[wpml_language_selector_widget]
Polish English French German Spanish Finnish Hebrew Swedish Norwegian Italian Czech Slovak Bulgarian Hungarian Portuguese Russian Chinese (Simplified) Japanese Hindi Arabic
[wpml_language_selector_widget]
Polish English French German Spanish Finnish Hebrew Swedish Norwegian Italian Czech Slovak Bulgarian Hungarian Portuguese Russian Chinese (Simplified) Japanese Hindi Arabic
Polish English French German Spanish Finnish Hebrew Swedish Norwegian Italian Czech Slovak Bulgarian Hungarian Portuguese Russian Chinese (Simplified) Japanese Hindi Arabic
[wpml_language_selector_widget]
Polish English French German Spanish Finnish Hebrew Swedish Norwegian Italian Czech Slovak Bulgarian Hungarian Portuguese Russian Chinese (Simplified) Japanese Hindi Arabic
Dział Section 13 -- Proszę kliknąć na tytuł / fotografię danego eksponatu -- UWAGA - UKAŻE SIĘ PIERWSZA FOTOGRAFIA - JEŚLI JEST W EKSPONACIE WIĘCEJ FOTOGRAFII - POCZEKAJ NA AUTOMATYCZNE PRZEWIJANIE ALBUMU FOTOGRAFI, LUB KLIKNIJ NA KOLEJNĄ KROPKĘ POD FOTOGRAFIAMI -- KLIKNIĘCIE NA UKAZUJĄCE SIĘ FOTOGRAFIE MOŻE NIEKTÓRE Z NICH NA EKRANIE WYODRĘBNIĆ - PODWÓJNE KLIKNIĘCIE NA NIĄ MOŻE FOTOGRAFIĘ ZNACZNIE ZWIĘKSZYĆ -- ZAPRASZAMY DO DZIAŁU GALERII:Pamięć Życiowych Podróży - Life Travel Memories...

Góry Śnieżne

Zgłaszający Eksponat:
Basia Meder
podziel się z innymi:

Drodzy Przyjaciele,

W przededniu wyjazdu w moje ukochane Gory Sniezne posylam Wam duzo Swiateczno-Wielkanocnych serdecznosci oraz moja opowiesc o tych gorach napisana w 2006 roku i opublikowana w skroconej wersji w Polsce w Poznaj Swiat we wrzesniu 2006.

I tym razem bedziemy w sporej grupie Polakow swietowac w Charlotte Pass, chodzic na wedrowki, objadac sie pysznosciami polskich przysmakow, popijajac dobre australijskie wina i wspominajac wszystkich nam bliskim na calym swiecie.
No a potem opowiemy, pokazemy zdjecia, pozostawiajac wspomnienia na dalsze lata.
Z zyczeniami zdrowych i pogodnych Swiat Wielkanocnych oraz ucalowaniami,
Basia

Basia Meder – To live a lifetime each day
PO Box 567, Dickson, Canberra, ACT 2602, Australia
Email: basia @ meder.net

Web Site: www.basia.meder.net

_________________________________________________________________________

Wyznanie miłości z Gór Śnieżnych

Australia

© Basia Meder

„Kocham Cię bardzo! Tęsknię stale za Tobą.”

„Posyłam Ci kwiat z najwyższego szczytu Australii!”

 

Czy takie były słowa listu, zawierającego kilka srebrzysto-białych zasuszonych kwiatków, później nazwanych siwy promyk słońca? Młodzieńcza dusza Pawła Edmunda Strzeleckiego, adresata listu, 43 latka, wypełniała miłość i tęsknota do ukochanej, pozostawionej w odległej Polsce. Strzelecki przeżywał swoją kolejną, podróżniczą przygodę życia. Prawie od roku przemierzał nieznaną na świecie ziemię, Australię. 12 marca 1840 roku, po kilku dniach uciążliwej konnej i pieszej wędrówce górskiej, samotnie stanął na najwyższym szczycie tego kraju – kontynentu, na wysokości 2229 metrów. Jako pierwszy, udokumentowany europejski eksplorer, nazwał ten szczyt Górą Kościuszki, chcąc patriotycznie upamiętnić wielkiego polskiego bohatera narodowego, symbolizującego Wolność.

