[wpml_language_selector_widget]
Polish English French German Spanish Finnish Hebrew Swedish Norwegian Italian Czech Slovak Bulgarian Hungarian Portuguese Russian Chinese (Simplified) Japanese Hindi Arabic
[wpml_language_selector_widget]
Polish English French German Spanish Finnish Hebrew Swedish Norwegian Italian Czech Slovak Bulgarian Hungarian Portuguese Russian Chinese (Simplified) Japanese Hindi Arabic
Polish English French German Spanish Finnish Hebrew Swedish Norwegian Italian Czech Slovak Bulgarian Hungarian Portuguese Russian Chinese (Simplified) Japanese Hindi Arabic
[wpml_language_selector_widget]
Polish English French German Spanish Finnish Hebrew Swedish Norwegian Italian Czech Slovak Bulgarian Hungarian Portuguese Russian Chinese (Simplified) Japanese Hindi Arabic
Dział Section 13 -- Proszę kliknąć na tytuł / fotografię danego eksponatu -- UWAGA - UKAŻE SIĘ PIERWSZA FOTOGRAFIA - JEŚLI JEST W EKSPONACIE WIĘCEJ FOTOGRAFII - POCZEKAJ NA AUTOMATYCZNE PRZEWIJANIE ALBUMU FOTOGRAFI, LUB KLIKNIJ NA KOLEJNĄ KROPKĘ POD FOTOGRAFIAMI -- KLIKNIĘCIE NA UKAZUJĄCE SIĘ FOTOGRAFIE MOŻE NIEKTÓRE Z NICH NA EKRANIE WYODRĘBNIĆ - PODWÓJNE KLIKNIĘCIE NA NIĄ MOŻE FOTOGRAFIĘ ZNACZNIE ZWIĘKSZYĆ -- ZAPRASZAMY DO DZIAŁU GALERII:Pamięć Życiowych Podróży - Life Travel Memories...

AWA – AKADADEMICKIE WYPRAWY AFRYKAŃSKIE – UNIWERSYTET WARSZAWSKI

Zgłaszający Eksponat:
Wojciech Dabrowski, Sydney
podziel się z innymi:

AWA – AKADADEMICKIE WYPRAWY AFRYKAŃSKIE – UNIWERSYTET WARSZAWSKI

W dekadzie lat 1970-ych miał miejsce w Polsce „wysyp” naukowych wypraw do Afryki. Zrealizowano ich wówczas co najmniej kilkanaście. Oto wspomnienie dotyczące wyprawy pierwszej z 1972 roku

—————————————————————————————————————————————————————–

AWA UW ROK 1972

—————————————————————————————————————————————————————–

IN MEMORIAM – WOJCIECH GAJOWNICZEK by Wojciech Dabrowski, Sydney

Poniższy tekst, poświęcony pamięci Wojtka Gajowniczka (vel Gajowego), składa się z dwóch części.

Jedna, Pierwsza Część, (Part One), traktuje o naszych przygotowywaniach do Wyprawy, AWA72.

Druga część, (Part Two) opowiada o Wojtku , jakim Go pamiętam ze wspólnej podroży po Afryce.

 

Część Pierwsza, jest moją relacją z okresu przygotowań przed wyjazdem, w których Wojtek nie uczestniczył. Przekazałem ja Wojtkowi , ustnie, podczas kilku wieczorów , przy ognisku w Afryce. Wówczas też nagrałem swoją wypowiedź na magnetofonie. Przedstawiona poniżej pisemna wersja jest transkrypcją tego nagrania, do którego powróciłem po 50 latach, na wieść o Wojtka śmierci.

Tak powstał, z niewielkimi edytorskimi poprawkami, poniżej prezentowany tekst, zatytułowany Gajowniczek Part One i Part Two.

 

Wstęp i wprowadzenie

I.

Przez ostatnie 50 lat, od zakończenia AWA72, zaprezentowano polskiej publiczności kilka artykułów, wystawę fotograficzną i parę dokumentalnych “etiud” Jacka Olędzkiego. O ile mi wiadomo, nie napisano nic o genezie pomysłu zorganizowania “wyprawy” do Afryki i wytrwałych wysiłkach niewielkiej grupy entuzjastów, aby ten pomysł urzeczywistnić. Nic też nie powiedziano o osobistych dramatach towarzyszących temu projektowi.

II.

Niedługo przed naszym wyjazdem do Afryki, do naszej grupy dołączył Wojtek, jako doktor Wyprawy. Nie zdawał sobie sprawy z tego, ile pracy i optymizmu włożono w organizację AWA72, jak nazwaliśmy nasz projekt wyprawy studenckiej.

Na jego prośbę opowiedziałem mu o szczegółach wysiłku organizacyjnego wplatając w opowiadania krótki opis krajowego i międzynarodowego tła, którym cały projekt był przesiąknięty. Większość sytuacji politycznej, o której mówiłem, Wojtek znal z własnego doświadczenia. Zachęcał mnie jednak wtedy w Afryce, abym powracał do politycznych realiów w celu lepszego zrozumienia dynamiki tamtych czasów.

III.

Reasumując, traktująca o przygotowaniach Część 1 (Part one), mogłaby nosić tytuł “Wyboista droga do wyimaginowanej Afryki”. Jest to moja relacja z okresu przygotowań do wyjazdu, w których Wojtek nie uczestniczył. W pierwotnej formie relacja ta była wielogodzinnym przekazem, przy ognisku podczas naszych biwaków w Afryce. Część z tych rozmów nagrałem na taśmie magnetofonowej. Resztę odtworzyłem z pamięci, notatek i listów słanych do przyjaciół w Polsce.

Na wieść o śmierci Wojtka sięgnąłem do swego archiwum. Tak powstał ten tekst zatytułowany Gajowniczek, Part One (Część 1) and Gajowniczek Part Two (Część 2).

 

Część 2 (Part Two) opowiada o Wojtku jak Go pamiętam z Afryki.. Mógłby nosić tytuł Wojtek Gajowniczek, tak jak go zapamiętałem z Afryki.

Dotyczy Wojtka i jego wkładu w „ducha” AWA72. Wkład ten polegał na jego interwencjach medycznych, które wraz z jego specyficznym językiem i poczuciem humoru, nadawały “smak” i koloryt całej Wyprawie.

IVa.

Wojtka interwencje medyczne są przedstawione w porządku chronologicznym, zaczynając od zszywania czoła Michała pierwszego dnia w Afryce, a kończąc na pielęgnowaniu mnie w szpitalu Moshi, po incydencie na Kilimandżaro.

IVb.

Innym sposobem przedstawienia jego obecności na Wyprawie była wyrywkowa prezentacja jego powiedzonek i humoru. Różne słowne wtrącenia, sytuacyjne żarty, sprośne piosenki, które śpiewał z wielką pasją ( szczególnie po winie), budowały obraz osobowości Wojtka. Wpisywały się również w nastrój Ekspedycji jako całości.

Te mini epizody prezentujące Gajowego w Afryce, były niczym kropki na obrazach impresjonistów, stanowiące rozpoznawalne kształty tylko wtedy, gdy patrzy się na nie z daleka.

IVc.

Obraz, który wyraźnie wyłania się z “kropek” w przypadku Wojtka, pokazuje młodego, energicznego i ekstrawertycznego mężczyznę.

Wojtek, mówiąc wprost, był zarówno doborowym kompanem we wspólnej podroży jak i dobrym lekarzem.

A po Wyprawie stal się moim długoletnim przyjacielem.

V.

Niedawna wiadomość o śmierci Wojtka wstrząsnęła mną.

To dało mi impuls potrzebny do napisania o Jego życiu, jakie znam.

Część 1 powstała jako „produkt uboczny” mojej relacji o Wojtku z Afryki, a jej detaliczny charakter uzupełnia inne relacje, przesiąknięte chęcią zmitologizowania dokonań tamtych czasów, jakie z pewnością krążą w środowisku afrykanistów.

Tak powstała relacja ma charakter dokumentu historycznego, który odnosi się zarówno do naszych organizacyjnych poczynań, jak i do warunków, politycznych i kulturowych, w jakich te poczynania występowały.

VI.

Początek części 1 (Part one)

Nasza inicjatywa nie odbyła się w krajowej i międzynarodowej próżni.

Poniżej znajduje się kilka głównych punktów tła międzynarodowego, które należało wziąć pod uwagę, analizując samą możliwość AWA72.

Polska rzeczywistość, w której przyszło nam żyć, była bezpośrednią konsekwencją zmian rządowych na początku lat 70-tych (piszę o tym obszernie poniżej). Dało nam to szansę na wymyślenie studenckiej wyprawy do Afryki i zdobycie rządowych grantów.

VII.

