French German Spanish Russian Chinese (Simplified) Japanese Hindi Arabic
French German Spanish Russian Chinese (Simplified) Japanese Hindi Arabic
Dział 9Pamiątki: Ślady Pamięci Pani Genealogii, Dokumenty Rodzinne, Inne...

Historia rodziny dla dzieci spisana część I

Zgłaszający Eksponat:
Adrian Markowski
podziel się z innymi:

Kochane dzieci,

 

Nadszedł czas, by sporządzić drugą, mam nadzieję już ostateczną wersję Waszej Kroniki rodzinnej. Pierwsza powstała z górą dwadzieścia lat temu, a poprzedziły ją jeszcze kilkuletnie prace, podczas których starałem się odnaleźć i połączyć w całość kolejne ogniwa długiego łańcucha zdarzeń, które doprowadziły do Waszych narodzin. Pracowałem nad nią kilka długich lat, a później wielokrotnie poprawiałem, już po chwili, gdy wręczyłem Wam oprawione egzemplarze. Dziś powracam do niej, po dwóch dekadach, by podsumować wszystkie nowe fakty, które pozwalają mi poszerzyć i uzupełnić wersję wcześniejszą.

Ale zacznijmy od początku.

Myśl o stworzeniu drzewa genealogicznego rodziny towarzyszyła mi jeśli nie od dzieciństwa, to przynajmniej od wczesnej młodości. Okoliczności, które do dziś pozostają dla mnie niejasne, a których nie mam zamiaru dociekać spowodowały, że gdzieś w latach siedemdziesiątych stosunki moich rodziców z rodziną Mamy zostały prawie całkowicie zerwane. Rodziny Taty, poza jego rodzicami i dwiema siostrami (Izabelą i Ireną), w ogóle nie znałem. O ile więc z dzieciństwa pamiętam rodzinne uroczystości, o tyle w czasach późniejszych, z okazji urodzin i imienin rodziców, przy stole zasiadali przede wszystkim znajomi. Zwracając się do wszystkich “ciociu” i “wujku” nigdy nie byłem pewien, z kim naprawdę łączy mnie pokrewieństwo, a jeśli już, to jakie. Kiedyś pomyślałem, że dobrze by było oszczędzić moim dzieciom tego rodzaju kłopotów. Ostatecznie zamiast drzewa genealogicznego powstała Kronika.

Pisząc starałem się, o ile było to możliwe, nie zatrzymywać na samych tylko datach i faktach. Wdawałem się w domysły, próbowałem tworzyć jak najbardziej żywy obraz zdarzeń i postaci. Pod tym względem, różne fragmenty tekstu odbiegają od siebie w sposób bardzo wyraźny. Nie można było tego uniknąć. Za usprawiedliwienie niech posłuży przykład. O nieznanych okolicznościach śmierci dziadka Władysława słyszałem od dziecka. Do końca lat osiemdziesiątych owa tajemniczość była czymś zupełnie naturalnym. Nikt nie przypuszczał nawet, że po sprawie mogły pozostać jakieś dokumenty, nie można było o nie nikogo zapytać, a zobaczenie ich na własne oczy przekraczało wyobraźnię.

Gdy w 1996 roku, po wielu miesiącach bezowocnych poszukiwań, udało mi się ustalić, że akta Władysława Kucińskiego są przechowywane w archiwum Urzędu Ochrony Państwa, było to dla mnie nieprawdopodobne odkrycie. Znalazłem potwierdzenie relacji, która wydawała mi się prawie legendą. Ze wzruszeniem przewracałem pożółkłe kartki. Następnie przekazałem odpisy Mamie, która część prawdy o śmierci swojego ojca mogła poznać dopiero po z górą czterdziestu latach. Czy mogłem później spisać historię Władysława, zachowując obojętność wobec wydarzeń, powstrzymać się od domysłów, nadania pewnych rysów nieznanej mi postaci?

Z oczywistych przyczyn, inaczej całkiem patrzyłem na jakże odmienną przecież historię rodziny Waszej Mamy. Świadom tej niedoskonałości proponowałem zresztą, by sama przeredagowała przynajmniej niektóre fragmenty tekstu. Chodziło nade wszystko o część dotyczącą babci Neli i dziadka Jana. Przynajmniej w tym ostatnim wypadku, skąpa liczba wiadomych mi faktów mogłaby zostać znakomicie uzupełniona opisem. Sam widziałem Jana Dziedzica raz zaledwie i nie potrafię nakreślić szkicu postaci nawet najgrubszą kreską. Ze wspomnień mamy i babci Neli wyłania się dziadek Jan jako postać dla mojego, pozbawionego emocji spojrzenia, niemal przezroczysta. Nie mogłem snuć domysłów na podstawie jednego tylko wyraźniejszego epizodu z lat czterdziestych.

Czytając Kronikę trzeba koniecznie pamiętać o jednej jeszcze rzeczy. Jest to historia widziana moimi oczami. Nie każdy i  nie z każdym zdaniem ma obowiązek się zgadzać. Nie każdy musi pochwalić dokonany przeze mnie wybór – a zawsze jest to wybór – tego, co warto pisać.

Wszystko to napisałem jeszcze w pierwszej wersji i słowa te nadal pozostają aktualne. Muszę natomiast to i owo do nich dodać.

Po pierwsze, kilka lat temu udało mi się uzupełnić wojenne dzieje Waszego pradziadka Tadeusza, których szczegóły – jeśli chodzi o okres obozowy – nie były mi wcześniej dokładnie znane. Dokumenty, które rzuciły na te sprawy nieco światła otrzymałem z niemieckich archiwów. Po drugie, dzięki narzędziom, które wówczas jeszcze nie istniały, udało mi się odtworzyć – i to aż do początku osiemnastego wieku – historię tej gałęzi rodziny, po której dziedziczycie nazwisko, a także przodków Waszej Babci Barbary z domu Kucińskiej. Po trzecie wreszcie, redagując tę wersję dokonałem wielu poprawek, bo moja wiedza na temat przeróżnych, mniej, czy bardziej znaczących detali uległa zmianie.   

Kochane Dzieci! Mam do Was gorącą prośbę. Gdy przyjdzie czas, dopiszcie do Kroniki kolejne karty i przekażcie ją swoim dzieciom, prosząc, by kiedyś uczyniły to samo. Niech przyszłym pokoleniom towarzyszy Wam pamięć o tych, co byli.

 

 

Rozdział pierwszy

Najdawniejsze dzieje

Będzie tu mowa o osobach, o których nie jestem wstanie powiedzieć prawie nic poza tym, że były. Może kiedyś – jeśli tylko zechcecie – uda Wam się tę ich historię poznać głębiej. Ja, dysponując obecnie istniejącymi źródłami potrafię dojść jedynie do imion, nazwisk, daty urodzenia, ślubu, czyli tego wszystkiego, co zawarte w dokumentach.

Gniazdem tej gałęzi rodziny Markowskich, z której się wywodzicie, były Nagłowice, te same, w których żył i tworzył Mikołaj Rej. Rodzina mieszkała tam przez lat prawie dwieście, a prawdopodobnie znacznie dłużej, jednak tego żadną miarą nie potrafię dziś ustalić.

Pierwszym Waszym, znanym mi w tym momencie przodkiem, był Walenty Markowski. Wiadomo jedynie, że w roku 1725 w Nagłowicach wziął ślub z Marianną, określaną w dokumentach jako Regina Młynarczaka, czyli zapewne Młynarczanką, o nazwisku Młynarz, albo Młynarska (daleko idące zniekształcenia zdarzają się w dawnych dokumentach nader często).

Urodzić się musiał zapewne przed początkiem osiemnastego wieku i to wszystko, co nim można powiedzieć.

A tak przedstawiają się kolejne, osiadłe w Nagłowicach pokolenia:

Bartłomiej, syn Walentego  (1731-1791), wziął w 1768 roku ślub z Marianną Rubasówną.

Wawrzyniec, syn Bartłomieja (1770-1840), ożenił się (daty nie znamy) z Kunegundą Treter (1781-1846).

Mikołaj, syn Wawrzyńca, urodzony zapewne w początkach dziewiętnastego wieku, ożenił się z Marianną Foremnik (albo Foremniczak). Tu również data ślubu pozostaje nieznana.

I wreszcie Kasper, syn Mikołaja, urodzony w 1843 roku w Nagłowicach, który ożenił się z Rozalią Trelą i w drugiej połowie dziewiętnastego wieku osiadł w Warszawie. Musiało to wydarzyć się przed rokiem 1879, jako że jego syn Jan Markowski, przyszedł on na świat w tym ostatnim mieście.

I tak, w kilku zdaniach przebyliśmy prawie całe dwa stulecia, od Rzeczypospolitej Obojga Narodów, przez rozbiory, czasy insurekcji kościuszkowskiej, powstania listopadowego i styczniowego.

Kim byli owi ludzie, noszący to samo, co i wy nazwisko? Tego moglibyśmy się zapewne dowiedzieć z aktów ślubu, bo wpisywano tam wówczas również i zajęcie każdej z osób, wstępujących w związek małżeński. Jednak żeby te dokumenty zobaczyć, trzeba było jechać do Archiwum Państwowego w Kielcach. Jedyna wiadomość, jaką mam, pochodzi ze wspomnień pradziadka Tadeusza, który powiedział kiedyś, że ojciec Jana (czyli Kasper) miał w Nagłowicach gospodarstwo. Zdecydowanie mogłoby się to zgadzać z tym, że gospodarstwo nie należało do Kaspra, a jego ojca Mikołaja. Kasper był w tej rodzinie najmłodszym synem, a na przeludnionej, ówczesnej wsi, w gospodarstwie zazwyczaj nie dla wszystkich dzieci wystarczało miejsca. Można zatem uznać, że Kasper (mający dwóch starszych braci i jednego równego mu wiekiem), mając trzydzieści sześć lat po prostu musiał przenieść się do miasta za chlebem. Skoro wiemy, że jego syn Jan był robotnikiem, to i sam Kasper musiał zapewne żyć z pracy rąk.