 

Strzelecki siadł na jednym z głazów, wpatrzony w rozległą przestrzeń. Skalisty szczyt pokrywała łąka niskich kwiatków, śnieżno-białych nieśmiertelników. Ich słoneczno-żółte środki, przy srebrzyście lśniących liściach, przypominające polskie rumianki, wyglądały jakby całe kamienne otoczenie uśmiechało się do zdobywcy. Myślał o niej, o ukochanej Adynie. W ręku trzymał jej ostatni list oraz złocisty pukiel włosów. Jako dwudziestolatek, namiętnie zakochał się w tej urodziwej, niebiesko-okiej blondynce. Uczucie zostało silnie odwzajemnione. Niestety, jej ojciec, srogi napoleoński pułkownik, miłości jego życia i Adyny nie zatwierdził. Strzelecki poczuł się więc zmuszony by zostawić Adynę w odległej ojczyźnie, w Polsce i ruszyć przed siebie w nieznany świat. Ale ich romantycznej korespondencji nikt nie mógł przerwać prawie całe ich życie.

 

Wysyłając w liście do Adyny małe kwiatki, o nazwie siwe promyki słońca, nie przypuszczał, że wywróżą mu następne spotkanie z ukochaną, dopiero po wielu latach, gdy pojawiły się już na jego skroniach siwe kosmyki włosów.

 

Sto sześćdziesiąt pięć lat później, 12 marca 2005, wczesnym świtem, stałam przed drewnianym budynkiem, w niewielkiej, kilkunasto-budynkowej wiosce alpejskiej Charlotte Pass, położonej na wysokości 1800 m. Znajdowałam się u podnóża Góry Stilwell, jednego z kilkunastu szczytów o ponad dwu-tysięcznej wysokości, w Górach Śnieżnych w Australii. Poranne słońce szybko oblewało pomarańczowym światłem pobliskie pasmo górskie. Spędziłam w tej opustoszałej wiosce, ożywającej jedynie zimą, pięć miesięcy australijskiego lata. Wielokrotnie wędrowałam przez pobliskie pasma górskie i przecinające je doliny.

 

W ten marcowy, jesienny poranek, rocznicę wejścia Strzeleckiego na najwyższy szczyt Australii, Górę Kościuszko, czułam już mroźne, górskie powietrze. Niżej leżącą rozległą dolinę potoku Spencer pokrywał bielusieńki szron. Światło wschodzącego słońca lśniło jakby milionem rozsypanych malutkich diamencików. A przecież do zimy i większych opadów śniegu jeszcze pozostało parę miesięcy. Zarzuciłam mały plecak i ruszyłam na wielogodzinną wędrówkę górską śladami Strzeleckiego. Bezchmurne, błękitne niebo, z coraz silniej grzejącym słońcem, szybko zmieniało temperaturę powietrza. Szron błyskawicznie zamieniał się w lekką mgiełkę.

 

Myślami wracałam do Pawła Edmunda Strzeleckiego. Kim on był?

 

Urodził się w roku 1797 koło Poznania, jako syn dzierżawcy niewielkiego majątku. Jako dwudziestoletni porucznik charakteryzował się spontanicznością, romantyzmem i gorącą krwią. Jego młodzieńcza miłość, brutalnie odrzucona przez ojca ukochanej, wpłynęła mocno na całe jego burzliwe i odważne życie. Jako dwudziesto-pięcio-latek opuścił Polskę z rozdartym sercem. Rozpoczął wieloletnie życie światowego podróżnika, ekploratora i naukowca. Poznał część Europy, Amerykę Południową i Północną, Oceanię i Nową Zelandię. Mając już 42 lata dotarł na francuskim statku „Justine” do Australii, będącą wtedy jeszcze białą plamą na mapach europejskich. Fascynując się odkryciami geograficznymi, geologicznymi i przyrodniczymi pozostał na tej olbrzymiej wyspie przez cztery lata. Z pasją eksploratora dokonywał kolejnych odkryć dla świata i odległej Europy. Ustalił źródła największej australijskiej rzeki Murray. Przy pomocy urządzeń mierniczych dokładnie wyznaczył wysokość wielu szczytów górskich, w tym najwyższej Góry Kościuszki.