Te dotacje na spektakularne projekty (jak nasze podróże czy wyprawy alpinistyczne) były “dojrzałymi do wzięcia”, oddolnymi inicjatywami. W zamyśle nowej ekipy Gierka miały reprezentować wiatr zmian i prezentować nowe oblicze polskiego ustroju, zarówno na użytek wewnętrzny, jak i zewnętrzny. Byliśmy prekursorami wyjazdów do Afryki jako dobrego tematu do wspierania. Wykonaliśmy kawał dobrej roboty z korzyścią zarówno dla nas, jak i dla władz. W ślad za naszym sukcesem poszło kilka innych “wypraw” bazujących na naszym doświadczeniu. To było tak jakby “niewidzialny głos” wołał: “zagraj to jeszcze raz, Sam”.

VIII.

To, co wydawało nam się “wyważaniem dopiero co uchylanych drzwi”, było zaproszeniem rządu do podjęcia takich działań, które stawiały nowe władze w dobrym świetle. Perspektywa zaistnienia w świecie młodej grupy podróżujących po Afryce na równi z zachodnimi rówieśnikami łechtała polska dumę patriotyczna.

Choć dobrze wyczuwaliśmy nowy trend w polityce, ale jeszcze nie byliśmy pewni na ile ten trend jest nam sprzyjający. Stopniowo zaczęło być jasne, ze nastały czasy rzadko występującej symbiozy między obywatelami a polityczna władza. . To było novum w autorytarnej polityce, w której byliśmy wychowywani.

IX.

Z perspektywy czasu wygląda na to, że to “czasy” szukające spektakularnych gestów otwarcia zaprosiły taką inicjatywę jak nasza. Mówi się w języku angielskim, ze czasami „temat poszukuje autora”. Nie było tak, jak myśleliśmy, że to my skłoniliśmy rząd do sfinansowania wyjazdu do Afryki. Rząd szukał okazji do sfinansowania spektakularnego projektu, aby poprawić swój wizerunek w społeczeństwie. Pojawiliśmy się w odpowiednim momencie z naszymi prośbami o wsparcie wyprawy do Afryki. Wzięlibyśmy na siebie wszystkie niebezpieczeństwa związane z tym przedsięwzięciem, a rząd zapewniłby odpowiednie środki finansowe. Podzielimy się łupami sukcesu między sobą.

X.

Pisząc różne petycje do instytucji rządowych o pieniądze lub inne wsparcie, spotkałyśmy się z wszechobecnym poparciem dla naszej inicjatywy. Czuło się, że my, mała grupa zapaleńców, właściwie wyczuliśmy Zeitgeist nastrojów politycznych. Proponując podróż do Afryki, wpisaliśmy się w rządową chęć otwarcia Polski na świat.

 

Wyczuwało się atmosferę patriotyczno-nacjonalistyczną na wszystkich szczeblach władzy. Popularne było hasło, że „Polak potrafi”. I skoro młodzież krajów Zachodu może swobodnie podróżować to dlaczego byśmy tak samo (lub lepiej ) nie mogli tego tez robić.

To był oczywiście utopijny sentyment.

XI.

Byliśmy wspierani przez państwowe zakłady produkcyjne w formie bezpłatnych darów. Byliśmy wyposażeni w sprzęt kuchenny, konserwy, sprzęt elektroniczny. Mieliśmy radiostację do porozumiewania się między samochodami. Dostaliśmy nawet garnitury i koszule uszyte na wymiar. I to wszystko bez „skromnej prośby” przeslania im pocztówki z Afryki.

XII.

Niektórzy twierdzili (na przykład Ryszard Kapuściński), że takie bratanie się Partii z Narodem i zabieganie o wspomaganie, źle wróży tym pierwszym. No i wykrakał. Komunizm w Polsce upadł niecałe dwie dekady później. Ale wtedy, we wczesnym okresie tego „bratania” myśleliśmy tylko o tym jak wykorzystać nowe wiatry historii do swoich pro afrykańskich celów.

XIII.

Moc niespełnionych marzeń o przygodach i barwnym życiu, przydawała nam energii, dzięki której projekt stał się wykonalny. Flora, fauna i życie mieszkańców jawiła nam się w kolorowych barwach niczym sceny z obrazów Rousseau, który nigdy nie wyjeżdżał z Francji i przeto jego tęsknota za egzotycznym światem była potęgowana nieskrępowaną wyobraźnią.

Pomimo otwierania się nowych możliwości, nikt nam tak śmiałego projektu jak wyprawa akademicka do Afryki, nie podawał na tacy. Było wiele innych podań o finansowe wsparcie.

XIX.

Musieliśmy wiec określić się w formie zrozumiałej dla finansowych decydentów. Wchodziły w grę dwie możliwości. Mogliśmy przedstawić się jako uczestnicy ambitnego wyczynu sportowego typu rajd po Saharze. Albo przedstawić projekt jako przedsięwzięcie naukowe. W pierwszej wersji wchodzilibyśmy we współpracę z Ministerstwem Sportu i Turystyki. W drugiej wersji wpisywaliśmy się w kuratele UW.

W początkowej fazie przygotowań skłanialiśmy się (naiwnie) ku tej pierwszej identyfikacji. W dalszej fazie przygotowań skłanialiśmy się (również naiwnie) ku „naukowemu” charakterowi Wyprawy . Nie byliśmy przygotowani, pomimo ćwiczeń fizyczno-emocjonalnych mających nam służyć w tropikach, do jazdy na oślep, w dzień i w noc, przez Afrykę. To nie miałoby sensu.

O żadnej;” naukowej” wersji też nie mogło być mowy.

XX.

Byliśmy prekursorami nowego, ogólnonarodowego trendu otwarcia się Polski na świat. Stąd wsparcie ze strony wszelkiej maści producentów. Od przemysłu odzieżowego po konserwy, leki i gadżety elektroniczne. Byliśmy oczywiście nośnikami fantazji o wolności i odwagi, żywionych po cichu przez rzesze ludzi, uwikłanych w codzienne, przyziemne sprawy. To oni, wspierając nas na wiele sposobów poprzez darmowe przekazywanie nam swych produktów, czuli swój drobny udział w naszym planie stąpania wśród chmur.

Nawet, w swej skromności, nie proszono nas by w zamian przesłać im pocztówkę z Afryki.

XXI.

Nowa ekipa, pod przywództwem Edwarda Gierka, pożyczyła duże pieniądze od zachodnich banków, przeznaczane na rozwój przemysłu. Promowała też indywidualne wyjazdy do krajów, o których do niedawna można było tylko marzyc. Zapotrzebowanie na wyszkolonych specjalistów, którzy wchłonęliby nową technologię, wysłało tysiące młodych ludzi za granicę.

Szybko rozwijał się również sektor konsumencki.

XXII.

Innymi słowy, lata 60te i 70-te były burzliwym okresem nadziei na „lepszą” (cokolwiek miało by to znaczyć) przyszłość.

Na tę Przyszłość „obozy polityczne” pracowały rożnymi sposobami i kanałami.

Zademonstrowanie swej obecności w Afryce, choćby w tak nieznaczny sposób jak przejazd przez Kontynent wyprawy studenckiej, wpisywało się pozytywnie w plan rozpoznawalności polskiej flagi w krajach świeżo zdobywających polityczna niezależność.

I myśmy byli beneficjentami tej wielokierunkowej strategii.

XXIII.

“Małe jest piękne” – to była dominująca mantra, zdobywająca popularność wśród młodych ludzi Zachodu, w każdym aspekcie życia. Prosta w swojej formie sztuka afrykańska została doceniona przez czołowych europejskich artystów.

Muzea gromadziły dzieła ludowej sztuki, „podziwiane” przez europejska publiczność.

XXIX.

Artefakty miały przekazywać „prawdę” o wartości “prymitywnego”, ale szczęśliwego życia, które można by naśladować w zachodnich metropoliach zmęczonych konsumeryzmem.

Podobne mrzonki o „szczęśliwym, choć ubogim życiu” leżały u podstaw projektu zbierania “artefaktów” przez studenckie ekspedycje.

XXX.

Dla zachodniej młodzieży podróżowanie było poszukiwaniem “prostoty” i radości życia, wolnego od biurokracji rozwiniętych krajów zachodnich. Wycieczki do Kapsztadu lub Singapuru były rytuałem “przejścia” z jednego stanu osobistego rozwoju, w następny. Używanie marihuany na dużą skalę było wymogiem tego etapu życia.

 

Sytuacja w Polsce była inna. Tu nie było przemęczenia konsumeryzmem. Podróże były przywilejem nielicznych, zaradnych młodych ludzi, a nie masowym aktem kulturowym.

XXXI.

Niezalenie od dobrej koniunktury, na która natrafiliśmy, musieliśmy swój projekt przekonywująco przedstawić finansowym decydentom. Nie byliśmy jedynymi starającymi się o pieniądze.

To prowadzi nas do kwestii tożsamości, którą musieliśmy rozwinąć, aby przedstawić nasze wnioski o sponsoring rządowy.

XXXII.

Uznaliśmy, że najlepiej będzie użyć określenia “ekstremalne wydarzenie sportowe”.

XXXIIa.

Inną możliwością była orientacja “naukowa”. Oba kryteria, sportowe i naukowe, miały poważanie w biurokratycznej administracji. Nie trzeba dodawać, że zachodni podróżnicy nie mieli problemów ze znalezieniem funduszy i odpowiedniej etykiety dla swoich wędrówek po świecie. Wystarczyły im niewielkie sumy własnych pieniędzy.