Tyle domniemań.

Historia rozpoczęta od Waszego pra(powtórzonego siedmiokroć)dziadka i obejmująca do Jana piąć pokoleń nie mówi nam wiele. I dopiero Jan, dzięki wspomnieniom Waszego pradziadka Tadeusza, będzie w naszym opowiadaniu żywszą postacią.

 

Prapradziadkowie

Opisana na dalszych kartach tej Kroniki historia nie sięga daleko, tylko pięć pokoleń wstecz. W przypadku Waszych przodków z Nagłowic i Kucińskich z Kuflewa mogłem sięgnąć początków osiemnastego wieku. Jeśli chodzi o pozostałe gałęzie drzewa genealogicznego, kres możliwości wyznaczają, urodzeni w połowie dziewiętnastego wieku, rodzice Waszych prapradziadków, bo wiemy o nich tylko tyle, że byli i ta oczywistość musi nam wystarczyć za cały po nich spadek. Czyniąc krok ku czasom wcześniejszym, nieuchronnie natrafimy na próżnię, której być może nigdy nie będziemy mogli wypełnić postaciami.

Opowieść może się więc zacząć dopiero od Waszych prapradziadków.

Jan Markowski i Antonina z domu Kwiatkowska (prapradziadkowie)

rodzice Tadeusza Markowskiego (pradziadka), który był ojcem Jerzego Markowskiego (dziadka) – który był ojcem Adriana Markowskiego (taty)

 

Podobnie jak wszyscy Wasi prapradziadkowie, Jan i Antonina Markowscy należą do pokolenia, które przyszło na świat w końcu dziewiętnastego stulecia. Jan Markowski (syn wspomnianego Kaspra) urodził się w roku 1879 w Warszawie, zmarł zaś przeżywszy lat 62, 16 kwietnia 1941. Jego żona, Antonina z domu Kwiatkowska, urodzona w roku 1880, zmarła 24 lutego 1942, a więc dokładnie w tym samym wieku.

Ślub wzięli w 1904 roku, w warszawskim kościele św. Andrzeja, później jednak kilka lat spędzili Śląsku, ponieważ ich syn, Wasz pradziadek Tadeusz, urodził się w 1913 roku, w miejscowości Niwka (dziś jest to dzielnica Sosnowca).

Ich syn, Stanisław Aleksander urodził się w 1910 roku w Warszawie, Tadeusz, w 1913 roku już w Niwce. Powrócili do Warszawy z pewnością przed rokiem 1920.

W tamtych czasach, dzieci przychodziły na świat zazwyczaj zaraz po ślubie, skąd wiec ta przerwa, między rokiem 1904 (ślubem) i dziećmi (było ich pięcioro, a pierwsze, którego datę narodzin znamy to właśnie Stanisław Aleksander). Na szczęście, możemy to bardzo łatwo wyjaśnić.

Prapradziadek Jan był robotnikiem pracującym na kolei, zwanej wówczas żelazną. Człowiekiem pospolitym z pewnością jednak nie był. Należał do Polskiej Partii Socjalistycznej – Lewica, a w 1905 roku w Warszawie wziął udział w jednym z zamachów organizowanych przez Organizację Bojową PPS. We wspomnieniach Waszego pradziadka Tadeusza pojawiało się określenie zamach na policmajstra, co mogłoby oznaczać, że Jan uczestniczył w akcji z 26 marca 1905 roku, na ulicy Wileńskiej 9 (wówczas siedziba VII Cyrkułu Policji), podczas którego raniono oberpolicmajstra Karla Nolkena. W zamachu uczestniczył Stefan Okrzeja (skazany na śmierć i stracony 21 lipca 1905 roku na stokach Cytadeli), a jej organizatorem był późniejszy premier, Aleksander Prystor.

Za tym, że chodzi właśnie o zamach na Nolkena przemawia również fakt, że w dotyczących tych wydarzeń wspomnieniach pradziadka przewijał się nieodległy od ulicy Wileńskiej most Kierbedzia (dziś Śląsko-Dąbrowski). Konkretów należałoby szukać w archiwach.

Następne cztery lata spędził prapradziadek najpierw w Cytadeli Warszawskiej, a potem w więzieniu w Piotrkowie Trybunalskim (musiały tam pozostać po tym ślady w postaci dokumentów). Wyrok jak za czyn tej kategorii zdecydowanie niewysoki, Jan Markowski zawdzięczał podobno tej okoliczności, że rola jego ograniczała się do przywiezienia dorożką zamachowców na Wileńską (zgodnie z planem, po zamachu miał on im także pomóc w ucieczce przed pościgiem).

Po wyjściu na wolność i narodzinach pierwszego syna wyjechał z żoną do Niwki, gdzie prawdopodobnie miał rodzinę (by się upewnić, należałoby prześledzić losy rodzeństwa naszej linii we wcześniejszych pokoleniach). Przyczyn tej decyzji możemy dziś dociekać na próżno, choć można domniemywać, że miały coś wspólnego z wcześniejszym wyrokiem.

Jan i Antonina wrócili do Warszawy z pewnością przed rokiem 1920, ponieważ w tym właśnie okresie pradziadek Tadeusz rozpoczął naukę w szkole powszechnej na Woli.

Warto dodać, że prapradziadek Jan stanowi jedyny w rodzinie przykład osoby, której walka o niepodległość przyniosła korzyści. Po roku 1918 otrzymał medal wraz z przyzwoitą wcale, jak wspominał Wasz pradziadek Tadeusz, dożywotnią pensją.

Co do żony Jana, Antoniny z domu Kwiatkowskiej, wiadomo tyle tylko, że wychowała pięcioro dzieci. W prapradziadkowym domu zdecydowanie się nie przelewało i Antonina podejmowała starania, by dorzucić coś do niewysokich kolejarskich zarobków i wspomnianej pensji. Godziła wychowanie dzieci z pracą, która polegała na praniu i sprzątaniu w okolicznych domach.

Trzeba przyznać, że wraz z Janem ukształtowała charakter pradziadka Tadeusza w taki sposób, że będzie jeszcze o czym opowiadać.

Mogiła Jana i Antoniny znajduje się na cmentarzu bródnowskim w Warszawie. Zaczynając pisać, wcale nie wiedziałem o jej istnieniu. Pierwszy raz w życiu odwiedziłem ją dopiero w dzień Święta Zmarłych 1996 roku.

Konstanty Feldman i Katarzyna z domu Konrad (prapradziadkowie)

(rodzice Anny Markowskiej z domu Feldman (prababci), która była matką Jerzego Markowski (dziadka), który jest ojcem Adriana Markowskiego (taty)

 

Kolejna opowieść zajmie niewiele miejsca i więcej w niej będzie domysłów niż faktów. O Konstantym i Katarzynie Feldman z domu Konrad pamięta się bowiem bardzo niewiele.

Gdzie przyszli na świat, nie mamy najmniejszego pojęcia. Konstanty Feldman rodzić się musiał mniej więcej wtedy, co i Jan Markowski, bo gdy ten ostatni znalazł się wskutek opisanych wcześniej wypadków w Warszawskiej Cytadeli, ojciec Waszej prababci Ani był w carskim wojsku na Krymie, a potem walczył podczas japońskiej wojny. Przeżyć i zobaczyć musiał wiele, bo starczyło tego na długie opowieści, które kilkuletniej Ani wydawały się baśniami.

Na początku drugiej dekady dziewiętnastego wieku, widzimy go już w Kielcach, gdzie przychodzi na świat co najmniej jedno z jego dzieci, czyli prababcia Anna (mogłoby to sugerować, że właśnie tam się ożenił, i że jego żona Katarzyna pochodziła właśnie z tego miasta). Wreszcie, gdzieś w latach dwudziestych, czy może trzydziestych cała rodzina przenosi się do Soczewki pod Płockiem i pozostaje tam aż do końca wojny.

Jeżeli jeszcze coś pewnego można wnioskować o Konstantym i Katarzynie, to jedynie tyle, że dom ich do bogatych na pewno nie należał, jako że prababcia Ania już w piętnastym roku życia musiała pracować i nie skończyła nawet szkoły powszechnej.

O ich dalszych losach niewiele wiemy. W 1945 Konstanty wpadł na karkołomny pomysł, by przenieść całą rodzinę na Krym, który pamiętał z młodych lat, spędzonych w carskim wojsku. Zauroczony wspomnieniami, widział w osiedleniu się w tych odległych stronach krok rokujący jak najlepsze perspektywy. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że rzecz działa się przecież w czasach, w których za wschodnią granicą Polski, nie było Rosji, ale Związek Sowiecki.

Wszyscy spakowali manatki i wyruszyli w podróż, która miała okazać się niezbyt długa. Nie dojechali na Krym. Zostali zmuszeni do osiedlenia się we Lwowie.

Przedsięwzięcie to w żaden rozsądny sposób wyjaśnić się nie daje, poprzestańmy więc na stwierdzeniu, że Konstanty do końca swych dni zdaje się wspominał służbę w wojsku Mikołaja II, poznawszy zapewne dogłębnie, jak oczywista ułuda wspomnień sprzed półwiecza może odbiegać od rzeczywistości, w której trzeba żyć, popełniwszy omyłkę. Gdybyż nie musiały za to płacić następne pokolenia! Bo trzeba dodać, że za wschodnią granicę przeniosło się dziesięć osób; wszyscy oprócz prababci Ani, która uparła się, by czekać na powrót męża, czyli pradziadka Tadeusza z wojny. Do dziś żyją gdzieś we Lwowie Wasi krewni.