 

Natychmiast po kolejnych odkryciach, z talentem literackim, opisywał wszystkie swoje przygody. Dzięki temu szybko zdobywał uznanie świata i naukowców. W Angli, jako już obywatel brytyjski, otrzymał honorowy doktorat Uniwersytetu w Oksfordzie. W dalszych latach kolejne nagrody i medale sypały się jak z rękawa.

 

Umierając w Londynie w 1873 roku, jako siedemdziesięcio-sześcio-letni człowiek, nigdy nie ożeniwszy się, zachowując wierność młodzieńczą dla Adyny, pozostawiał za sobą wielki dorobek naukowy. Ugruntowując podwaliny światowej wiedzy geograficznej o Australii, pozostał na ważnym miejscu współczesnej historii tego kraju. Zostało to utrwalone w kilkunastu miejscach natury i administracji. Nazwisko Strzelecki, nieraz pisane „Strelecki”, noszą między innymi: miasto, góra, szczyt, potok, pasmo górskie, park narodowy, przełęcz górska i jezioro. Prawem odkrywcy europejskiego, nadał też ponad dwadzieścia nazw różnym obiektom geograficznym w Australii. Nawet jeden ze szczytów w Górach Błękitnych, niedaleko Sydney, podarował swojej narzeczonej Adynie.

 

A więc 165 lat później, po wejściu Strzeleckiego na najwyższy szczyt Australii, dokonaniu jego pomiarów i nadaniu mu nazwy polskiego dowódcy, ja podążałam na ten sam szczyt. Moja ponad dwudziesto kilometrowa wędrówka pod górę była wielokrotnie łatwiejsza. Wychodząc o wczesnym świcie czułam, że jestem samiuteńka w olbrzymiej, kamiennej przestrzeni, tak jak kiedyś Strzelecki. Od samej przełęczy Charlotte Pass, na wysokości 1900 metrow, widok był rozległy. Wśród niskich, rdzawych traw alpejskich na stokach gorskich, wystawały wielkie głazy. Daleko, z lewej strony, lśniła kopczykowato wyglądająca Góra Kościuszki. W prawo od niej, z za wysokiej, ponad dwutysięcznej przełęczy i szczytu Mullers, wychylał się skalisty wierzchołek Góry Townsend, 2209 metrów, niższy jedynie o 20 metrów od Góry Kościuszki. Najwyraźniej, z prawej strony, górował szczyt Twynam, o wysokości 2196 metrów, piętrzący się stromymi skałami nad głębokim i wysoko położonym, polodowcowym jeziorkiem Blue.

 

Minęłam ostatnie grupy drzew moich ukochanych śnieżnych eukaliptusów. W deszczowe lub śnieżne dni, ich plamiasto-pasiaste powierzchnie mienią się intensywnością barw czerwieni, żółci czy zieleni. Drzewa te, powykręcane, przygięte, schłostane przez wichury, ulewy i zamiecie śnieżne tworzą niezwykły krajobraz, obrazując siłę przyrody. Wędrując dalej słyszałam huk kaskadowo spadającej, wartkiej rzeki Snowy River i wpadających do niej potoków. Poranny świergot ptaków dochodził z gęstwiny krzaków, przypominających tatrzańską, trudną do przedarcia się, kosówkę. Czasem, przestrzeń górską obejmowała przejmująca cisza. W marcu, u schyłku lata, pozostały już jedynie ostatnie blaski wielu różnorodnych, w kolorach i wielkości, obfitych odmian kwiatów alpejskich, głównie nieśmiertelników i stokrotek.