Chcieli poznać, tak zwane „kraje rozwijające się”, na poziomie życia codziennego ich mieszkańców. Po angielsku mówi się o kontaktach na „grass roots level”, czyli na najniższej warstwie społecznej, na poziomie „trawnika”. Młodzi, idealistycznie nastawieni ludzkie zachodu, chcieli spotykać się i bratać, kiedy tylko było to możliwe, z ubogimi mieszkańcami Afryki, Azji czy Ameryki Południowej.

XXXIII.

My nie mieliśmy takich „pro ludzkich” planów. Aby uzyskać fundusze musieliśmy się przedstawiać w kategoriach zrozumiałych i cenionych przez władze rządowe. Mogliśmy albo uprawiając widowiskowe sporty ekstremalne, w stylu rajdów ciężarówkami po pustyniach, albo “pięknie się prezentując” w trybie “szanujcie nas, zaściankowych Polaków”. Jeśli mieliśmy spotkać kogokolwiek z “miejscowych”, to miała to być kadra uniwersytecka. Na spędzenie czasu w towarzystwie miejscowych Afrykanów nie było ani czasu, ani ochoty, ani sponsoringu.

O „zaprzyjaźnianiu się” lub „wzajemnym poznaniu” nie mogło być mowy. Afrykę mieliśmy poznawać z wysokości szoferki sześciotonowych pojazdów. Mieliśmy, jak głosiła piosenka: „siedź jak w kinie/na dachu przy kominie/a może jeszcze wyżej niż ten dach, dach, dach”

Czuliśmy się uwikłani w różne kryzysy tożsamości.

XXXIX.

Z jednej strony przeszliśmy przez różne testy fizyczne i psychologiczne mające na celu udowodnienie naszych wysokich kwalifikacji do wyzwań ekstremalnie sportowych. Ćwiczyliśmy intensywny rozwój fizyczny oraz wschodnie praktyki kontroli umysłu i emocji.

Mniej, o ile w ogóle, uwagi poświęcono metodologii “badan naukowych”, którym mieliśmy się poświecić w Afryce.

XXXX.

Próba wymyślenia przez znawców Afryki, takich jak prof. Zajączkowski i Ryszard Kapuściński, wykonalnego planu dobrze dopasowanego do naszej konkretnej sytuacji, została przez nas zignorowana.

Częściowo z powodu braku mentalnej zdolności do zaangażowania się w jakiekolwiek poważne planowanie w nieznanym nam środowisku afrykańskim.

A częściowo dlatego, że w głębi serca nie wierzyliśmy, że z tego projektu może powstać jakakolwiek poważna praca o obiektywnej wartości lub osiągniecie sportowe światowej klasy.

XXXXI.

Wspominane w planach zadanie kolekcjonowania eksponatów muzealnych też nie budziło naszego entuzjazmu. Wielu z nas odwiedzało kiedyś Londyn czy Paryż i było świadome ilości tanich artefaktów wystawianych na sprzedaż na pchlich targach. Prawdopodobieństwo skolekcjonowania obiektów o muzealnej wartości, pozyskanych drogą wymiany drobnych elementów z naszego indywidualnego wyposażenia (jak koszulki, sandały, itp.), wydawało się mrzonka. A poza tym, ciągle podróżując, (niczym uciekając do przodu) mogliśmy tylko pozbierać drobne obiekty od sasa do lasa, bez żadnej wiedzy o ich rytualnej wartości..

XXXXII.

Zamiast poważnych przygotowań i dyskusji programowych przyjęliśmy, nieświadomie, ducha niefrasobliwego festiwalu, w stylu studenckich Juwenaliów.

Dominującą mantra było: co będzie to będzie!! Ważne, żeby było.

Naszej mentalnej niefrasobliwości można było przypisać hasło zapożyczone z kręgów kościelnych: Alleluja !!! i do przodu !!!!

XXXXIII.

Znaleźliśmy schronienie w nastroju studenckich bachanalii, swobodnego rozpasania, podważającego wartość ponurych nastrojów dotychczasowych haseł politycznych, głoszących rozmaite przewagi “ustroju socjalistycznego” nad kapitalistyczną dekadencją. Nikt z nas nie wierzył w wartość “robotniczo-chłopskiego”, proletariackiego projektu politycznego.

Nikt też tego też już oficjalnie nie głosił.

XXXXIV.

Na przykład, udział w pochodzie 1 Maja był, dość powszechnie, postrzegany jako środowiskowy „obciach”. A tak było pomimo tego, że świętowanie Międzynarodowego Dnia Pracy było uważane za obywatelski obowiązek sygnalizujący poparcie dla polskiego rządu Mnożyły się polityczne żarty podważające jakąkolwiek autorytet władzy państwowej. Jednak bardzo niewielu z nas, studentów, aktywnie zaangażowało się w polityczną kontestację. Zamiast tego woleliśmy bezpieczniejszą opcję uciekania się do “żartów”.

 

“Wydarzenia 1968 roku” jeszcze bardziej powiększyły przepaść między partią rządzącą a większością studentów. Ale ta „przepaść” nie wyrażała się w antyrządowych, studenckich demonstracjach lecz raczej poprzez wycofania wszelkiego poparcia i ucieczce w groteskę i niefrasobliwość.

Zmiana rządów u progu lat 70. dokonała się dzięki protestom stoczniowców i ich ofierze krwi, a nie mobilizacji młodej inteligencji.

Piszę o tym w dalszej części tej relacji..

XXXXV.

Ta “młodzieńcza”, otwarta i nie zaangażowana politycznie postawa była „twórcza” w tym sensie, że pozwoliła nam swobodnie poruszać się w obszarze do niedawna zupełnie nieznanym, niemalże wykraczającym poza wyobrażenia. Wkraczaliśmy w krainę spopularyzowana przez sztuki Sławomira Mrozka, Ionesco czy Witkiewicza, w której „wszytko jest możliwe”, niczym bieg wypadków w kolędzie bożonarodzeniowej.

Różne hasła polityczne pozostawiały nas całkowicie obojętnymi. Żaden z nas, organizatorów Wyprawy, nie należał do PZPR. W przeciwieństwie do członków PZPRu, z których wielu nastawionych było programowo na karierę zawodową, my, studenci Studium Afrykanistycznego, nie byliśmy karierą zainteresowani. Każdy z nas porzucał życie zawodowe dla perspektywy wyjazdu do Afryki. Po powrocie do domu nie czekała nas żadna nagroda w postaci atrakcyjnej pracy. Chyba, że ktoś byłby w stanie wykroić sobie jakąś przyszłość z afrykańskiego doświadczenia.

XXXXVI.

Kiedy wiatry historii zmieniły sytuację polityczną na naszą korzyść, Nikt z nas nie odczuwał wdzięczności za nowo rozdzieloną hojność. Zamiast tego dotacje rządowe finansujące różne inicjatywy oddolne, takie jak organizacja AWA72, były odczuwane jako “łupy wojenne”, prowadzone przez dziesięciolecia między obywatelami a partią.

Zaledwie dekadę później, na bazie protestu na gruncie ekonomicznym powstał masowy ruch Solidarności, który obalił komunizm. Elementem tej kontestacji był też zanik autorytetu Partii, która przetrwanie socjalizmu widziała w zmniejszeniu dystansu Rząd – Obywatele, poprzez popieranie różnych inicjatyw oddolnych. Jak choćby nasza wyprawa do Afryki.

XXXXVII.

Choć sympatie pro-partyjne prawie nie istniały, nikt z nas (oprócz kilku kolegów szczególnie silnie motywowanych moralnie) nie dystansował się tak silnie od ustroju, żeby odczuwać obiekcje przed występowaniem o dotacje finansowe, kiedy nadążyła się ku temu okazja.

Raczej dominowała ludowa mądrość nakazująca „branie co się nadarza” i „chodu w krzaki”.

Przypomina to znaną deklaracje Zsa Zsa Gabor, znanej artystki amerykańskiej z okresu zdominowanego przez Marylin Monroe, że nigdy nie nienawidziła mężczyzny na tyle, by po rozstaniu oddać mu diamenty, które od niego dostała.

XXXXVIII.

Atmosfera niefrasobliwej burleski docierała do studenckiego życia kulturowego i osobistego. Mnożyły się teatry studenckie wyśmiewające polityczna ortodoksje. Nazwiska twórców takich jak Hłasko, Osiecka, Marek Nowakowski czy Janusz Głowacki, autorów popularnych piosenek i utworów literackich ukazujących „dekadencje i wypalenie” życia „prostych ludzi”, były powszechnie znane i cenione za swój „autentyzm”. Alkohol lal się strumieniami. Teatry eksperymentalne Grotowskiego czy Kantora należały do naszego kanonu kulturowego. Jazz był ulubioną formą muzyczną.

XXXXIX.