Franciszek Kuciński i Antonina z domu Krupińska (prapradziadkowie)

rodzice Władysława Kucińskiego (pradziadka), który był ojcem Barbary Markowskiej z domu Kucińskiej (babci), która była matką Adriana Markowskiego (taty)

 

Ciekawie całkiem przedstawiają się dzieje rodziców ojca mojej Mamy, Władysława Kucińskiego. Jego rodzice, Franciszek i Antonina z domu Krupińska, w początkach wieku mieszkali we wsi Kuflew pod Mińskiem Mazowieckim i tak zmienili losy części jej mieszkańców, że przez czas pewien podobno jedna z tamtejszych ulic nosiła imię Franciszka Kucińskiego.

Zanim jednak je przedstawię, wypada zrobić wstęp, podobny całkiem do tego, który poprzedzał historię linii noszącej nazwisko Markowski, bo podczas ostatniej redakcji Kroniki (2022 r.) odkryłem nowe fakty, dotyczące poprzednich pokoleń.

W tym wypadku, gniazdem rodzinnym jest, znany nam już Kuflew (konkretnie Wola Rafałowska w kuflewskiej parafii) a historia Waszych przodków obejmuje Marcina, najstarszego, do którego imienia udało mi się dotrzeć, a który zmarł 1817 roku, Alojzego Gonzagę Cyryla (który żył w latach 1789-1871) i Jana Nepomucena (1818-1882), który był ojcem Franciszka.

Już wspominając Markowskich z Nagłowic pisałem o kłopotach z nazwiskami. Tu znajdziemy interesujący przykład. Jan Nepomucen został przy urodzeniu zapisany jako Kuczyński i to nazwisko pojawia się również w dokumencie, dotyczącym ślubu. Jednak zmarł jako Kuciński i takie właśnie nazwisko przekazał synowi, Franciszkowi.

Wszyscy znani nam przodkowie Jana Nepomucena nosili nazwisko Kuczyński.

Podobnych przypadków w genealogii jest mnóstwo i niejedna rodzina do pewnego momentu pisała się tak, później zaś inaczej, albo różne jej gałęzie w pewnej chwili zaczynały używać różnych nazwisk. A do tego dochodzą jeszcze zniekształcenia i nieścisłości. Ot, druga żona Alojzego (pisanego również jako Aloyzy), występuje w źródłach jako Katarzyna Ładno, Ładna, Ładnych i Ładzińska).

Ale, wracajmy do opowieści.

Franciszek wywodził się ze zubożałej, zagrodowej, a może i do cna schłopiałej szlachty, jak sugeruje akt ślubu Alojzego z 1812 r. Jeszcze jego syn, Władysław przyznawał się do herbu. Szkicował go nawet mojej Mamie, która, będąc wówczas małym dzieckiem, nie zapamiętała kształtów rysunku. Już za życia przodków Franciszka herb ten – zapewne Ogończyk – nie miał zresztą żadnego znaczenia, a sam prapradziadek jedyną nadzieję na poprawę losu czerpał z obstawiania carskiej loterii. Co najdziwniejsze, nie przeliczył się wcale i w pierwszych latach dwudziestego wieku wygrał tak ogromną sumę, że nie tylko sam przeniósł się do Rosji na dorobek, lecz jeszcze i spośród sąsiadów zabrał każdego, kto tylko chciał z nim pojechać. Tym oto sposobem, za sprawą Franciszka Kucińskiego liczba ludności wsi (Woli Rafałowskiej, albo Kuflewa) dramatycznie spadła, który to fakt potomni mieli ponoć uczcić, nazywając jedną z ulic jego imieniem. Czego jak czego, ale fantazji prapradziadkowi odmówić nie można!

Dziś oczywiście próżno szukać w Kuflewie ulicy Kucińskiego. W sierpniu 1995 roku zadzwoniłem do parafii, gdzie zainstalowano jedyny w całej wsi telefon. Tamtejszy ksiądz wyjaśnił mi, że ulic w Kuflewie od dawna nie ma. Domy oznaczone są numerami. Onegdaj był Kuflew miastem, lecz prawa miejskie utracił w 1831, po powstaniu listopadowym. Obdarzone nazwami ulice istniały, co prawda, jeszcze długo, lecz siłą rzeczy znikały w miarę jak ubywało ludzi. Tak więc, poza tym, co zachowało się w ludzkiej pamięci i kilkoma trzyrublowymi banknotami, o których jeszcze przyjdzie wspomnieć, po historii Franciszka Kucińskiego i śladu nie ma.

W swojej podróży, której celem było pomnożenie i tak już przyzwoitych pieniędzy, Franciszek zapędził się daleko, bo aż do Irkucka. Swego jednak dopiął, stając się człowiekiem bardzo bogatym (możliwe, że prapradziadek zakładał piekarnie; taka informacja pojawia się w jednym z życiorysów, napisanych przez jego syna, Władysława).

Opowieść o prapradziadku nie ma szczęśliwego zakończenia. Cały jego majątek przepadł wskutek bolszewickiej rewolucji. Stało się to za sprawą Antoniny, która z nie dających się dziś zrozumieć przyczyn, wymieniła złoto na gotówkę (to ostatnie określenie zaczerpnąłem z mglistych wspomnień opowieści Waszej prababci Izabelli). Operacja zaowocowała w ten oczywisty sposób, że wkrótce oboje mogli cieszyć się widokiem bardzo dużej liczby banknotów, ładnych co prawda, lecz zupełnie bezwartościowych.

Próżno dziś dociec szczegółów postępku praprababci. Z pewnością jednak wypłaciła z banku jakąś nieprawdopodobną sumę z zamiarem trzymania jej pod poduszką. Część pieniędzy przetrwała następne pół wieku, i jeszcze ja sam, będąc dzieckiem, mogłem oglądać całe pliki trzyrublowych banknotów z 1905 roku, spoczywających w szufladzie babcinej szafy.

Franciszek, o ile mi wiadomo, zmarł gdzieś u progu lat trzydziestych. Mogiła jego z pewnością już nie istnieje, a i tak nie wiedziałbym nawet, gdzie jej szukać. Antonina rozstała się z życiem w początku lat sześćdziesiątych, a więc niedługo przed moim urodzeniem. Jej grób – którego nigdy nie widziałem – znajduje się na cmentarzu w Ursusie.

Jedno jeszcze rzec trzeba o praprababci: 13 października 1904 roku w Irkucku urodziła bliźnięta, którym nadano imiona Franciszek i Władysław. Ten ostatni, o którym będzie jeszcze niejedno do powiedzenia, w 1922 roku wrócił wraz z rodzicami do Polski i osiedlił się w Warszawie. Jest on Waszym pradziadkiem.

Józef Kicman i Sabina z domu Kerber (prapradziadkowie) rodzice Izabelli Kucińskiej z domu Kicman (prababci), która była matką Barbary Markowskiej z domu Kucińskiej (babci), która była matką Adriana Markowskiego (taty)

Wygląda na to, że po liniach męskich więcej jakoś zostaje, bo o rodzicach Waszej prababci, Izabelli Kucińskiej z domu Kicman wiadomo mniej więcej tyle, co i o Feldmanach. I nawet rzadko spotykane nazwisko, wcale niewiele pomaga w poszukiwaniach.

Z jedynego dotyczącego Kicmanów, a zachowanego do dziś dokumentu dowiadujemy się, że rodzice Sabiny nosili imiona Jan i Teodozja, sama zaś praprababcia przyszła na świat 26 października 1883 roku, zmarła natomiast 19 października 1969 w Warszawie, gdzie mieszkała w należącym do Kicmanów, piętrowym domu przy ulicy Liwskiej 12.

Z napisu na grobie prapradziadków, na cmentarzu bródnowskim dowiedzieć się można jeszcze i tego, że Józef zmarł 24 czerwca 1942 roku, licząc sobie lat 62, tak więc na świat przyjść musiał w roku 1880. Ostatnią wiadomością, jaką możemy podać o Kicmanach jest fakt, że w początkach wieku, w całkiem nie wyjaśniony sposób znaleźli się w Charkowie, gdzie 3 kwietnia 1913 roku przyszła na świat Wasza prababcia Izabella.

Na tym niestety przyjdzie zakończyć, chociaż wiedzę o prapradziadkach czerpać mogłem z samego źródła, prababcia Izabella bowiem mieszkała ze mną i moimi rodzicami aż do roku 1979 i do ostatnich chwil umysł miała jasny. Cóż, nie mogłem wtedy przewidzieć, że kiedyś przyjdzie mi dociekać rodzinnych dziejów. W chwili jej śmierci miałem tylko trzynaście lat.

Johann Jausi i Berta z domu Schuricht (prapradziadkowie) rodzice Klary Janusz z domu Jausi (prababci), która była matką Honoraty Korneli Dziedzic z domu Janusz (babci), która była matką Anety Markowskiej z domu Dziedzic (mamy)

 

Skończywszy rozważania na temat prapradziadków po mieczu, przejdźmy do Waszych przodków po kądzieli i opowiedzmy o ich losach w tej samej co poprzednio kolejności. Zajmie to nieco mniej miejsca, a to z tego względu, że o prapradziadkach ze strony ojca Waszej mamy (Adalbercie i Marii z domu Bielat) nie wiadomo literalnie nic i historia zacznie się dopiero od ich syna, Jan Dziedzica, Waszego pradziadka. Na szczęście ewidentny ten brak zrekompensować można sporym całkiem zasobem wiedzy o rodzicach rodziców Waszej babci Neli (Honoraty Kornelii Dziedzic, z domu Janusz), z której wspomnień mogłem korzystać do woli.