 

Docierając do małego, betonowego mostu, na pieniącej się i bulgoczącej między głazami rzece Snowy River, zatrzymałam się przy błękitnych oczkach kryształowej wody. Byłam w odległości jedynie kilkuset metrów od kamienistego źródełka rzeki. W kilku miejscach, na brzegu, leżały resztki płatów letniego śniegu, którym niespodziewanie pokryte zostało całe pasmo wysokich szczytów, zaledwie kilka tygodni temu. Tak, te niewinnie wyglądające Góry Śnieżne mogą bardzo łatwo zaskoczyć wielu wędrowców. Któż by przypuszczał, że w Australii, w środku lata, może spaść czterdzieści lub wiecej centymetrów puchu śnieżnego, że drogi górskie muszą być oczyszczane pługiem śnieżnym aby stały się przejezdne. W połowie lutego nie mogłam wydobyć się przez parę dni swoim samochodem z całkowicie ośnieżonej wioski w Charlotte Pass!

 

Od rzeki, szłam szeroką, szutrową drogą pnącą się znacznie stromiej. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu można było wjechać nią samochodem na wysokość 2120 metrów, na przełęcz Rawson. Stąd, już węższą i krętą ścieżką, dochodziło się na sam szczyt Góry Kościuszki. Na szczęście, w roku 1976, zarząd Parku Narodowego zamknął tę drogę dla dostępu publicznego. Rok później, obszar całego parku został zadeklarowany jako, jedna z ponad 300 chronionych przez UNESCO, biologiczna sfera świata. Zbliżając się do przełęczy Rawson dostrzegłam całe łąki siwo-srebrzystych roślinek z niskimi, śnieżno-białymi, jakby papierowymi kwiatkami. Ich żółte środeczki kontrastowały wesoło z otoczeniem. Uśmiechnęłam się do siebie.

„Przecież to są te same kwiatki, siwe promyki słońca, które Strzelecki, przed 165 latami wysłał do swojej ukochanej Adyny!” – Uświadomiłam sobie.

 

Po godzinie dalszej wędrówki dotarłam na sam skalny wierzchołek Góry Kościuszko. Wpatrzona w wielką przestrzeń, w niebieskawe pasma górskie ze wszystkich stron, rozmyślając o przeszłości i teraźniejszości, zajadałam się kanapką śniadaniową, popijając sok z mango. Otaczające mnie kwiatki siwe promyki słońca wywoływały uśmiech na mojej twarzy, tak jak kiedyś reagował Strzelecki. Obecnie, wejście na najwyższy szczyt Australii, przy właściwym przygotowaniu ubraniowym, nie jest żadnym wyczynem fizycznym. W ostatnich miesiącach byłam tu wielokrotnie. Ale tego dnia, 12 marca, stając na szczycie tuż po ósmej rano, w 165 rocznicę wejścia Strzeleckiego, wypełniona byłam radością. Czułam dumę i silne połączenie swojego polskiego pochodzenia z przywiązaniem się do mojej nowej ojczyzny, Australii.

 

Po krótkim odpoczynku i nabraniu sił ruszyłam w drogę powrotną, ale inną niż weszłam na górę. Nie dochodząc do przełęczy Rawson skręciłam w ścieżkę w lewo na przełęcz Muellers. Mijając po lewej stronie 2120 metrową Górę Muellers odpoczywałam wpatrzona w długie jezioro Albina, leżące na wysokości 1900 metrów. Idąc dalej wąską ścieżką, stale szłam powyżej dwóch tysięcy metrów, mijając strome i skaliste zbocza, bardziej już przypominającymi mi wędrówki tatrzańskie. Mijałam, po prawej stronie, góry Northcote, Lee i Szczyt Carruthers, u którego podnóża leży kolejne, najwyżej położone, na wysokości około 1950 metrów, jezioro Club.