Choć nominalnie „katolicy”, nasza przynależność do Kościoła była formalnością bez wpływu na postawy moralne. O ile wiem, nie kradliśmy, „czciliśmy ojca swego i matkę swoja”, „nie zabijaliśmy”, itp. Prawdopodobnie z unikaniem „cudzołóstwa”, w wolnej interpretacji tego nakazu, mogło bywać rożnie. Nie dyskutowaliśmy takich dylematów. Żyliśmy pogodnym, w miarę wygodnym, wystarczająco dostatnim życiem, spędzanym w towarzystwie przyjaciół obojga płci. Wszystkie szkoły, z pojedynczymi wyjątkami, były koedukacyjne. Wpływało to z pewnością na swobodną atmosferę w relacjach chłopców z dziewczętami. W weekendy chodziliśmy do teatrów lub na tańce do klubów studenckich. Czasem na występy kabaretowe. Darmowe wyższe studia były naturalną kontynuacją wcześniejszych form edukacyjnych. Przeważnie mieszkaliśmy w rodzinnym domu, bo na wynajmowanie pokoju wspólnie z kolegami, nie było nas stać. Koledzy spoza Warszawy mieszkali w akademikach studenckich po sześciu w jednym pokoju.

Młodzież warszawska (nie wiadomo, dlaczego) trzymała się razem, rzadko mieszając się z młodzieżą z prowincji.

Katolicyzm był symbolicznym, w wersji „lite”, wyrazem niezgody (tez w formie lite) na komunizm w Kraju. Każdy z nas prowadził bogate życie towarzysko-erotyczne, bez planów na „małą stabilizacje”.

Choć nie można było mówić o „rewolucji seksualnej” w wersji „zachodniej”, nie mniej nasza mentalność obyczajowa mogła być postrzegana w ostrym kontraście, do surowej obyczajowości i mentalności, większości, naszych rodziców. Tak jak hasła głoszące nakaz walki o sprawiedliwość społeczną nie robiły na nas wrażenia, tak i nawolywania (nieliczne) do praktykowania, na poziomie osobistym, wymagających wartości moralnych jak „bezgraniczna miłość”, „samopoświęcenie” czy bezwzględna lojalność, pozostawały bez oddźwięku niczym nakazy „nadstawiania drugiego policzka” lub „kochania bliźniego swego jak siebie samego”. Było to odejście od „zaangażowania społecznego”, które było autentyczną reakcją na nierówności i niesprawiedliwości okresu przedwojennego, leżącą u podstaw popierania ustroju „socjalistycznego” w Polsce przez wielu intelektualistów i artystów, kalibru filozofów Kołakowskiego czy Baumana.

My byliśmy już odległymi spadkobiercami „tamtego okresu”.

L.

Z pewnością, nasze postawy, były nieuświadamianą reakcją na nieudolne próby ze strony władz państwowych stworzenia, w początkowych okresach ustroju „socjalistycznego”, metodą nachalnej propagandy, „nowego jakościowo typu obywatela”, wrażliwego na los „narodów uciskanych” i eksploatowanej przez zachodni kapitalizm, „klasy robotniczej”. Myśmy tylko doświadczyli samego końca próby „radykalnej modyfikacji” ludzkiego zachowania zwanej w naukach politycznych „hard core social engineering” kontrastującej z polityką „soft core” socjaldemokratów na Zachodzie.

LI.

Jak mawiał Michał Olbiński, jeden z uczestników Wyprawy: „była zimna wódka, piękne dziewczyny, śledź w śmietanie; czyli było dobrze”. Jedynie co nas zaprzątało to to czy nasza dana sympatia: “kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, czy żartuje…”. O „ślubnym kobiercu”, o którym mowa w dalszej części tej wyliczanki, nikt z nas nie myślał.

Katechizacja” prowadzona w pomieszczeniach przykościelnych była okazją do spotkań towarzyskich młodzieży z różnych szkół. Po godzinnej pogadance na tematy luźno związane z arkanami wiary, w sekcji „pytania i odpowiedzi” raczej prowokacyjnie niż dociekliwie, pytano prowadzącego zajęcia księdza profesora Józefa Gniewniaka, czy „calowanie się dziewczyn z chłopakami jest grzechem”.

Odpowiedz Józefa głęboko zapadła nam w serca.

Powiedział bez wahania, że calowanie to „NIE” grzech, ale rozpowiadanie o tym wydarzeniu wśród koleżeństwa, już „TAK”. Rozumieliśmy, że przechwałki na temat „sukcesów towarzysko/erotycznych” nie licują z honorem jaki każdy z nas powinien był mieć. Zachowanie, zwane po angielsku „kiss and tell”, jest krytyką kolizji obszaru intymnego, a przeto „świętego”, z obszarem publicznym, a przeto „świeckim” .

Przypuszczam, że tak jak dla mnie, takie pojęcie „grzechu” było przez nas zrozumiale i akceptowalne.

Ta powyższa dygresja została tu umieszczona w celu rzucenia światła na nasze charaktery w dobie poprzedzającej wyjazd do Afryki.

Nic dziwnego, że beztroski nastrój, opisany powyżej, przeniósł się również na afrykańskie podróże. AWA72 nie była ani naukowym, ani sportowym projektem, ale “juwenaliowym” przedsięwzięciem, który nie stronił od „zgrywu”, parodii z samego siebie choć był świadomy pewnych (nie ortodoksyjnych) limitów moralnych.

LII.

Poniżej wymieniam jeden z wielu przykładów „filuternej”, podszytej „zgrywem” postawy Wyprawy, która miała miejsce w pierwszych tygodniach podroży.

Podczas przejazdu przez północne Włochy zostaliśmy ugoszczeni przez komórkę Młodych Komunistów. Młodzi ludzie oczywiście potraktowali spotkanie bardzo poważnie.

Wygłosili kilka powitalnych przemówień i podali lekki posiłek z dobrym włoskim winem.

Pod wieczór ogłosiliśmy chęć obdarowania naszych gospodarzy prezentem “bardzo bliskim naszym sercom”. Lonek i Andrzej (kierowca) podarowali wielkie mosiężne popiersie Lenina, wśród naszych sarkastycznych uśmieszków i parodiujących entuzjazm, oklasków. Standardowe popiersie z lat 50-tych, od czasu “wycofania z użytku” i wyrzucane gdzieś do lamusa, zostało ustawione na stole prezydialnym, przed gospodarzami.

To była, niewątpliwie, żenująca i rażąca parodia. Nie wiadomo jednak czego. Przecież nie chcieliśmy obrażać naszych młodych gospodarzy. To był zgryw rodem ze studenckich bachanalii. Nikt z nas nie żywił dobrych uczuć do popiersia Lenina. Ten gest był sarkazmem skierowanym w stronę gościnnych, młodych gospodarzy i całej socjalistycznej scenie politycznej, którą nie tyle kontestowaliśmy, ile traktowaliśmy z pewnym politowaniem i trudną do zdefiniowanie, wyższością.

My byliśmy „oświeceni” (po protestach stoczniowców z grudnia 1970go) podczas gdy młodzi komuniści, tak jak politycy identyfikujący się koniunkturalnie z „socjalizmem”, pozostawali po mrocznej stronie społecznego podziału.

W owych czasach Lenin figurował jedynie w licznych dowcipach. Oferując to bezwartościowe dla nas popiersie, zdawaliśmy się mówić, ze jesteśmy o wiele bardziej rozwinięci ideologicznie niż gospodarze, wciąż przesiąknięci komunistycznym mambo-jambo.

LIIa.

Najprawdopodobniej, takie było znaczenie tej parodii zademonstrowanej przez Lonka, głównego wśród nas „zgrywusa”. Dowiedziałem się, że Eugeniusz nawet tego incydentu protokolarnego ,nie zauważył.

LIIb.

Późnym wieczorem, podczas zwiedzania słynnej katedry Mediolanu w towarzystwie młodych komunistów, jeden z nas przyjął komunię w sposób, który wyglądał na prowokacyjny, choć prawdopodobnie nie był zamierzony przez szczerego katolika.

LIII.

Ta obrazoburcza postawa swobody, graniczącej z anarchią dominowała całą Wyprawę. Raz z większym innym razem z mniejszym nasileniem. Wyczuwało się też krytycyzm pod naszym adresem ze strony Polonii zamieszkującej Afrykę, która wielokrotnie oferowała nam schronienie i gościnę. Stara prawda, że „krew nie woda” dawała, od czasu do czasu, o sobie znać zakłócając ustatkowane, rodzinne życie naszych gospodarzy.

LIIIa.

Niedobra sława” ostrzegająca potencjalnych gospodarzy o naszym „nie eleganckim” zachowaniu, jakiego się czasem dopuszczamy, wyprzedzała nasz przejazd, dowodząc istnienia daleko rozwiniętej sieci kontaktów Polaków, rozsianych po całym Kontynencie.

Pomijając bezpodstawne oczekiwania co do „naukowego” charakteru, Wyprawa była wolna od ideologicznego, politycznego, czy filozoficznego, doktrynerstwa a nawet, wolna była od dyscypliny, jaka można by było oczekiwać po młodych „akademikach” o wysokiej kulturze osobistej. Brak tego na końcu wymienionego nakazu wstrzemięźliwości, można by, patrząc retrospektywnie, poddać krytyce.