Nigdy już nie dowiemy się, jak i kiedy Johann Jausi i Berta, z domu Schuricht przywędrowali na Pomorze. Johann był ponoć rodowitym Szwajcarem, Berta zaś wywodziła się z Saksonii. Pod koniec dziewiętnastego stulecia, prapradziadkowie mieszkali w Pigży, gdzie w jednym z miejscowych majątków Szwajcar Johann był… szwajcarem, czyli w języku współczesnym osobą nadzorującą pracę takich, co doili krowy. Stanowisko było intratne, czego niezbitym dowodem jest fakt, że Johann i Berta kupili wkrótce sto morgów dobrej ziemi i własnym sumptem założyli świniarnię, co odpowiada  dzisiejszej hodowli. Oboje byli wyznania ewangelickiego, języka polskiego nie znali, co nie powinno dziwić nikogo, kto ma jakie takie choćby pojęcie o historii. Pierwsze ślady polskości pojawiają się dopiero w następnym pokoleniu, bowiem ich córka Klara, wychodząc za mąż za pradziadka Wojciecha Janusza, przeszła na katolicyzm, a niedługo również nauczyła się języka.

Podczas I wojny światowej, prapradziadkowie sprzedali majątek i kupili taki sam dokładnie w Lubiance pod Toruniem. Wraz z zabraniem synów do wojska w gospodarstwie zabrakło rąk do pracy, a w Lubiance i ziemia tańsza i o chętnych do wyjścia w pole pewnie było łatwiej. Tak, czy inaczej, w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na gospodarstwo, Johann i Berta wraz z córką trafili do domu Jana i Józefy Januszów, rodziców pradziadka Wojciecha.

Po roku 1918, Johann został w Lubiance, mimo, że Rzeczpospolita uraczyła go propozycją odkupienia ziemi i opłacenia mu wyjazdu do Niemiec, czy też Szwajcarii. Żywot zakończył w roku 1926. Berta w 1933 roku wyjechała do jednego ze swoich synów w Szwajcarii. Zmarła tuż przed, albo w czasie II wojny światowej.

Jan Janusz i Józefa z domu NN (prapradziadkowie)

rodzice Wojciecha Janusza (pradziadka), który był ojcem Honoraty Kornelii Dziedzic z domu Janusz (babci), która była matką Anety Markowskiej z domu Dziedzic (mamy)

 

O domu rodziców Wojciecha, prapradziadków Jana i Józefy Januszów rzekło się już tyle, że znajdował się w Lubiance i niewiele więcej powiedzieć można. Jan i Józefa wywodzili się z Podkarpacia, dokładnie z Lutczy. Do Lubianki przywędrować musieli grubo przed I wojną, skoro w jej czasie byli już tam na tyle osadzeni, by doradzać Johannowi Jausi w kwestiach dotyczących kupna majątku. Mieli siedemdziesiąt morgów ziemi, nabytych za pieniądze uzyskane ze sprzedaży ziemi w ich rodzinnych stronach. Pomarli zapewne w Lubiance, w tym samym mniej więcej czasie, co i inni prapradziadkowie, czyli w latach bliskich II wojnie światowej.

Rozdział drugi

Pradziadkowie

W następnym pokoleniu, losy opisanych rodzin splotły się w ten sposób, że wywodzące się z nich dzieci stworzyły cztery małżeństwa, z czego z kolei wynikło przyjście na świat Waszych dziadków, a potem i rodziców.

Syn Jana i Antoniny Markowskich, Tadeusz ożenił się z Anną, córką Konstantego i Katarzyny Feldmanów,

Władysław Kuciński, syn Franciszka i Antoniny ożenił się z Izabellą Kicman, córką Józefa i Sabiny,

Klara Jausi, córka Johanna i Berty wyszła za Wojciecha Janusza, syna Jana i Józefy,

wreszcie Jan Dziedzic i Małgorzata z domu Klimowicz, dzieci prapradziadków, którzy pozostawili po sobie tylko imiona i nazwiska, założyli dom w Radgoszczy, w województwie krakowskim.

Przedziwny jest łańcuch zdarzeń, który prowadzi do narodzin człowieka!

Tadeusz Markowski i Anna z domu Feldman (pradziadkowie) rodzic Jerzego Markowskiego (dziadka), który był ojcem Adriana Markowskiego (taty)

 

Zacznijmy od Tadeusza Markowskiego, którego historia ma tę bezcenną zaletę, że została utrwalona na piśmie w postaci wspomnień, z których łatwo można zaczerpnąć wiadomości. Z tego właśnie źródła pochodzi wszystko niemal, co rzekło się już o prapradziadkach Markowskich, teraz zaś również dzięki wspomnieniom przejść będzie można do opowieści o losach samego pradziadka i to od jego dzieciństwa aż do lat powojennych.

Pradziadek Tadeusz urodził się 6 stycznia 1913 w Niwce. Jego najwcześniejsze wspomnienia pochodzą jednak z Warszawy, z domu przy ulicy Przyokopowej 3. Wychował się na podwórku czynszowej kamienicy i razem z czworgiem rodzeństwa pokonywał codziennie cztery kilometry, jakie dzieliły ulicę Przyokopową od Łuckiej, gdzie znajdowała się szkoła powszechna. Szkoły tej zresztą żadne chyba z dzieci Jana i Antoniny nie skończyło, co było skutkiem najoczywistszej biedy. Bieda ta musiała być naprawdę dotkliwą, skoro prapradziadkowe potomstwo zaczynało pracę już w wieku lat kilkunastu.

Do człowieka z wykształceniem mniej jeszcze niż siedem klas liczącym, trudno mieć pretensję, że imał się zajęć, które ponad przeciętność żadną miarą wybić go nie mogły. Pradziadek pracował jako pomocnik murarza, stolarz, był robotnikiem w fabryce Wedla, wreszcie, już po wojnie, zaczepił się na budowie warszawskiego metra i w końcu przy robotach geologicznych. Gdyby na tym poprzestał, nie byłoby o czym pisać. Na szczęście, życie jego płynęło całkiem innym jeszcze nurtem, który wyniósł go w takie strony, gdzie o przeciętności mówić nie można. Pasją jego było uprawianie sportu znanego przed wojną pod nazwą walk francuskich, czyli dzisiejszych zapasów.

Zaczynał pradziadek w 1932 roku w warszawskiej Legii, zdobywając drugie miejsce w Mistrzostwach Warszawy. W połowie lat trzydziestych zmienił klub na Rywala, założonego przez Emila Wedla, właściciela fabryki czekolady. W barwach tego właśnie klubu, zdobył w 1935 roku najpierw tytuł Mistrza Warszawy, później zaś Wicemistrza Polski i podwójny ten sukces powtórzył w roku 1938. Rzecz dziwna, ale po wojnie, która oznaczała dla niego prawie sześć lat ciężkich robót, wcale nie spuścił z tonu. W początkach lat pięćdziesiątych jeszcze raz stanął na podium w Mistrzostwach Warszawy i Mistrzostwach Polski, zdobywając te same, co wcześniej tytuły. Przedwojenny format człowieka! Niedługo przyjdzie na ten temat coś więcej powiedzieć.

Na jesieni 1935 roku Tadeusz został powołany do wojska. Ciężkie zdaje się były początki jego służby w 8 Pułku Artylerii Lekkiej w Płocku, lecz z tego, co pisze wnioskować można w sposób oczywisty, że obowiązek wobec Ojczyzny (pisanej wielką literą!) uważał za świętość. Jest to pierwsza lekcja przedwojennego myślenia, bo Ojczyzna przecież ani pradziadka ani jego bliskich wcale nie rozpieszczała.

Podczas przepustek, pradziadek zwykł chodzić do parku na Górze Tumskiej. Spoglądał na zamek, płynącą w dole Wisłę i po raz pierwszy w życiu zapewne rozmyślał o historii. Właśnie w tym parku, któregoś wieczoru, jego uwagę zwróciła jedna ze spacerujących dziewcząt. Była to Anna Feldman, jego przyszła żona, czyli matka mojego taty.

Anna Feldman urodziła się 12 listopada 1911 roku, tak więc gdy poznała przyszłego męża miała lat 24. Tak jak i on pozbawiona wykształcenia, od piętnastego roku życia pracowała w papierni w Soczewce. Kiedy pradziadek Tadeusz zakończył służbę wojskową, pod koniec 1936 roku, wyjechała z nim do Warszawy i dzięki znajomościom narzeczonego, natychmiast dostała pracę u Wedla. Wzięli ślub 15 sierpnia 1937 roku, a 27 listopada, Anna urodziła pierwsze ze swoich trojga dzieci, którym był Jerzy, mój Tata.

Pradziadkowie wiedli spokojne i w miarę dostatnie życie, aż do 24 sierpnia 1939 roku. Tego właśnie dnia Tadeusz otrzymał kartę mobilizacyjną, zobowiązującą go do stawienia się w ciągu 48 godzin w Zajezierzu, niedaleko Dęblina, gdzie stacjonował 28 Pułk Artylerii Lekkiej. Pożegnawszy się z rodziną, wsiadł do pociągu na dworcu Warszawa Wschodnia, nie zdając sobie sprawy, że większość z żegnających go osób zobaczyć mu przyjdzie dopiero za lat sześć, a swoich rodziców widzi po raz ostatni.

Krótkie, wrześniowe dzieje 28 Pułku Artylerii Lekkiej dają się ująć w kilku zdaniach. W ostatnich dniach sierpnia pułk dotarł do Wielunia, a następnie do Praszki. Wytrzymał tam do 3 września i rozpoczął odwrót w kierunku Warszawy. Przez trzy dni bronił się pod Łodzią, następnie ostatkami sił dociągnął do Błonia, gdzie 12 września został okrążony i w całości prawie wzięty do niewoli. Krótka w rzeczy samej historia, jakże niestety typowa dla tamtej jesieni.