 

Zbaczając trochę w lewo podążałam krawędzią przełęczy, z pięknym widokiem na strzelisty szczyt góry Sentinel i strome zachodnie górskie zbocza. To właśnie na tej łąkowej przełęczy znajduje się źródełko niewielkiego strumyka, zamieniającego się poniżej w wartki potok, noszący nazwę Strzelecki Creek. Stąd, ścieżka stopniowo obniża się w kierunku wschodnim. Schodząc niżej dotarłam do iskrzącej się w słońcu tafli jeziora Blue. Wszystkie mijane przeze mnie jeziora Gór Śnieżnych leżą conajmniej 100 metrów wyżej niż Czarny Staw nad Tatrzańskim Morskim Okiem. Wrażenie jednak tych wschodnich, łagodnie rysująch się wierzchołków, daje zupełnie inne odczucie. Najstarsze skały Parku oceniane są na conajmniej 450 milionów lat. Pomimo dużej wysokości, przez milenia złagodniały one w kształcie, zatracając drapieżność stromych i skalistych ścian, przypominając jakby pagórki. Jedynie część zachodnich ścian zachowała dramatyczną stromość. Dla mnie, Góry Śnieżne od wielu lat stały się ulubionym miejscem wędrówek; śnieżną zimą, słonecznym latem, ukwieconą wiosną czy deszczową jesienią.

 

Wracając od jeziora Blue na główną ścieżkę zniżałam się coraz bardziej, aż dotarłam ponownie do rześko płynącej, zwykle lodowatej, rzeki Snowy River. Ostrożnie przeskakując po sporych kamieniach, dotarłam na drugi brzeg. Ostatni odcinek, tej ponad dwudziesto-kilometrowej wędrówki, stromo wspina się ponad sto metrów do góry Guthrie, na przełęcz Charlotte Pass. Minęłam kilka osób dopiero wychodzących na wędrówkę w góry i z przyjemnością spojrzałam w oddali na swój drewniany, nowoczesny ale sharmonizowany z otoczeniem dom ostatnich miesięcy. Wracając do wioski, minęłam jeden z kilkunastu zimowych hotelików o nazwie Tar Gan Gill. Zbudowany prawie trzydzieści lat temu przyjął starą Aborygeńską nazwę najwyższego szczytu, nazwanego później przez Strzeleckiego Górą Kościuszki.

 

„Jak wiele zmieniło się od czasu, gdy Strzelecki postawił swoje nogi na tej ziemi!” – Pomyślałam.

W swoich wędrówkach wielokrotnie używał on bezcennej pomocy przewodników Aborygeńskich. W wielu sytuacjach bronił ich własnych praw.

„Czy więc sprzeciwiał by się teraz aby dodatkowo uznano ich własną, starą nazwę najwyższego szczytu – Tar Gan Gill?”

Jest tak wiele miejsc geograficznych na całym świecie, którym zostały nadane nazwy europejskie. Coraz częściej, w uszanowaniu lokalnych mieszkanców, nieraz tylko symbolicznie, dodaje się ich pierwotne nazwy.

 

Ślady życia Aborygenów w pobliskich dolinach rzek, u stóp gór, sięgają ponad dwadzieścia tysięcy lat. Zamieszkując tą ziemię przemierzali ją, zmieniali i kształtowali przez tysiące lat. Najwyższe szczyty Gór Śnieżnych były świadkami zbierania przez nich pożywienia – roślin, zwierząt i ryb. Legendy mówią o wielkich w czasie lata polowaniach na olbrzymią ćmę Bogong, ukrywającą się na lato tysięcznymi masami, w chłodnych szczelinach skalnych najwyższych wierzchołków. Kiedyś, będąc na szczycie Góry Towsend, przypadkowo poruszyłam jakiś głaz. Zaskoczona patrzyłam na olbrzymią, wielotysięczną chmarę ćmy, jakby przyklejoną grubą warstwą do spodniej powierzchni skalnej. Tak, ćma Bogong jest stale w lecie obecna w górach, tyle, że plemion Aborygeńskich nie ma już w pobliżu. Dawniej prażyli schwytane ćmy na kamieniach, w rozzarzonych popiołach, zajadając się nimi jak orzeszkami.