LIV.

Pojęcie “liminalności”, to jest zawieszenia wysiłków intelektualnych, jakie można było przypisać Wyprawie, było „w gruncie rzeczy” postawą twórczą, otwartą i zdolną do improwizacji. Umożliwiało absorbowanie wszelkiego rodzaju nieoczekiwanych wydarzeń i podejmowania dobrych decyzji. Niewątpliwie, dzięki takiej postawie udało się przejść „suchą nogą”, przez wiele potencjalnych, większych lub mniejszych, katastrof.

LV.

Taka swobodna, wolna od dogmatyzmu postawa, choć nie „sprzedawała” się finansowym i akademickim decydentom, ani przed wyruszeniem ani nie po powrocie, była siłą Wyprawy. Dlatego do niej nie nawiązywano, przedstawiając Wyprawę, nieprawdziwie, jako sukces poznawczy. Podkreślano znaczenie zbiorów etnograficznych bez wiedzy o ich roli w lokalnych rytuałach, które, jak twierdzono, mogłyby zasilić kolekcje muzealne.

LVa.

Nic wiec dziwnego, że poważni akademicy jak Eugeniusz i Bogdan (dokooptowani do Wyprawy przedstawianej jako przedsięwzięcie o charakterze naukowym), czuli się wyraźnie wyalienowani z tej atmosfery, a nawet, pochodząc z „dobrych domów”, zaambarasowani naszym, co pewien czas się powtarzającym, zachowaniem, nie licującym z postawa młodej inteligencji polskiej.

Bogdan wycofał się z Wyprawy w połowie jej trwania. Eugeniusz, co najmniej raz, wspierany przez kierowców Staszka i Krzysztofa, usiłował Wyprawę przerwać i zakończyć. Najprawdopodobniej chciał w Kraju kontynuować pracę akademicką lub postawić na karierę dyplomatyczną. Tylko ostry sprzeciw ze strony pozostałych uczestników pokrzyżował ten plan.

LVI.

Powyżej przedstawiony rys dominującego stylu zachowania, zwanego przez Kunderę „nieznośną lekkością bytu”, wyjaśnia, przynajmniej częściowo, dlaczego, mając perspektywę wyjazdu do Afryki, mało kto z nas brał pod uwagę wpływ długotrwałej rozłąki na los głównego, w owym czasie, związku uczuciowego.

Afryka była najważniejsza !!! i taka hierarchia na liście wartości była, dla większości z nas, bezsporna.

LVII.

Nie znaczy to, że byliśmy „chłodni” w swych zaangażowanych. Będąc już w Afryce pisywaliśmy namiętne listy.

Śpiewaliśmy rzewne piosenki o bólach rozstania. Itp. To było jednak „słodkie cierpienie”, gdyż w głębi serca, każdy z nas czuł że, jak jest w popularnej piosence „…bo to męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać”.

Pewnie należałoby taka postawę nazwać „seksistowską” osadzoną w tradycjach patriarchalnych, ale w owych czasach rzadko kto ją krytykował.

LVIII.

Bonanza trwała sześć lat. W 1976 roku Polska ogłosiła bankructwo. W krótkim czasie „wiosny lat 70ch” podejmowano błędne inicjatywy gospodarcze na fali entuzjazmu przypominającego emocjonalną euforię. Dopiero po gospodarczej katastrofie przyszło przebudzenie i poszukiwanie winnych sprowadzenia Kraju na manowce.

LIX.

Wyprawy akademickie tego okresu nosiły wszystkie znamiona „wzmożenia” kulturowo/gospodarczego nie zważającego na koszty, cele i domniemane zyski ustanawianych inwestycji. Życie zrewidowało sentyment, że „chcieć to móc”. Był to sentyment wynikający z braku doświadczenia i szacunku dla pieniądza. Czyli cech mozolnie wypracowywanych z pokolenia na pokolenie w krajach historycznie kształtowanych przez projekt kolonizacji i prywatną działalność gospodarcza.

Wraz z upadkiem gospodarczym i entuzjazmem patriotycznym skończyły się marzenia o sponsorowanych podróżach po Afryce. Nastąpił czas rozliczeń z „błędnie rozpoznanych” inicjatyw inwestycyjnych, w „tamtym” okresie.

LX.

Wyprawy nie były jednak „bezwartościowe”, choć nie spełniały pokładanych w nich, nierealistycznych, nadziei. Wniosły wartość w życie uczestników, tj. tej garstki szczęśliwców, którzy zostali zakwalifikowani na wyjazd bez formalnej rekrutacji, legitymujący się jedynie sprawnością fizyczną i odpowiednim zdrowiem.

No i „sztuka” bycia w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu.

LXI.

Niektórzy z nas znaleźli podczas Wyprawy inspirację, która zdominowała ich przyszłość. Innymi słowy, doznali w Afryce “objawienia”, co zrobić konstruktywnego z resztą życia. Wśród nich ja znalazłem powołanie do antropologii.

W szczególności do studiowania tak zwanego “procesu chrystianizacji”. Początkowo planowałem wrócić do Afryki by pracować w misji jako woluntariusz uczestnicząco/obserwujący. Później zmieniłem plany na Papuę Nową Gwineę, gdzie spędziłem dwa lata badając ten temat.

Pobyt ten był podstawą uzyskania tytułu „doktora filozofii” na Narodowym Uniwersytecie w Canberrze (ANU).

LXII.

Po 50 latach można wreszcie przyznać, że AWA72 nie była ani “sportowym”, ani “naukowym”, ale wspaniałym i radosnym doświadczeniem dla większości z nas, prowadzonym głównie w formie bachanaliów.

W grupie nie było ani intensywnego sportu, ani zaangażowania “badawczego”, a każda próba nadania podróży “naukowego” wymiaru (przez Eugeniusza, Bogdana czy Andrzeja) była odbierana z lekceważącą ironią.

A wszystko zaczęło się jak to przedstawiam poniżej!!!

Koniec Wstępu.

AWA72 – PRZEDSTAWIENIE WYDARZEŃ HISTORYCZNYCH

Chronologia wypadków poprzedzających wyruszenie Wyprawy

1.

My, kilkunastoosobowa grupa studentów Podyplomowego Studium Afrykanistycznego UW, zdawaliśmy się wierzyć w powiedzenie “gdzie jest wola, tam jest droga”, zwłaszcza w okresie “politycznej wiosny”, która pojawiła się w Polsce na początku lat siedemdziesiątych.

Czasy w tym okresie również były niezwykłe. Pierwszą dekadę lat 70. można śmiało porównać do “wiosny naszego życia”. Nowa ekipa polityczna w epoce “wczesnego Gierka” chciała otworzyć Polskę na świat.

Tysiące osób zaczęło wyjeżdżać za granicę na szkolenia związane z zakupem licencji technologicznych. Czuło się powiew wolności i optymizmu. Dziesiątki tysięcy osób wyjeżdżało nawet na zagraniczne wakacje, często po raz pierwszy.

Nasze banalnie brzmiące hasło “pokazać światu (przynajmniej w drodze) “radosne oblicze polskiej młodzieży” brzmiało zarówno tandetnie, jak i próbowało wyzwolić Polskę z kompleksu bycia postrzeganą (i faktycznie będącą) zaściankową częścią Europy. To przemawiało do decydentów.

Nie przejmowaliśmy się nawet tym, ze hasła typu „ukazać radosne oblicze..” urągają „dobremu smakowi”. … wiedząc, że komunikacja między ludźmi jest zawsze łatwiejsza na bazie kiczu niż sztuki wysokiej.

W rzeczywistości każdy pomysł, który mógł sprzedać projekt decydentom finansowym, był dla nas wystarczająco dobry.

2.

Czasy miały posmak “rewolucji” z hasłami przypominającymi hasła “cała władza w ręce rad” (znanymi z rozkwitu w 1917 roku). Ale “radami” byliśmy w tym przypadku tylko my, prości studenci. Te kilka lat gierkowskiej odnowy uznaliśmy za nagle otwarte “okno możliwości”, ale chyba nie na długo.

Wiedzieliśmy, ze trzeba szybko działać zanim nie zapadnie kurtyna na obecna bonanzę. . Żartowaliśmy, ze “musimy się spieszyć” jak nakazywało hasło, często powtarzane przez media, pokazujące premiera Jaroszewicza spoglądającego na zegarek.

3.

Byliśmy przekonani, że możemy zorganizować podróż do Afryki na własną rękę (coś niewyobrażalnego do tej pory). Szczegóły takie jak “kiedy”, “jak”, “z jakimi zasobami” i “ilu nas będzie” były w tych wysokich czasach uważane za nieistotne i pozostały do ustalenia w późniejszych dniach.

4.