Pradziadek maszerował w kolumnie jeńców. Trudno w to uwierzyć, lecz z kart pamiętnika wynika w sposób jednoznaczny, że myśli jego skupiały się bardziej na sprawach żołnierskich, niż na niepewnym dniu jutrzejszym. Włożył mundur, żeby bronić Ojczyzny. Nie obronił jej, bo i nie mógł, ale rozgoryczenia pozbyć się nie potrafił. By zrozumieć sedno sprawy, wystarczy powołać się na jedno tylko zdanie z pamiętnika, w którym pradziadek literalnie stwierdza, że podczas odwrotu spod granicy czuł się wrogiem własnego narodu. Nic dodać, nic ująć. Przedwojennego myślenia lekcja następna, a i nie ostatnia.

Ktoś może gotów uznać słowa pradziadka za dowód naiwności albo i nawet ślepoty na realia. Nic bardziej mylnego! Z beznadziejności położenia zdawał sobie sprawę, przewagę wroga dostrzegał. Były wtedy jednak i takie rzeczy, których żadne kalkulacje imać się nie chciały, a które w wyższej stały cenie niż życie. Czasy niedawne, a tak mocno udeptano nad nimi ziemię, że mało kto pamięta, jaką z nich można wyciągnąć naukę.

Jeńcy zostali doprowadzeni do Mszczonowa. Tu pradziadek otarł się o śmierć, ujmując zaś rzecz ściślej uciekł przed nią, przeskakując kościelny mur, za którym wziętych do niewoli stłoczono na nocleg. Było to tak: wieczorem Niemcy, przeszukując jeńców, wcale zresztą nie po raz pierwszy, znaleźli w pradziadkowej kieszeni brzytwę. Poprzednio pozwolono mu ją zatrzymać, więc pozornie nie powinien był mieć powodu do obaw. Tym razem jednak, wraz z dwoma innymi nieszczęśnikami został odciągnięty na bok, wyprowadzony w pole, tuż za kościelnym murem, a wkrótce dostał do rąk łopatę, co w tych okolicznościach czyniło sytuację całkiem jasną.

Pradziadek kopał swój grób tak, jak robiłby to każdy na jego miejscu, bez pośpiechu. Jednocześnie gorączkowo szukał sposobu ratowania skóry. Trudne to było zadanie, bo człowiek sparaliżowany lękiem o własne życie wiele wymyślić i zrobić nie zdoła, chyba, że chowa w zanadrzu coś, co więcej dla niego warte. Rzeczpospolita i służba w jej wojsku wyposażyła pradziadka w wartość tego rodzaju. Otrząsnął się, pomyślawszy o honorze żołnierskim, z którym sporządzanie własnej mogiły na oczach wroga jakoś nie dawało się pogodzić. Szybko porzucił rozważania o ucieczce w pole, bo mogła przynieść najwyżej godną śmierć, lecz w żadnym wypadku ocalenie i wybrał drugą możliwość, tyleż dla niego oczywistą, co zaskakującą dla stojącego pod murem plutonu egzekucyjnego. Gdy żołnierze na chwilę spuścili go z oczu, skoczył na nich, roztrącił, przesadził mur i wpadł w tłum jeńców po drugiej stronie. Tyle jeszcze miał siły, by ukryć się w na kościelnym chórze i pozbyć się tego, co mogło go zdradzić, gdyby Niemcy poderwali się do pościgu. Pozbył się dwóch, widocznych przy każdym uchyleniu ust, złotych zębów. Zwyczajnie je sobie wybił tym, co akurat miał pod ręką. Aż się prosi, by znów rzec słowo o przedwojennej szkole!

Z Mszczonowa jeńców poprowadzono przez Rawę Mazowiecką, do Częstochowy, skąd zostali przewiezieni koleją do Austrii. Następnie, jeszcze we wrześniu, trafili do Stalagu XI A Altengrabow, skąd z kolei 21 czerwca 1940 roku skierowano pradziadka na roboty, do miejscowości Polensko w pobliżu miasta Zerbst/Anhalt, mniej więcej w połowie drogi między Magdeburgiem, a Dessau (dziś Polensko jest dzielnicą miasta).

Dwa lata strawił pradziadek na niewolniczej pracy na niemieckich polach. Biorąc pod uwagę okoliczności, los wcale nie najgorszy, choć trudno dociec, czy świadomość, że bywa znacznie gorzej, może znieczulić człowieka. Pradziadka zdaje się jakoś nie znieczuliła, bo w 1942 roku podjął, w tych warunkach całkiem przecież beznadziejną, próbę ucieczki.

Siłą rzeczy daleko nie zaszedł. Schwytano go już w Dessau, skąd po dwóch tygodniach, które spędził w więzieniu odesłano go do kamieniołomów Obozu Specjalnego XXI Watenstedt (nr obozowy 1853), gdzie szybko pojął, że dotychczas III Rzesza obdarzała go samymi tylko dobrodziejstwami. Po trzech miesiącach morderczej pracy, wyczerpany do granic, gotów był zostać kaleką, byle tylko powrócić choćby i do pracy w polu.

Tu zaczyna się opowieść niezwykła, bo dotycząca proroczego snu. Jako się rzekło, dla wyjścia z obozu zamierzał pradziadek poświęcić resztki własnego zdrowia. O ucieczce myśleć już nie próbował i z całą wyrazistością dostrzegał fakt, że wynieść życia z obozu nie zdoła. Na szczęście, niemieckie przepisy przewidywały możliwość zwalniania więźniów. Wystarczyło, by zostali uznani za niezdolnych do pracy. W specyficznej dla czasu i miejsca interpretacji, przepis ten oznaczał zwalnianie takich, co stracili rękę albo nogę.

Pradziadek wybrał utratę nogi jako zło mniejsze i postanowił podłożyć ją pod jeden z wagoników, służących do przewozu kamieni. Wagoniki te pchali po szynach więźniowie, więc nieszczęście mogło zdarzyć się przy byle potknięciu. Prostota i zimna kalkulacja, zupełnie jak kilka lat wcześniej pod kościelnym murem w Mszczonowie.

Od desperackiego kroku powstrzymał pradziadka sen. W noc poprzedzającą wykonanie desperackiego planu przyśniło mu się, że zostanie zwolniony z obozu. Czy w spełnienie tego snu uwierzył, wypada raczej wątpić, faktem jest jednak, że następnego dnia na włożenie nogi pod koła się nie zdecydował. I dobrze zrobił, bo jakby na przekór jego własnemu zdrowemu rozsądkowi, sen sprawdził się jeszcze tego samego popołudnia! Pozwólcie, że nie będę szukał jakiś wymyślnych określeń i nazwę to zdarzenie zwyczajnie, cudem.

Na tym kończy się najciekawszy rozdział pradziadkowych dziejów. Rok 1945 zastał go na tych samych dokładnie polach, z których był wcześniej uciekał. Gdy nadciągnęły wojska sowieckie, niewiele myśląc wsiadł wraz z innymi Polakami na wóz i pociągnął w kierunku Warszawy. Do zburzonego miasta dowiózł go sowiecki pociąg wojskowy, w którym jakoś udało mu się ukryć na granicy.

W tym miejscu trzeba opisać scenę być może mało ważną, lecz przemawiającą do wyobraźni. Pociąg przejeżdżał przez Warszawę. Pradziadek wyskoczył z niego za Wisłą, w okolicach Ogrodu Zoologicznego. Po długich latach niewoli znowu był w swoim mieście, które zapamiętał takim, jakim było w sierpniu 1939 roku, kiedy na Dworcu Wschodnim żegnał się z rodziną. Przez dłuższy czas stał na nasypie kolejowym, patrząc ze łzami w oczach na ruiny po drugiej stronie rzeki i zadając sobie pytanie, czy ktokolwiek z tych, co czekali na jego powrót mógł przetrwać. Koniec opisu mało ważnej sceny, która tak jakoś dziwnie wryła mi się w pamięć, że pisząc te słowa mam ją przed oczami, jakbym był jej świadkiem i zdaje mi się, że czuję powiew nadwiślańskiego wiatru, który przywitał pradziadka Tadeusza na praskim brzegu.

Należał pradziadek do tych szczęśliwców, którzy bez trudu odnaleźli swoich bliskich. Jeszcze tego samego dnia witał się z rodzeństwem, a następnego ranka wyruszył do Soczewki, gdzie czekała na niego żona z synem. Zabrakło tylko rodziców, którzy zmarli podczas okupacji.

Zapytanie może, skąd wzięła się Wasza prababcia w Soczewce. Powędrowała tam z synem po wybuchu wojny. Całą drogę z Warszawy przeszła pieszo, niosąc na rękach mojego, dwuletniego wówczas ojca.

Życia zawodowego od nowa pradziadek zaczynać nie musiał. Czekało na niego miejsce w Fabryce Wedla. Nie wytrzymał tam jednak długo. Wkrótce wyczuł nieprawdopodobne możliwości kryjące się w handlu i zajął się nim z pasją, którą porównać można chyba tylko do tej, która przyniosła mu mistrzowskie tytuły w zapasach. Handlował czym popadło, a że czasy były wręcz wymarzone, przez ładnych parę lat rodzina opływała w dostatek, którego źródłem był sklep, prowadzony wspólnie z jedną z sióstr siostrą na Bazarze Różyckiego. Idylla zakończyła się w roku 1950 wraz z obłożeniem sklepu domiarem podatkowym, co zmusiło pradziadka do poszukiwania innego zajęcia. Zatrudnił się na budowie warszawskiego metra, a po jej przerwaniu, wyuczony fachu, wiercił studnie w różnych zakątkach Polski, zabierając ze sobą, podczas wakacji, swojego syna, a mojego Tatę, mającego podówczas lat kilkanaście.