 

Wiele górskich miejsc było cetrum spirytualnych ceremoni i obrzędów. Ocienione, schłodzone i zaciszne skalne zaułki stawały się świetnym miejscem na liczne, czasem wielosetne zgromadzenia kilku do kilkudziesięciu plemion Aborygenów, docierających tu nie tylko z najbliższej okolicy. Dzis, i dla mnie, pobyt w tych górach, jak również zawsze w Tatrach, jest jak pobyt w świątyni; kojący, inspirujący i relaksujący.

 

Od czasu gdy na obecny teren Gór Śnieżnych dotarł biały człowiek historia ludzka tego obszaru wzbogaciła się ponownie. Eksploracja europejska dążyła do wykrycia wszelkich źródeł naturalnych skarbów ziemi, głównie złota, a później ich kopalnianym wydobyciem. Europejczycy zainteresowani też byli od samego początku wykorzystaniem w czasie lata zielonych, bezdrzewnych górskich stoków jako pastwiska dla stad owiec i koni. Aborygeni zatrudnieniani byli, często na równych prawach z białymi, jako doświadczeni przewodnicy lub pracownicy na farmach.

 

Na początku, biali osiedleńcy masowo wycinali gęste, prehistoryczne lasy, używając drewno jako podstawowy budulec. Po ponad stu latach takiego użytkowania gór i dolin, tak odmiennych od europejskich, szybko i gwałtownie nastąpiły trwałe zmiany i zniszczenia środowiska. Ostatecznie, w roku 1967, ogłoszono Góry Śnieżne jako Narodowy Park Kościuszki i całkowicie wstrzymano wypas bydła oraz zlikwidowano na tym obszarze farmy. W ich trudnych latach i warunkach życia nie mogli oni oprzeć się też magicznemu urokowi piękna górskich zielonych stoków, wyniosłych szczytów, zamglonych dolin i wartkich rzek. Po pierwszych europejskich farmerach pozostały jedynie bogate legendy, opowieści, poezje i pieśni.

 

Pod koniec dziewiętnastego wieku, nagle zdano sobie sprawę, że największym skarbem gór nie jest złoto, lecz woda! To tutaj znajdują się źródła głównych rzek australijskich – Murray, Murrumbidgee i Snowy. Od 1940 roku Góry Śnieżne wstrząsnęła nowoczesność. Powstał skomplikowany projekt wodny – The Snowy Mountains Hydro-electric Scheme. Głęboko, pod pasmem najwyższych szczytów i stromych stoków, zimą okrytych białą, nieraz kilkumetrową warstwą śniegu, rozpoczęto drążenie olbrzymich, czasem o przekroju kilku metrów, rurociągów wodnych. Bieg płynącej na wschód rzeki Snowy River sztucznie odwrócono na kierunek zachodni, zasilając rzekę Murray i Murrumbidgee. Pomaga się w ten sposób nawadnianiu terenów dla celów rolnictwa. Po 25 latach intensywnej i trudnej budowy, przez ponad 100 000 ludzi z 30 krajów, w tym też wielu Polaków, mieszkających głównie w wielkim, górskim obozowisku namiotowym, stworzono jeden z cudów konstrukcyjnych świata współczesnego. Powstało 145 kilometrów połączonych górskich tuneli, 80 kilometrów dróg wodnych, którymi kaskadami, wodospadami, szybami spada z hukiem pieniąca się woda. Dociera ona do siedmiu elektrowni, w tym dwie są podziemne, wytwarzając 70% energi elektrycznej dla wschodnich stanów Australii. Obecnie, wędrując ścieżkami górskimi, mało osób uświadamia sobie, że głęboko pod powierzchnią skalną, całość gór wyryta jest jak kretowisko ogromnymi tunelami wodnymi, zasilającymi wodą krany milionów domów.

 

Dla potrzeb tego projektu wodnego rozbudowano świetne drogi górskie, między innymi The Alpine Way. Powstało też 16 głównych tam na rzekach i kilka sztucznych jezior, stanowiących zbiorniki zapasu wody. Dwa główne jeziora, Jindabyne i Eucumbene, powstały za wysoką cenę zalania dwóch starych miasteczek, Jindabyne i Adaminaby, po których pozostały jedynie resztki na dnie wody i smutne wspomnienia żyjących jeszcze byłych mieszkańców.