Nie czekając nawet na odpowiedzi na te ważne pytania, rozpoczęliśmy przygotowania, wysyłając zapytania do potencjalnych dużych sponsorów, takich jak Ministerstwo Sportu, wojsko i fabryka ciężarówek w Starachowicach. Była to brawura bez precedensu, ale “czas naglił”.

4a.

Nie byliśmy zwykłymi dzieciakami. Każdy z nas był po dwudziestce i znał kogoś na stanowisku decyzyjnym. A co najmniej któreś z naszych rodziców znało kogoś na takim stanowisku. Każdy z nas miał tytuł magistra w jakimś zawodzie technicznym, rzadziej humanistycznym.

Niektórzy z nas mieli więcej doświadczenia z zachodnim stylem życia niż inni. Marek i ja spędziliśmy kilka letnich wyjazdów w Londynie, gdzie mieszaliśmy się z młodzieżą w naszym wieku. Znaliśmy ducha lat 60. i nowe fermenty kulturowe i polityczne, które zdominowały aspiracje i plany naszych zagranicznych przyjaciół.

Pomyśleliśmy, dość naiwnie: dlaczego nie w Polsce?

5.

Polska miała się dopiero obudzić. Wciąż działaliśmy w znanym schemacie robienia rzeczy, których nauczyliśmy się przez poprzednie dekady.

Sztuka załatwiania spraw opierała się na “znajomości kogoś” w pozycji władzy. Niezależnie od tego, czy chodziło o zrobienie zakupów spożywczych u lokalnego rzeźnika, czy o zdobycie dobrej pracy po ukończeniu studiów, czy załatwieniu wizyty u lekarza, sukces sprowadzał się do posiadania “dobrych koneksji”.

6.

Samodzielne zarabianie pieniędzy, (tak jak to robili nasi rówieśnicy na Zachodzie) i tym samym finansowanie przedsięwzięcia, nie wchodziło w rachubę. Indywidualne możliwości zarobkowe i pieniądze emitowane przez rząd były gospodarką “dwóch prędkości”.

Wypłacane pensje zaledwie starczały na podstawowe produkty żywnościowe. Ale edukacja i opieka medyczna były darmowe. Tak samo państwo finansowało studenckie obozy letnie i zimowe oraz wiele popularnych widowisk. Teatry i kina były „za pól darmo”.

7.

Było dla nas oczywiste, że musimy podążać znaną ścieżką zbierania pieniędzy od agencji rządowych. Na własne finansowanie nie było funduszy.

Wynagrodzenie inżyniera elektronika przez kilka pierwszych lat pełnego zatrudnienia wynosiłoby około 200 dolarów miesięcznie (sic!).

Później, przez dziesięciolecia, sytuacja finansowa ulegała niewielkiej poprawie.

Granty rządowe było jedynym sposobem na sfinansowanie jakiejkolwiek inicjatywy podróżniczej. Prace wakacyjne studentów w krajach zachodnich mogły finansować drobne wydatki podczas trwania studiów.

Nasz wysiłek organizacyjny skupiał się na zidentyfikowaniu kręgów użytecznej znajomości.

Ktoś znał kogoś w Urzędzie Rady Ministrów. Inny znał kogoś w najwyższych kręgach wojskowych. A co ważniejsze, jeden z grupy znał kogoś w fabryce ciężarówek w Starachowicach.

Chodziło głównie o pieniądze na benzynę i pojazdy wojskowe. Całe jedzenie, choć w puszkach, byliśmy gotowi zabrać ze sobą.

8.

Jeszcze przed otrzymaniem odpowiedzi od potencjalnych sponsorów rozpoczęliśmy “przygotowania do wyprawy” dbając o kondycję fizyczną i psychiczną.

Codziennie chodziliśmy na siłownię jako grupa.

Staraliśmy się rozwijać odporność psychiczna ćwiczeniami yogi podejściem nowatorskim w ówczesnej Polsce. Wyprawą zainteresowaliśmy dr Tadeusza Paska, specjalistę od kultury hinduskiej, który przekazywał nam swa ezoteryczna wiedze. Po kilku miesiącach wszyscy (w zasadzie) wiedzieliśmy, jak kontrolować negatywne emocje. Kwestią otwartą pozostawało, jak przełoży się to na sytuację “w terenie”. Szczególnie dumni byliśmy z tego, że potrafiliśmy stać “na głowie” przez dowolny czas.

Dr Pasek zapewnił nas, że podczas jakiegokolwiek kryzysu, stanie na głowie rozjaśni umysły i zdmuchnie wszelkie frustracje. Metoda ta wydawała nam się przypominać strusią strategię radzenia sobie z niebezpieczeństwem, ale na tym etapie byliśmy gotowi uwierzyć w każdą formę zapewnień naszego guru.

9.

Ponieważ podejście “sportu ekstremalnego” wydawało się wciąż opcją tożsamościową, przeszliśmy różne testy psychologiczne i fizyczne. Byliśmy gośćmi w Instytucie Lotnictwa, głównej siedzibie medycynie lotniczej. Próbowaliśmy znieść uciążliwy upał w swego rodzaju komorach tortur po czym …nadal pamiętać jak się ma na imię.

Wybrana część naszej grupy została przeszkoleni w posługiwaniu się bronią. Jako, że dumnie posiadam dystynkcje wojskowe podporucznika (od czasu studenckiego szkolenia wojskowego w Studium Wojskowym), zostałem wytypowany do kilku wizyt na strzelnicy i uczestnictwa w wykładach na ze strategii obrony w razie ataku terrorystycznego. W naszym przypadku, uczyłem się, jak sobie radzić na wypadek napadu uzbrojonych ludzi.

Brrr !!!

Trudno sobie wyobrazić tragiczne konsekwencje!!! Naszego zbrojnego oporu w przypadku rabunkowego napadu.

Strategia Eugeniusza, polegająca na oferowaniu napotkanym rabusiom polskich papierosów i przyjaznej pogawędce w języku swahili, była zdecydowanie lepszą strategią niż uciekanie się do naszej broni!!!!

Niektórzy z nas przeszli szkolenie w prowadzeniu wojskowych ciężarówek. Na wypadek nagłej niedyspozycyjności kierowców.

10.

Rozsądnie uznaliśmy, że sprawność fizyczna będzie potrzebna, nawet jeśli wyprawa nigdy nie dojdzie do skutku.

Codziennie wieczorem chodziliśmy na siłownię (z prawdziwym trenerem sportowym, który wyciskał z nas każdą kroplę potu za obietnicę pocztówki z Afryki). Ćwiczyliśmy bezpośrednio po sesji yogi i po komplecie wykładów, a i tak, o dziwo, mieliśmy jeszcze zapas energii na drinka o północy na Dworcu Głównym.

11.

Następnego dnia każdy z nas stawiał się w swojej pracy, ponieważ każdy z nas był zatrudniony na pełny etat.

Kilku z nas otrzymało oferty atrakcyjnych wyjazdów zagranicznych i zostało zmuszony do wyboru między oferowanym wyjazdem i zaakceptowaniem znacznego przyspieszenia zawodowej kariery, a kontynuowaniem pracy, z niepewnymi wynikami, przy organizacji AWA72.

12.

Porzekadło utrzymuje, ze „lepszy wróbel w garści niż kanarek na dachu”.

Ja, podobnie jak inni, zaryzykowałem i wybrałem “kanarka na afrykańskim dachu”, ryzykując, że zostanę bez “wróbla w garści” jeśli projekt się nie powiedzie, a oferta stażu w Japonii już zostanie przyznana komuś innemu. Niepewni, czy projekt dojdzie do skutku, porównaliśmy go do nieuchwytnego “kanarka na dachu”, o którego my, ryzykanci, woleliśmy się ubiegać, zamiast zadowalać się, jak radzi przysłowie, “wróblowymi” ofertami naszych pracodawców.

Z tym, że oferty doskonalenia zawodowego w owym czasie były atrakcyjne i odrzucenie ich oznaczało odtrącenie na zawsze kariery w wyuczonym zawodzie. Trzeba było dobrze rozumieć nasze ówczesne dylematy, żeby w ludowym powiedzeniu, pozostawić kanarka na dachu a zamiast wróbla w ręku, trzymać rajskiego ptaka. I nadal rozumieć metaforę wyborów z jakimi się mocowaliśmy i na jakie się zdecydowaliśmy.

Rozumiał to dyrektor pionu mikroelektroniki mojego Instytutu dr Tomasz Jabłoński..

Widzę – powiedział, kiedy nie przyjąłem spontanicznie jego oferty rocznego stażu w Japonii i wyjaśniłem naturę mojego dylematu – że „dopadła pana, panie Wojtku, klęska urodzaju”.

Ten oksymoron przeciwstawiający „klęskę”, czyli katastrofę, „urodzajowi”, czyli niespodziewanej obfitości plonów na polach, w sadach i ogrodach, używany jest w jeżyku polskim w przypadku nadmiaru „dobrych rzeczy”, które niespodziewanie staja się naszym udziałem. Przewrotnie, „urodzaj” traktuje się w tym powiedzeniu jako uciążliwy dar Niebios.