Do listopada 1996 roku mieszkał z praprababcią na Pradze, przy ulicy Brzeskiej 15/17, dwa kroki dosłownie od Bazaru Różyckiego. Następnie, dzięki staraniom swojej córki, Izabeli przenieśli się na Bródno, na ulicę Bolesławicką. Pradziadek Tadeusz do końca życia trzymał się tak, że daj Boże każdemu. Do późnej starości pozostało w nim coś z dawnej tężyzny, a niekiedy dawało o sobie znać zamiłowanie do handlu. Opiekował się troskliwie prababcią, która w połowie lat dziewięćdziesiątych zaczęła powoli tracić kontakt z otaczającym ją światem. Ojciec mój odwiedzał ich często, a i Wy także widywaliście ich od czasu do czasu.

Babcia Anna zmarła 22 września 2001 roku. Pradziadek, 10 lutego 2009 roku, w wieku 96 lat.

Władysław Kuciński (pradziadek)  ojciec Barbary Markowskiej z domu Kucińskiej (babci), która była matką Adriana Markowskiego (taty)

Pradziadek Władysław Kuciński, ojciec babci Basi, mógłby podzieliłby los wielu opisanych w tej Kronice postaci, o których nie wiadomo, jaki przyszło im pędzić żywot, gdyby nie tragiczny w skutkach fakt, że znaleźli się tacy, co próbowali wszystko dokładnie wybadać. Okoliczność w skutkach naprawdę tragiczna, bo ludźmi tymi byli oficerowie śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którym o to tylko chodziło, by co prędzej sprowadzić pradziadka do mogiły. Wypada jednak rzecz całą zacząć od początku.

Pradziadek Władysław przyszedł na świat 13 października 1904 roku, w odległym Irkucku. Daleko to naprawdę od wszystkiego co znamy, za Uralem, wielkimi syberyjskimi rzekami Obem i Jenisiejem, tam, gdzie z Bajkału bierze początek Angara. Przyszedł na świat jako jedno z bliźniąt, o których wspomnieć przyszło, opisując dzieje ich obdarzonego fantazją ojca, Franciszka i matki, Antoniny, tej co to wolała trzymać pieniądze pod poduszką. W Irkucku zdobył też jakieś, trudne dziś do określenia, wykształcenie. Spory w tej sprawie jest mętlik, bo w sporządzonych przez MBP aktach sprawy znaleźć można przynajmniej dwie różne wersje, a na dodatek zupełnie co innego pisze pradziadek w swoim życiorysie z 1949 roku. Z tym, że akurat w życiorysach pisano wtedy najróżniejsze rzeczy.

O czasach tych wiadomo jeszcze i to, że przed wyjazdem do Polski, przepracował rok jako telegrafista na irkuckiej, czy pobliskiej jakieś stacji kolejowej. Odmiennie jakoś od tych co urodzili się nad Wisłą musiało ukształtować jego charakter dzieciństwo syberyjskie. Wkrótce przyjdzie się o tym dowodnie przekonać.

Polskę zobaczył Władysław dopiero w roku 1922, gdy Franciszek i Antonina postanowili wrócić w rodzinne strony. Daleki to musiał być skok dla osiemnastoletniego chłopca, wychowanego nad Bajkałem. Po raz pierwszy przyszło mu ujrzeć ojczyznę, którą musiał znać z opowiadań, po raz pierwszy usłyszeć na ulicy polską mowę. Znalazłszy się w Warszawie zamieszkał wraz z rodzicami przy ulicy Długiej 6. Dodać wypada, że pomimo niedawnej finansowej katastrofy, Franciszkowi i Antoninie powodzić się musiało wcale nie najgorzej, skoro, jak twierdzi jedna z notatek MBP, ojciec Władysława posiadać miał własne przedsiębiorstwo. Nie było ono chyba zbyt duże, bo w życiorysie określa pradziadek swoją rodzinę jako rzemieślniczą. Wygląda jednak na to, że Antoninie nie udało się doprowadzić majątku do kompletnej ruiny.

Całe następne trzy dziesięciolecia pradziadkowego życia jesteśmy w stanie opisać tylko z pomocą kilku suchych faktów. Władysław ukończył szkołę techniczną. W latach 1925-27 służył w 21 Pułku Ułanów w Równym, gdzie otrzymał stopień kaprala, a zdjąwszy mundur, rozpoczął pracę w Urzędzie Telefonów Międzymiastowych i Telegrafów, przy ulicy Nowogrodzkiej 45. 27 października 1936 roku ożenił się z Izabellą Kicman, córką Józefa i Sabiny Kicmanów i wynajął mieszkanie we Włochach, przy ulicy Parkowej 3, czyli dzisiejszej Cietrzewia. Tyle suche fakty, żywcem niemal spisane z pożółkłych kartek.

Nagły i tragiczny zwrot w pradziadkowym życiorysie nastąpił dokładnie o 10.30 rano, 17 grudnia 1952. Władysław był już wówczas szefem działu technicznego w Dyrekcji Warszawskiego Okręgu Telekomunikacyjnego, mającej siedzibę w tym samym budynku przy Nowogrodzkiej, w którym rozpoczynał pracę ponad dwadzieścia lat wcześniej. Tego właśnie, zimowego poranka, w sąsiadującej z pomieszczeniami biurowymi centrali telefonicznej wybuchł pożar. Nie był to absolutnie żaden kataklizm, po prostu spalił się jeden z elementów wyposażenia, co o tyle miało prawo się zdarzyć, że większość jego części była konserwowana naftą i podczas pracy znajdowała się w sąsiedztwie iskier elektrycznych.

Ogień ugaszono natychmiast, uszkodzenia usunięto w ciągu kilku dni i sprawa z pewnością utonęłaby w niepamięci, gdyby nie zainstalowany wśród pracowników konfident o pseudonimie Ryś, który skwapliwie doniósł o wszystkim bezpiece. Jak łatwo się domyśleć, dla bezpieki był to zupełnie wystarczający pretekst do wszczęcia śledztwa, które w ciągu bodaj tygodnia, całkiem nie wiedzieć czemu skupiło się na osobie pradziadka. Aresztowano go w noc poprzedzającą Wigilię Bożego Narodzenia.

Początkowo, wysuwane przeciw Władysławowi oskarżenia koncentrowały się wokół koncepcji, że osobiście wzniecił pożar, czemu nadano groźnie brzmiącą nazwę sabotażu. Absurdalny ten zarzut żadnym sposobem dowieść się nie dawał, bo na podstawie zeznań to tylko można było pradziadkowi zarzucić, że zobaczywszy ludzi gaszących ogień, usunął się na bok i do pomocy wcale się nie spieszył. Wyczuć musiał chyba na co się zanosi, bo zagadnięty następnego dnia przez któregoś z pracowników, wprost stwierdził, że wolał trzymać się z daleka, bo nie chce mieć do czynienia z władzami.

Po blisko sześciu miesiącach śledztwa stwierdzono, że sabotażu Władysław co prawda się nie dopuścił, lecz ogień też nie wziął się sam z siebie, wobec czego za przyczynę wypadku należy uznać pradziadkowe zaniedbania w sprawowaniu kierowniczych obowiązków. Szybko przekazano sprawę Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, która od ręki skazała go na dwadzieścia cztery miesiące ciężkich robót. Karę tę miał odbyć pradziadek w Centralnym Więzieniu Warszawa II Gęsiówka, czyli obozie pracy, zajmującym teren niemieckiego, dawnego obozu koncentracyjnego. By pozostać w zgodzie z faktami, należy dodać, że wyrok wkrótce złagodzono do osiemnastu, a następnie dziewięciu miesięcy, co dla Władysława nie miało już jednak żadnego znaczenia. Zmarł w szpitalu więziennym przy ulicy Anielewicza 26, 9 czerwca 1953 roku, w trzy dni akurat po tym, jak ręka jakiegoś urzędnika przystawiła pieczątkę na ostatnim z dotyczących jego sprawy dokumentów.

Na tym właściwie opowieść o Władysławie Kucińskim można by zakończyć, jednak przeszkadzają temu dwa co najmniej pytania, na które w aktach próżno szukać odpowiedzi.

Po pierwsze, z dokumentów dowiadujemy się, że oprócz pradziadka zatrzymano dwóch pracowników centrali, z których jeden już pod koniec lat czterdziestych wzbudzał zainteresowanie kieleckiej bezpieki. Można zapytać, dlaczego oskarżenia zostały skierowane prawie od razu przeciw członkowi dyrekcji, najmniej w gruncie rzeczy związanemu z wypadkiem.

Po drugie, skąd nagła śmierć w kilka dni zaledwie po wydaniu ostatecznego wyroku; jaka była jej przyczyna?

Prababcia Izabella, która odwiedziła męża w pierwszych dniach czerwca, zastała go całkiem zdrowym, w akcie zgonu natomiast, jako przyczynę śmierci podano przewlekłą gruźlicę. To charakterystyczne w przypadku ofiar, które były po prostu przez bezpiekę mordowane. Okoliczności te wyglądają zbyt podejrzanie, by można było przejść nad nimi do porządku dziennego. Warto więc przytoczyć wspomnienia mojej Mamy, które rzucają na sprawę pewne światło.

W chwili śmierci ojca, babcia Basia miała zaledwie czternaście lat. Nic też dziwnego, że prababcia Izabella nie wtajemniczyła jej wówczas w szczegóły tragedii. O wiele bardziej zastanawiający jest fakt, że nie zrobiła tego nigdy, wskutek czego, wszelkie zdobyte później przez moją Mamę wiadomości pochodzą wyłącznie od przyjaciół Waszej prababci.

