nawet, że po tym jak widzieliśmy ich setki, na miejscu byłaby uwaga: ” Wojtuś, nie patrz przez szybę Tam na prawo, bo Tam, przy drodze PASĄ SIĘ WIELBŁĄDY.
Taki jest Jędrek.
Uważaj Wojtuś, nie patrz na prawo, bo tam pasa się wielbłądy !!! – zostało nasza mantrą powitalną, powtarzaną ilekroć spotykaliśmy się po latach w Warszawie.
Wybuchaliśmy śmiechem, bo obaj czuliśmy, że w tym absurdalnym zawołaniu kryje się charakter naszej przyjaźni: ciepły, nietuzinkowy, z nutą absurdu otwierającą nas na świat zrozumiały tylko dla tych, którzy przeszli razem intensywne w nim wspomnienia.
Jędrek jest człowiekiem, którego Kipling podziwiał precyzując cechy jakie wedle niego składają się na Prawdziwie Wielkiego Człowieka.
Rudyard Kipling pisał w wierszu ”If”:
If you can trust yourself when all men doubt you,
But make allowance for their doubting too;
If you can wait and not be tired by waiting,
And yet don’t look too good, nor talk too wise:
If you can think—and not make thoughts your aim;
If you can meet with Triumph and Disaster
And treat those two impostors just the same;
To serve your turn long after they are gone,
And so hold on when there is nothing in you
Except the Will which says : ‘Hold on!’
If you can talk with crowds and keep your virtue,
Or walk with Kings—nor lose the common touch,
If neither foes nor loving friends can hurt you,
If all men count with you, but none too much;
With sixty seconds’ worth of distance run,
Yours is the Earth and everything that’s in it,
And—you’ll be a Man,
Jędruś, powyżej przypomniałem kilka epizodów ze wspólnej afrykańskiej przygody, które wpisują się w definicję Prawdziwie Wielkiego Człowieka jakim jesteś, i to nie tylko, jakbyś powiedział, w „twojej (czyli) mojej życzliwej opinii.
Ściskam Cię mocno.
Kocham Cię i to wiesz !!!
Wojciech
————-
Album wpisu – fotografie:
1. Przed wyjazdem na wyprawę, dziedziniec Uniwersytetu Warszawskiego –
opisanie osób na fotografii – opracował Eugeniusz “Gienek” Rzewuski:
Od lewej stoją: Wojtek Gajowniczek, Gienek Rzewuski, Staszek Nowakowski, Bogdan Stefański, Andrzej Walewski
a w kucki: Wojtek Dabrowski, Lonek Adamowicz, Piotrek Wolański, Andrzej Prosiński (tylko na trasę europejską (do Nicei czy Marsylii)
2. Samochody Wyprawy AWA na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego
3. j.w.
4. Te same samochody już w Afryce
5. Mapa Wyprawy AWA w Afryce