W nadmiarze trudnym do przyswojenia, urodzaj staje się chybionym prezentem Przyrody, gdyż wykracza poza zwyczajowa procedurę przetworzenia produktów rolnych. W przypadku konieczności wyboru pomiędzy atrakcyjnymi alternatywami, jak w moim przypadku, może spowodować zapaść decyzyjna. „Klęska urodzaju” mogła dopaść kobietę, o której rękę, po wielu latach posuchy, nagle starają się dwaj atrakcyjni młodzieńcy. I ona, jak ja, musieliśmy wybierać. A było trudno !!!

Wybrałem Afrykę, decydując się tym samym na odwrót od, dobrze zapowiadającego się zawodu inżyniera elektronika.

13.

“Nadzieja Afryki” była jak “osobisty trener”, który motywuje do niezwykłych wysiłków, nieosiągalnych w “normalnej sytuacji”. Wielkie pokłady ukrytej energii są przechowywane, gdzieś w podświadomości, gotowe do uwolnienia przez jakąś wzniosłą ideę.

A może był to mocarny “akt miłości” wywołany potężnym afrodyzjakiem mistyki Afryki.

14.

Pomijając wysiłek fizyczny, psychologowie, zaznajomieni z taką dynamiką grupową, wskazywali, że siła psychiczna i stabilność emocjonalna są, niewątpliwie, głównymi warunkami udanych wypraw. Problemy techniczne z samochodami, spartańskie warunki biwakowania, regulowane zużycie wody na osobę i codzienna dieta z konserw, bandyci, węże i skorpiony byłyby nieistotnymi wyzwaniami w porównaniu ze zdolnością jednostki do tolerowania niebezpieczeństw i ciągłego przebywania w tej samej, niewielkiej, grupie. Psycholodzy nazywają to „zdolnością do tolerancji konfliktów” i przechodzenia do porządku dziennego nad oczywistymi „wewnętrznymi niespójnościami” zarówno w zachowaniu współtowarzyszy jak i polityce wewnątrzgrupowej.

15.

W tamtych czasach, podobnie jak w przeszłości, osiągnięcia w sporcie na forum międzynarodowym były hojnie wspierane przez rząd. Postrzegano je jako dowód żywotności “socjalizmu”. Sport był więc naszym prawdziwym atutem. Nasze nadzieje na zdobycie wymaganych środków finansowych mogły łatwo opierać się na naszej autoprezentacji jako “sportowców wytrzymałościowych”. Można też wyobrazić sobie Afrykę jako “Mount Everest” zdobywany bez tlenu, ale z polską flagą.

16.

W tamtych czasach oprócz “szybkości”, “skoczności” i “zdolności do podnoszenia ciężarów”, czyli tego, czego zwykle oczekuje się od sportowców ekstremalnych, dużą wagę przykładano do “popularyzacji Polski” na świecie.

Ta nowa polityczna mantra umieszczenia Polski “z powrotem na mapie świata” była przez nas wielokrotnie podkreślana.

Monitorowanie paramentów sprawnościowych, podobnych jakie stosuje się wobec pilotów wojskowych, miały być podstawą do ostatecznej selekcji członków ekspedycji. Wyjazd do Afryki miał był przywilejem najsilniejszych.

16a.

Później ten surowy plan został złagodzony. Ci, którzy nie przeszli testów cieplnych, kwestionowali logikę i konieczność tych kryteriów kwalifikacyjnych.

Nie było też jasne, kto i w jaki sposób będzie oceniał wyniki raportów psychologicznych i fizycznych. I kto miał podjąć ostateczne decyzje w sprawie uczestnictwa.

17.

Wzięcie tego zadania na siebie przez Marka wywołało niezgodę wśród tych, którzy przegraliby wyścig o “najsilniejszego”.

Niektórzy otwarcie sugerowali, że całe podejście miało na celu wyeliminowanie kobiet z grupy, jako tych, które uzyskały mniej imponujące wyniki niż kandydaci płci męskiej w różnych testach lotniczych. W końcu grupa lekarzy specjalizujących się w medycynie sportowej wydala wyrok nieprzychylny dla naszych koleżanek. Ten medyczny raport wywołał silny opor, który negatywnie wpłynął na pozycje Marka w grupie, choć nie miał on wpływu na zawarte w raporcie postulaty.

18.

Konieczność wprowadzenia pewnych kryteriów selekcji, które zmniejszyłyby liczbę uczestników do około dwunastu osób, z dowolnej liczby kandydatów, była stresująca.

Brak było „komisji” kwalifikującej, której decyzje ulegałyby „rozwodnieniu” ze względu na liczbę członków takiej komisji. Tymczasem cala odpowiedzialność skupiona była w ręku Marka, jak dotychczas nie kwestionowanego kierownika Wyprawy.

Staraliśmy się odłożyć wyrok tak długo, jak to było możliwe.

Mieliśmy nadzieję, że “problemy z selekcją” rozwiążą się później “same”.

Skłoniliśmy się ku wersji wyprawy “tylko dla mężczyzn”, ale kwestia pozostała aż do wyjazdu otwarta i kontrowersyjna.

19.

Żadna z kobiet, które uczestniczyły w przygotowaniach, nie była przekonana, że “ten sposób” spędzenia roku lub więcej, czyli przejazd przez Afrykę w trudnych warunkach sanitarnych i bytowych, to “naprawdę ich filiżanka herbaty” (their cup of tea).

Tym bardziej, że w czasach bezprecedensowych możliwości dostępnych było kilka stypendiów na afrykańskich uniwersytetach. Była to oczywiście atrakcyjna opcja, otwarta dla młodych afrykanistek. Kilka koleżanek, zaangażowanych od początku w organizowanie Wyprawy, z niej skorzystało. Wybrały możliwości edukacyjne w miejsce sportowych doświadczeń.

Ćwiczenie gotowości do trudnej podroży to jedno, a prezentacja na arenie społecznej promująca nasza inicjatywę i wspierająca nasze starania o przyznanie odpowiednich funduszy, to druga sprawa.

Kierując się logiką “faktów dokonanych” wystąpiliśmy pod szyldem “Studencka Wyprawa do Afryki” na długo zanim byliśmy pewni, że nasz śmiały projekt dojdzie do skutku.

Rozumowaliśmy, że “bycie postrzeganym” stworzy klimat wsparcia na poziomie decydentów.

20.

Budowniczowie “warszawskiego metra” rok w rok maszerowali na wszystkich 1st majowych manifestacjach, a metro nie wzbogaciło się ani o jedna stacje. Dzięki byciu “widocznym” kwestia nowoczesnego transportu masowego była utrzymywana przy życiu, mimo że (z powodu braku funduszy i realnych planów inżynieryjnych) była w rzeczywistości w stanie indukowanej śpiączki.

21.

Upewniliśmy się, że nasze ruchy mają odpowiednią oprawę propagandową. W tamtych czasach plan “podróży do Afryki” przyciągnął wiele pozytywnej uwagi. Bywaliśmy na stronach popularnych gazet.

Byliśmy widoczni.

21a.

Ponieważ tematem dnia była planowana rekonstrukcja Zamku Królewskiego zniszczonego podczas II wojny światowej, czyściliśmy cegły, które miały zostać ponownie wykorzystane w odbudowanym zamku, pozostającym w ruinie od czasów wojny. Nasz entuzjazm był fotogeniczny. W końcu mieliśmy kolegów z redakcji gazet, którzy pomagali nam zaistnieć w popularnej wyobraźni.

22.

W paradzie ulicznej szliśmy całą grupą z transparentami: Wyprawa do Afryki wita dzień “22 lipca”. A poniżej; “dawniej E. Wedel“. W ten sposób parodiowaliśmy napisy na opakowaniach czekolady produkowanej przez firmę o nazwie “22 LIPCA”, w dniu oficjalnego Święta Narodowego. Ze względów prawno-eksportowych na opakowaniach zawsze dodawany był napis: “dawniej E. Wedel”, wymieniając nazwisko założyciela i byłego właściciela firmy.

To była bezczelna rzecz, aby wyśmiać uroczystą powagę Święta Narodowego, upamiętniającego ustanowienie rządów komunistycznych w Polsce. Na szczęście uniknęliśmy konsekwencji tego “przestępstwa”. Zostało ono zarejestrowane na “górze”. Otrzymaliśmy za to pozytywny odzew, chwalący nasze “odważne i młodzieńcze poczucie humoru”, tak potrzebne w radzeniu sobie z wszelkimi afrykańskimi przeciwnościami losu.

23.

Rzeczywiście, na polskiej scenie politycznej wiały nowe wiatry. Gierek zastąpił całą starą komunistyczną gwardię nową “krwią”, bardziej przyjazną polskiemu poczuciu absurdu i humoru niż poprzednia gwardia.

Zmiana ta miała silny i pozytywny wydźwięk nacjonalistyczny.