 

Obecnie, Narodowy Park Kościuszko jest częścią Alp Australijskich, rozległych na trzy stany. Jednocześnie stanowi część pasma Gór Wododziałowych, biegnących kilka tysięcy kilometrów wzdłuż wschodniego wybrzeża Australii. Charakteryzuje go unikalna różnorodność krajobrazu, roślinności i zwierzyny. Obszar powyżej 1800 metrów zdominowany jest przez roślinność wysoko-alpejską; wrzosową i ziołową. Przy około 200 zróżnicowanych gatunków roślin, ponad dwadzieścia należy do unikalnych. Szczególnie wiosną i latem stoki górskie zamieniają się w kolorowe łąki. Dominuje wśród nich kilka odmian bielusieńkiej ale wysokiej, papierowej stokrotki, której liście tworzą na stokach srebrne kobierce. Niżej, późnym latem, pojawia sie masa papierowych, dużych żółtych stokrotek, lśniących w słońcu na rozległych łąkach. Na ostatniej linii drzew, na wysokości 1500 do 1950, rosną głównie powykręcane eukaliptusy śnieżne. Ich grube, woskowate, zawsze zielone liście, bardziej odporne są na gwałtowne zmiany pogody i niskie temperatury.

 

Kiedyś, na terenie gór znajdowało się dużo zwierzyny. Niestety, w ostatnich stuleciach, ilość ich zmniejszyła się dramatycznie. Obecnie znajdują się tu unikalne gorskie oposy (pigmy possum), szczury górskie, wombat, wallaby, żmije, jaszczurki oraz ponad dwieście gatunkow ptaków. Dla wielu Europejczyków zaskoczeniem jest zobaczenie szybującego olbrzymiego orła, czy kruka a jednocześnie, wśród drzew śmigających czerwono-niebieskich papużek, rosella. Biali osiedleńcy wprowadzili na teren górski króliki i lisy, które rozprzestrzeniły się ogromnie, w większości stając się zagrożeniem dla rodzimej zwierzyny. Doszły do tego też zdziczałe konie, brambi, których w części Parku spotkać możną w wielkich stadach.

 

Urok gór przyciągał Europejczyków niemalże od samego początku osiedlania się ich w Australii. Dzieki temu, około 1909 roku zbudowano drogę asfaltową aż do Charlotte Pass na wysokości prawie 1900 metrów. Od Jindabyne pnie się ona, czasem kręto, prawie tysiąc metrów pod górę, aby kilkanaście kilometrów łagodnie prowadzić dolinami na wysokości 1700 metrów! Nic więc dziwnego, że wiele odwiedzających osoób, jadąc tymi jakby łagodnymi dolinami, nagle zaskakuje widok najwyższych szczytów, wyglądających jak pagórki. Ale przecież dojechali samochodami tak wysoko!

 

Gdy zbudowano drogę do przełęczy Charlotte Pass, poniżej powstał tam też pierwszy ogromny hotel górski. W zimie, ostatni odcinek drogi dostępny był i jest jedynie dzięki transportowi śnieżnemu. Tak, wielu ludziom z całego świata trudno sobie wyobrazić, że w Australii, tej upalnej, istnieją ogromne opady śniegu, że narciarstwo rekreacyjne i sportowe stale intensywnie rozwija się. W okresie zimy, od czerwca do października, w czasie weekendu, dociera tu nieraz kilka tysięcy narciarzy. Nieraz, turyści z pogardą wybierają się na wycieczkę w góry, zimą czy latem, sądząc że pogoda zawsze im dopisze i że są to łatwe góry. Zmiana pogody następuje zawsze w górach bardzo gwałtownie. W Górach Śnieżnych, w ciągu jednego dnia, można znaleść się w czterech porach roku, silnych i lodowatych wichurach, mgłach zamykających widzialność niemalże na centymetry czy upalnym, silnie parzącym słoncu. Są to prawdziwe góry, ze swoimi urokami ale i grozą i niebezpieczeństwem. Co roku pochłaniają kilka ofiar śmiertelnych. Na szczęście, setki tysięcy turystów szczęśliwie wraca do swoich domów.