Według tej wersji wydarzeń, tak aresztowanie, jak i śmierć Władysława, miały być związane z realizacją powierzonego mu zadania, które dotyczyło sporządzenia projektu połączeń sieci telefonicznej dla Komitetu Centralnego PZPR. W rezultacie, znalazł się pradziadek na liście tych niewygodnych osób, które posiadały, zbyt rozległą wiedzę. W przypadku Władysława, MBP miało ułatwioną sytuację, bo pradziadek do osób pokornych nie należał, swoje zdanie zwykł wyrażać na głos, co samo przez się czyniło zeń potencjalną ofiarę. W aktach aż gęsto od informacji, jakich to rzeczy Władysław nie powiedział, publicznie i w rozmowach prywatnych, które zdecydowanie nie mogły mu zjednać sympatii otoczenia, próbującego jako tako urządzić się w ludowym państwie. Między innymi, w 1951 roku spowodował spore zamieszanie na założycielskim spotkaniu związków zawodowych, oświadczając, że osoby uczestniczące w jego realizacji, w najmniejszym stopniu nie wzbudzają jego zaufania. Był widać rzadkim już w owych czasach człowiekiem, co myślał, mówił i w naturalny jakiś sposób nie poczytywał sobie tego za grzech.

Wersja mojej Mamy wnosi do tego, co już powiedziano jeszcze jeden, istotny fakt, a mianowicie, że Władysław został zamordowany w szpitalu więziennym, przy pomocy zastrzyku. Opis wydaje się być wiarygodny, bo pochodzi od pielęgniarki, pracującej wówczas w szpitalu przy ulicy Anielewicza. Dzięki tej pielęgniarce również, prababcia Izabella dowiedziała się o śmierci męża, bo oficjalną drogą nie otrzymała o tym żadnej informacji.

To wszystko, czego na temat pradziadkowej sprawy udało mi się dowiedzieć i wcale nie zanosi się na to, by rzecz kiedykolwiek miała zostać ostatecznie wyjaśniona. Dokumenty znamy, a innych źródeł szukać próżno.

Przedstawiona przez moją Mamę wersja wydarzeń wydaje się prawdopodobna, jednak i w niej można doszukać się znaczących niejasności.

Przede wszystkim, przemawia przeciw niej ta okoliczność, że MBP zwróciło na Władysława uwagę dopiero wtedy, gdy na centrali wybuchł pożar. Później zadało sobie trud stworzenia dwóch tomów akt, pełnych zeznań i szczegółowych ekspertyz technicznych. Gdyby Władysław rzeczywiście należał do kategorii osób, które należało usunąć, słuch by po nim zaginął i tyle. Takie właśnie były czasy. Tu jednak mamy całe mnóstwo dokumentów. Dopiero na pewnym etapie sprawy, nazwisko pradziadka zostało podkreślone czerwonym ołówkiem, a praca śledczych niespodziewanie skupiła się wyłącznie na nim.

A może było jeszcze inaczej. Może rzeczywiście zaprojektował sieć połączeń specjalnych, lecz nie miało to większego znaczenia i o jego losie zdecydował wyłącznie niepokorny stosunek do władzy.

W aktach nie znajdziemy odpowiedzi na to pytanie. Nie będziemy się jednak nad nim zastanawiać i pozostawiając rzecz w takim stanie, do jakiego doszliśmy, przejdziemy do żony Władysława, Izabelli.

Izabella Kucińska z domu Kicman (prababcia)

matka Barbary Markowskiej z domu Kucińskiej (babci), która była matką Adriana Markowskiego (taty)

Całkiem pozorny to paradoks, że o pradziadku Władysławie, którego ani widziałem na oczy, wiem nieskończenie wprost więcej niż o jego żonie, czyli mojej babci, z którą dzieliłem mieszkanie aż do roku 1979. Tyle właśnie znaczy rzecz zapisana na papierze! Gdybyż po Waszej prababci zostało coś więcej niż jeden, pół stronicy liczący życiorys i kilka szkolnych świadectw!

Izabella Kucińska, z domu Kicman dziwnym zrządzeniem losu to miała między innymi z mężem wspólnego, że przyszła na świat w Rosji. Co prawda, droga z leżącego ledwie za Dnieprem Charkowa do Warszawy i porównać się nie da z ogromem przestrzeni dzielącej Charków od Irkucka. Jednak jak by nie patrzył to i to pod panowaniem cara, więc analogia wydaje się uzasadniona.

Jak już wspomniałem, Bóg jeden raczy wiedzieć, skąd Józef i Sabina Kicmanowie wzięli się na Ukrainie i jakimi drogami wrócili nad Wisłę. Pewne jest natomiast, że powrót ich miał miejsce w roku 1920, czyli na dwa mniej więcej lata przed osiedleniem się w Warszawie rodziny Władysława Kucińskiego.

Rodzice Izabelli mieli, wspomniany już wcześniej, dom przy ulicy Liwskiej 12.  Prababcia uczęszczała do Gimnazjum im. Klementyny z Tańskich Hoffmanowej i Praskiej Szkoły Muzycznej Natalii Zarodzińskiej.

Co prawda, w krótkim życiorysie datowanym na rok 1950, prababcia wymienia jedynie Szkołę Handlową im. Zuzanny Rabskiej. Nie mam jednak do tej wiadomości zaufania, jako, że ze szkoły tej nie zachowało się żadne świadectwo, przeciwnie całkiem do świadectw z przemilczanego w tym samym życiorysie gimnazjum. Czy może być to podobny przypadek do życiorysu Władysława Kucińskiego, który – pisany rok wcześniej – także pozostawiał wiele niejasności? Dziś tak daleko posunięta ostrożność może wydawać się przesadną, lecz wówczas najpewniej inaczej na to patrzono. Mówimy przecież o czasach najgłębszego stalinizmu.

W 1934 roku, jako panna licząca sobie dwadzieścia jeden lat, Izabella rozpoczęła pracę w Urzędzie Telekomunikacyjnym – tym  samym, w którym od siedmiu już bodaj lat pracował Władysław Kuciński. Swobodnie można zaryzykować twierdzenie, że tam właśnie doszło do spotkania pradziadków. W dwa lata później, już jako małżeństwo, Izabella i Władysław wynajęli mieszkanie przy ulicy Parkowej 3, w którym tak często odwiedzaliście babcię i dziadka, i w którym sam spędziłem pierwszych trzydzieści prawie lat życia, by powrócić do niego znacznie później, pod koniec pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku.

Przed wojną wiodło się pradziadkom bardzo dobrze. Prababcia mogła zrezygnować z pracy i poświęcić się prowadzeniu domu. Niezwykłym już dziś wydawać się może zwrot, który ręka jakiegoś urzędnika wpisała w jej dowodzie osobistym, w rubryce określającej zawód, przy mężu. Przeżyli wojnę, choć nie obeszło się bez sprzedaży obrączek ślubnych, a w jednym przynajmniej momencie niewiele brakowało, by moja mama i jej dwie siostry zostały sierotami. Jedno z mieszkań w domu przy Parkowej 3 zostało wyznaczone na kwaterę dla oficerów SS z Alei Szucha. Wiadomość ta dotarła do pradziadków z tak niewielkim wyprzedzeniem, że Władysław ledwie zdążył wynieść z mieszkania granaty, słynne później powstańcze sidolówki, w których produkcji i dystrybucji brała udział Izabella. W pośpiechu zakopał je w ogrodzie; ich zardzewiałe zapalniki odnalazł mój Tata podczas przekopywania grządek, gdzieś w latach osiemdziesiątych.

O mocnych nerwach prababci, w każdym bądź razie jeśli chodzi o granaty, świadczyć może następująca historia z czasów okupacji: jest wieczór, prababcia kąpie dzieci przed snem. Do mieszkania wtacza się znajoma z ogromną walizką (co za znajoma, nie wiadomo, w każdym razie mieszkała przez pewien czas u pradziadków i trudniła się tak zwanym szabrem, czyli plądrowaniem opuszczonych, warszawskich mieszkań). Znajoma siada wygodnie, zaczyna grzebać w zawartości walizki i w pewnej chwili zwraca się do prababci, pokazując jakiś przedmiot:

– Niech pani popatrzy, pani Kucińska, jaki dziwny flakonik perfum – po czym zaczyna mocować się z zakrętką.

Prababcia unosi głowę znad balii, w której pluszczą się jej córki i odzywa się zdecydowanym tonem:

– Bardzo proszę to odłożyć. Proszę to postawić na stole.

Nieco zdziwiona kobieta odkłada rzecz.

Dopiero teraz prababcia bierze głęboki oddech.

– To jest granat – informuje, sprawdzając, czy zawleczka pozostała na swoim miejscu i powraca do kąpania dzieci.

Niedawno przypomniała mi się jeszcze jedna historia, choć nie umiem powiedzieć, od kogo ją usłyszałem. Wydaje mi się, że od samej prababci. Otóż podczas rewizji, która poprzedziła wprowadzenie się do budynku esesmanów, z jednej ze ścian mieszkania zniknęła makatka. Prababcia bez zastanowienia zwróciła się do niemieckiego oficera o jej zwrot. Oficer ustawił żołnierzy w szeregu, przeszukał ich, a gdy znalazł ową makatę pod hełmem jednego z nich, dał mu po pysku, oddał makatkę, a następnie przeprosił prababcię.

Prababcia nie zajmowała się tylko granatami. Podejmowała się również akcji wywiadowczych i sabotażowych. W przeciwieństwie do Władysława, który skupiał się na trosce o dom i dzieci, była człowiekiem o nerwach nie do zdarcia i szaleńczej ponoć odwadze. Powyższe informacje pochodzą od osoby, z którą Wasi dziadkowie pozostawali długo w stosunkach niemal rodzinnych i którą sam przywykłem uważać za ciotkę, choć żadne między nami pokrewieństwo. Mowa o Meli Wolskiej, która w czasie okupacji mieszkała w domu przy Parkowej 3. Jej brat, pełniący trudną do ustalenia funkcję w Armii Krajowej i wykładowca konspiracyjnej podchorążówki był bezpośrednim przełożonym prababci. Podczas okupacji występował pod różnymi, fałszywymi nazwiskami. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Dziubiński. Nie dożył Powstania Warszawskiego. Nie wiadomo jednak gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach zginął.