 

Od strony doliny Thredbo znajduje się wyciąg krzesełkowej kolejki linowej. Dodatkowo, kilkanaście lat temu, unowocześniono wygodniejszy dostęp do części wysokich gór. Zbudowano Skitube, podziemną kolej, łączącą Doliny Thredbo, Perisher i szczyt Blue Cow. Od lat, Narodowy Park Kościuszko stał się popularnym miejscem wędrówek pieszych, narciarskich – nart zjazdowych i terenowych, rowerowych jak również przejażdzek samochodowych i miejscem pikników. W jeziorach rozwinęło się żeglarstwo i kajakarstwo. W potokach i jeziorach wędkarze czatują na pstrągi. Oj, pyszne są australijskie górskie pstrągi! W części wapiennej gór rozciągają się kilometrowe korytarze jaskin Yarrangobilly, naturalnie udekorowane stalaktytami, stalaktydami i innymi formami. Tuż koło jaskin bulgączą gorące źródła, ujęte w formie basenu kąpielowego. Po zziębniętej wędrówce gorąca kąpiel jest jak błogosławieństwo!

 

No coż, ponownie wrócę do tego pamiętnego dnia mojej wędrówki, dwunastego marca. Wspomnienia o Strzeleckim przeplotły refleksje o całym Parku, jego wiecznych zmianach, adaptacji do zmian środowiska i ludzi. Dla mnie była to przejmująca wędrówka. Było to piękne też lato. Moje refleksje o dawnej Ojczyźnie, Polsce, przeplatały się z myślami o moim już ponad dwudziestoletnim życiu w Australii, gdzie żyję szcześliwie z mojego wyboru, a jedocześnie tak dumna jestem ze swojego polskiego pochodzenia.

Na zakończenie mojego pięciomiesięcznego pobytu w Górach Śnieżnych, pod koniec marca, w drewnianym domku wioski alpejskiej, zapanowała atmosfera świąteczno-polska. Był to okres Swiąt Wielkanocnych. Grupa moich polskich przyjaciół dotarła do mnie do Charlotte Pass. W zacisznej latem, pobliskiej wiosce alpejskiej Perisher, stoi kamienny, nieduży kościół ze strzelistą więżą. Za skromnym ołtarzem, na wysokość kilku metrów, dominuje olbrzymie okno. Wsłuchując się w słowa księdza, w czasie wielkanocnej niedzielnej mszy, wpatrywałam się w kamienne stoki górskie widoczne przez ołtarzowe okno. Kapłan z uśmiechem pobłogosławił nasz duży, bogato przybrany wiklinowy kosz, pełen barwnych pisanek, świeżego pieczywa i pachnących wędlin. Po powrocie do domu w Charlotte Pass, ogarnięci spokojem wewnętrzym i środowiskiem górskim, z radością przywołaliśmy polski zwyczaj dzielenia się jajeczkiem i składania sobie nawzajem pokojowych życzeń. Olbrzymi stół uginał się od polskich smakołyków, jajek, sałatek, szynek, kiełbas, pieczywa i ciast.Wśród kolorowych, ręcznie malowanych pisanek, znalazł się nawet biały cukrowy baranek i malutkie, sztuczne, żółciutkie kurczaczki! Jakże daleko byliśmy od Polski, od naszych rodzin i przyjaciół, ale te chwile były dla nas tak polskie i piękne. I tak jak Strzelecki osiągając swój sukces na odległej ziemi, wracał myślami i sercem do ukochanej Adyny i do swojej ojczyzny, tak i my sercami i myślami wędrowaliśmy do ziemi, w której urodziliśmy się i do naszych rodzin i przyjacioł.

 

Próba zabawy - POLE ZMYSŁÓW - przyszłe bonusy Portalu NARODOWA GA.PA - na dziś - PANACEA - Wirtualna Gra Wyobraźni i Skojarzeń "PANACEA"

Korespondencja

Website Project Created by RAW-CODE