Czy znajoma dostała zawału serca, nie wiadomo, jeżeli zaś chodzi o prababcię, to ciśnie się na usta powtarzane już wielokrotnie spostrzeżenie – przedwojenny był format człowieka!

Powojenny bieg rzeczy nietrudno przewidzieć, znając historię Władysława. Mając lat czterdzieści, prababcia została sama z trzema córkami. Zabrakło męża, ojca i jedynej osoby której praca zapewniała dotychczas Izabelli i dzieciom w miarę dostatnie życie. Co prawda, domniemywać wolno, że już w początkach lat pięćdziesiątych przedwojenny dobrobyt był w domu prababci tylko wspomnieniem, lecz samotne utrzymanie trzech córek, z których najstarsza miała lat nieco więcej niż dziesięć, oznaczać musiało biedę. Jeszcze nie tak dawno wcale, babcia Basia pokazywała mi wyciągnięte gdzieś z dna szafy pozostałości jedynej lalki, jaką miała w dzieciństwie do zabawy wspólnie z siostrami.

W 1961 roku, Izabella przeżyła jeszcze jedną tragedię. Podczas wycieczki na Mazury utopiła się jej najmłodsza córka, siedemnastoletnia Małgorzata.

To z grubsza wszystko, co mi na temat prababci Izabelli wiadomo. W moich wspomnieniach jawi się jako osoba o surowych obyczajach, zasadniczych poglądach i twardym charakterze. Zapamiętałem ją także jako żarliwą katoliczkę; to ona właśnie, gdy byłem ledwie kilkuletnim dzieckiem, zabierała mnie na niedzielne msze święte. Żyła skromnie z emerytury, jaka została jej po latach pracy w Urzędzie Telekomunikacyjnym, do którego powróciła po nieszczęsnym roku 1953. O Władysławie i jego śmierci nie mówiła nigdy, o okupacji rzadko, a jeśli wymknęło się jej jakieś słowo na temat Armii Krajowej, zawsze przestrzegała, bym broń Boże nie wspominał o tym poza domem. Obawy jej nie wynikały wyłącznie z tragicznych przeżyć, w tamtych czasach były całkiem uzasadnione.

Zmarła 14 czerwca 1979 roku i podobnie jak Władysław i Małgorzata została pochowana na cmentarzu we Włochach. W 1984 roku spoczęła tam jeszcze jedna z jej córek, Alicja, która była moją matką chrzestną.

Warto w tym miejscu poświęcić nieco uwagi pewnym, charakterystycznym dla rodziny babci Basi, zbiegom okoliczności. Siostry babci, Małgorzata i Alicja, przyszły na świat w czerwcu: Alicja – 15 czerwca 1941 roku, a Małgorzata 25 czerwca 1943. Władysław zmarł 9 czerwca 1953, Małgorzata 1 czerwca 1961 w Boże Ciało, Izabella – 14 czerwca 1979 roku, również w Boże Ciało. Z całej czwórki jedynie Alicja zmarła w innym miesiącu – 14 października 1984, czyli w dzień po urodzinach swojego ojca.

Redagując Kronikę w 2022 roku, mogę do tej sporządzonej dwadzieścia lat temu listy dopisać jeszcze dwie daty. Wasza mama zmarła w sobotę, 13 czerwca 2020 roku, dwa dni po Bożym Ciele. Babcia Basia, w niedzielę, 18 października 2020 roku.

Warto tu przypomnieć że ojciec prababci Izabelli, Józef Kicman, zmarł 24 czerwca 1942, kilka dni po Bożym Ciele, na rok i jeden dzień przed narodzinami swojej wnuczki – Małgorzaty. Dla mnie są to jedynie daty, dla babci Basi jednak owe zbiegi okoliczności miały ongiś głębsze znaczenie, wskutek czego przez wiele lat z niepokojem oczekiwała każdego kolejnego czerwca. Nawiasem mówiąc, ślady tych dziwnych prawidłowości widać i w najmłodszym pokoleniu: urodziny Patrycji wypadają na trzy dni przed urodzinami babci Basi, Kuba zaś natomiast przyszedł na świat dokładnie w rocznicę śmierci swojego pradziadka.

Na tym rzecz przyjdzie zakończyć. Przyznać muszę ze skruchą, że w rzeczy samej niezbyt wiele potrafię opowiedzieć o prababci Izabelli, z którą bardziej niż z rodzicami wiązały się moje najwcześniejsze lata. Do dziś jeszcze, gdy wspominam ulicę ocienioną przez rozłożyste kasztanowce, widzę wysoką postać mojej babci, w płaszczu, z chustką na głowie, widzę ją taką, jaką była, gdy w ciepłe jesienne poranki odprowadzała mnie na pierwsze lekcje do szkoły.

Jan Dziedzic i Małgorzata (pradziadkowie)

Rodzice Jana Dziedzica (dziadka), który był ojcem Anety Markowskiej z domu Dziedzic (mamy)

 

Wojciech Janusz i Klara z domu Jausi (pradziadkowie) rodzice Honoraty Korneli Dziedzic z domu Janusz (babci), która była matką Anety Markowskiej z domu Dziedzic (mamy)

 

Czas podjąć na nowo, zakończone jak dotąd na prapradziadkach, dzieje Waszych przodków po kądzieli. Pójdzie to dosyć szybko, bo antenaci z linii męskiej, czyli rodzice ojca Waszej mamy, nie zatroszczyli się jakoś o pozostawienie po sobie czegokolwiek niemal poza imionami. Byli to Jan i Małgorzata Dziedzicowie, żyjący, jak już wcześniej powiedziano, w Radgoszczy, powiat Dąbrowa, w województwie krakowskim.

Kiedy i dlaczego przenieśli się do Lubianki, nie wiemy, faktem jest natomiast, że przez czas pewien byli sąsiadami pradziadków Wojciecha i Klary Januszów. Jan zmarł jeszcze przed II wojną światową, Małgorzata natomiast rozstała się z życiem na przymusowych robotach w Niemczech.

Więcej zapewne byłoby do napisania, gdyby w chwili, gdym rozpoczynał pracę, ojciec Waszej mamy był jeszcze wśród żywych. Niestety, zabrakło go o wiele wcześniej, niż ja i mama zaczęliśmy myśleć o małżeństwie.

Losy ludzi, o których mowa, pełne są paradoksów, tak samo dokładnie, jak ówczesna historia ziemi toruńskiej, na której przyszło im pędzić żywot. Johann i Berta, szczerzy Germanie, ze zrozumiałych względów nie wzbudzali sympatii Rzeczypospolitej. W roku 1939 ich córka została wraz z mężem wysiedlona z majątku przez władze niemieckie i przez lata okupacji traktowana była w taki sposób, w jaki obchodzono się wówczas z Polakami. Rodzina Wojciecha i Klary (czyli również Wasza babcia Nela) tylko dlatego nie została wywieziona na roboty do Rzeszy, że w Toruniu akurat zabrakło wagonów kolejowych.

Gdy rodzice babci Neli tułali się w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca do życia, w majątku w Lubiance osadzono ich własną, lecz zdaniem władz bardziej germańską z pochodzenia rodzinę. Dziadek Jan Dziedzic, wywieziony z Lubianki na roboty wraz z matką, nie miał dokąd wrócić po wojnie, bo majątek rodziców zagarnęła jego rodzina, jak najbardziej polska.

W jakże prosty sposób, w porównaniu z tymi perypetiami, wygląda młodość prababci Izabelli, która u progu lat czterdziestych w Warszawie przygotowywała powstańcze granaty.

O Wojciechu i Klarze powiedziało się już całkiem sporo, teraz więc tylko uzupełnimy niektóre miejsca ich życiorysów. Wojciech urodził się w Lutczy, niedaleko Rzeszowa, 26 marca 1894 roku, Klara zaś przyszła na świat w Pigży, 12 kwietnia, sześć lat później, a więc dokładnie na początku wieku. Pobrali się prawdopodobnie w roku 1922, a po śmierci Johanna przejęli majątek w Lubiance.

Majątek ten, niedługo po wojnie został sprzedany. Trafił w ręce odleglejszej rodziny o nazwisku Matłosz, w której posiadaniu znajduje się zapewne do dnia dzisiejszego. O przyczynach będzie czas jeszcze opowiedzieć, na razie poprzestańmy na tym, że u schyłku życia Wojciech posiadał już nie morgi ziemi, a tylko dom z ogrodem, który wówczas znajdował się pod Toruniem, dziś zaś można go zobaczyć w dzielnicy Wrzosy.

Dom ten, po śmierci pradziadka w roku bodajże 1973, przeszedł w ręce jednej z jego córek, która sprzedała go natychmiast i bez namysłu. W efekcie kroku, którego żadną miarą nie można uznać za rozsądny, prababcia Klara resztę życia spędziła tułając się między wynajętym dla niej przez ową córkę pokojem, mieszkaniu drugiej córki w Toruniu i domem Waszej babci Neli. Zmarła 24 kwietnia 1991 roku.

Ów stojący do dziś na Wrzosach dom i ogród, były rajem dziecinnym Waszej mamy, mającej u progu lat siedemdziesiątych kilka lat.

Poznałem prababcię Klarę nieledwie na rok przed jej śmiercią. Odkryłem wtedy, że ta niezwykle miła, siwiuteńka staruszka włada niemczyzną znacznie lepiej niż językiem polskim, którego zresztą nigdy nie opanowała w piśmie. Wśród wielu kartek z życzeniami, jakie Wasza mama i ja otrzymaliśmy w dniu naszego ślubu, znalazło się również kilka słów napisanych jej ręką, oczywiście, po niemiecku.

Komunikator galerii GA.PA - pole zmysłów - propozycja do wspólnego przemyślenia

  • Widok
  • Smak
  • Ciepło
  • Dźwięk
  • Dotyk
  • Balans
  • Zapach
  • Ból
  • TARDIS

Korespondencja

Website Project Created by RAW-CODE