Zniknęły transparenty: socjalizm nadzieją i przyszłością świata. Pojawiły się hasła: zbudujemy drugą Polskę. Nawet sceptycy dali się uwieść powiewom zmian. Popularna warszawska gazeta “Życie Warszawy” ukazywała się częściowo w języku niemieckim i angielskim. Wierzyliśmy, wbrew “dyktatom intuicji i doświadczenia”, że “my”, Polacy, możemy zbudować “drugie Zakopane”, czyli drugą „zimową stolicę Polski”.

24.

W czasie naszych przygotowań, aby zachęcić do projektów, które “spopularyzowałyby” nasz kraj, Premier ogłosił wysoką nagrodę za najwybitniejsze pomysły i najbardziej śmiałe osiągnięcia sportowe.

Głównymi kandydatami do nagrody byli dwaj śmiałkowie: samotny żeglarz Krzysztof Baranowski za opłynięcie kuli ziemskiej oraz Andrzej Zawada, legendarny organizator wypraw w Hindukusz i Himalaje.

Czuliśmy, że jesteśmy w grze i byliśmy przekonani, że mamy szansę “prześcignąć” naszych konkurentów w walce o cenne trofeum. Mieliśmy równie ambitny program sportowy jak oni. I mieliśmy coś bardzo istotnego, czego oni nie mieli: element międzykulturowych kontaktów.

No ale wpierw musielibyśmy się do Afryki wyprawić. Nasi konkurenci już dokonali rzeczy wielkich. W naszym przypadku, wszystko było przed nami.

Mieliśmy zmierzyć się z nieznaną kulturą i przyrodą pełną prawdziwych i wyimaginowanych niebezpieczeństw. Mieliśmy ambitny plan kontaktów polegający na spotkaniach z afrykańską elitą polityczną i akademicką. Ponadto uważaliśmy się (być może nieco nieskromnie) za dobrze się prezentujących na afrykańskiej scenie. Każdy z nas znał co najmniej dwa języki obce i miał wyższe techniczne lub humanistyczne wyksztalcenie.

25.

Piotr znał trzy języki i zaprezentował się z klasą w Mediolanie, przedstawiając nas gościnnej grupie Młodych Komunistów płynnie po włosku.

Eugeniusz mówił w języku suahili, a Sławek, członek wyprawy w niepełnym wymiarze godzin, po arabsku.

Ponadto, w razie potrzeby, aby zapewnić dodatkowe “umf” w autoprezentacji na “scenie międzynarodowej”, mogliśmy wykonać “stanie na głowie” na środku Sahary, jak to zalecał guru Pasek.

To z pewnością robiłoby zabójcze wrażenie na ludności tubylczej.!!! g

26.

Błędem w rozumowaniu było to, że nie akcentowaliśmy faktu, że nasze powolne przemieszczanie się przez Afrykę powinno było sprzyjać pogłębionym kontaktom z miejscową ludnością. W przypadku zachowania sportowej tożsamości ludność Afryki byłaby niczym wody oceanów przemierzanych przez żeglarza albo skałami Hindukuszu broniącymi dostępu do zdobywanych szczytów. To byłaby dehumanizująca, arogancka postawa wobec ludzi mijanych po drodze. Byliby co najwyżej postrzegani jako bezimienna masa, żywioł, który stawia opor wobec postawionego sobie zadania.

Ale jakoś wtedy tego tak ostro nie widzieliśmy identyfikując się raczej z samotnym żeglarzem lub himalaistami niż z Bronisławem Malinowskim, polskim bohaterem i twórcą „dogłębnych”, terenowych studiów nad ludami Oceanii, wyraźnie sygnalizującymi serdeczne, międzyludzkie kontakty, jakie uczony zawierał.

27.

Nasza wiedza o Afryce była “odwrotnie proporcjonalna” do naszego pragnienia poznania tego kontynentu. I oczywiście była mocno romantyczna.

Edmund Hillary zapytany o to, co zmotywowało go do zdobycia Mount Everest odpowiedział, że fakt, iż “góra BYŁA TAM”, nieosiągalna dla białego człowieka, napełnił go pragnieniem “zdobycia jej”.

Nasza odpowiedź na pytanie, co tak mocno przyciąga nas do Afryki mogła być podobna, choć kolorowy, pełen pięknych, uśmiechniętych ludzi i dzikich zwierząt kontynent, wydawał się znacznie bardziej atrakcyjną opcją do wejścia w „bezpośredni kontakt” niż majestatyczny ale surowy, Mt Everest.

28.

Afrykę znaliśmy głównie z marzeń o tym lądzie oraz z książek przygodowych, filmów dokumentalnych z serii “Ginący świat” i miesięczników takich jak Poznaj Świat i Kontynenty. W młodości czytaliśmy W pustyni i puszczy, Henryka Sienkiewicza, a niektórzy z nas widzieli nawet film Kopalnie króla Salomona.

Staraliśmy się jak najszybciej nadrobić zaległości. Organizowaliśmy spotkania z ludźmi, którzy byli w Afryce na placówkach, zwykle w ramach swoich obowiązków zawodowych, jako wykładowcy na różnych uniwersytetach, inzynierowie lub lekarze.

Znalazłyśmy korespondentów, rówieśników, w różnych częściach Afryki i konsultowalismy się z nimi w kwestiach bezpieczeństwa, unikania stref wojny i wyboru najlepszych tras.

Trudno było znaleźć mapy informacyjne, które trzeba było nabyć za obcą walutę lub „wyżebrać” w zagranicznych wydawnictwach.

29.

Projekt od początku miał charakter “działalności oddolnej”. Nie było (przynajmniej nie wiedzieliśmy, że jest inaczej) politycznej infiltracji naszej grupy. Nie było ingerencji uniwersytetu czy partii (na wczesnych etapach) w projekt. Po raz pierwszy od wielu dekad (przynajmniej tak nam się wydawało) coś “ważnego” mogło się wydarzyć bez odgórnej inicjatywy i bez politycznego nadzoru. Czuliśmy się, ze względu na oryginalność naszego Projektu, jak „samotna wyspa” w morzu codziennej, szarej krzątaniny współobywateli, zajętej zapewnieniem podstawowego przetrwania.

30.

Nikt nie wymagał od nas przynależności partyjnej, do niedawna uznawanej za “warunek konieczny” uzyskania zgody na udział w atrakcyjnych projektach.

31.

“Establishment” był zaskoczony śmiałością młodzieży i nie wierzył, że możemy odnieść sukces. W rezultacie nie byliśmy dokładnie sprawdzani (pomijając testy sprawnościowe) pod kątem kryteriów kompetencji. Ani z politycznego punktu widzenia, ani z punktu widzenia osiągnięć akademickich.

32.

Wychowaliśmy się na haśle przypisywanym poecie Majakowskiemu “jednostka to ZERO/kolektyw to WSZYSTKO”. Ta “mądrość” była socjalizowana w społeczeństwie. Jak się okazało niezbyt skutecznie. Przy pierwszej nadarzającej się okazji, mimo dziesięcioleci indoktrynacji, w charakterze polskiej młodzieży odezwało się “skażenie indywidualne”, do niedawne nazywane „politycznym rewizjonizmem”.

Należało rozumieć, że “jednostka”, w naszym przypadku, była ogólnikowym terminem nieformalnie zrzeszonej grupy entuzjastów, przejmujących inicjatywę we własne ręce, bez oficjalnego namaszczenia przez wyższe władze reprezentujące „kolektyw”..

“Kolektyw” był zrzeszeniem kierowanym przez partię, która miała inicjować i nadzorować wszystkie inicjatywy przez siebie zatwierdzane. W tym, oczywiście, być odpowiedzialnym za rekrutację.

33.

W naszym przypadku tym potężnym “kolektywem” był Uniwersytet Warszawski (UW), biurokratyczne ciało i jego nominaci, do niedawna wyłącznie odpowiedzialnym za organizację i prowadzenie wszelkich “edukacyjnych” i rekreacyjnych wyjazdów zagranicznych.

34.

Uważaliśmy, że jesteśmy w stanie przyjąć niezależną “drogę mniej uczęszczaną” i nie podejmowaliśmy żadnych negocjacji z Uniwersytetem. Wydawało się, że nie ma sensu tego robić.

33.

Wysokie władze akademickie były zgorszone tą bezczelnością i szukały okazji, by sabotować nasz Projekt lub “wetknąć kij w szprychy naszego roweru” i tym samym przejąć kontrole nad „Zosia samosia”, jak postrzegano nasza grupę.

Brak zdefiniowanej przynależności instytucjonalnej, która mogłaby pełnić rolę naszego patrona w konfrontacji z innymi aspirującymi do takiej pozycji, instytucjami, był błędem, jak wyjaśniam poniżej.

34.

Daliśmy się uwieść świeżemu myśleniu. Myśleliśmy, że po latach gloryfikowania “kolektywu” i ignorowania roli jednostki, nadszedł czas na “odkrycie” kreatywnego potencjału “zwykłych ludzi”, takich jak my.

Czerpaliśmy zachętę i energię z nowego “ducha” rozwijającego się w społeczeństwie.

35.

Ton prasy codziennej zmienił się z popierającego “kolektyw” Majakowskiego na bardziej ludzki, zindywidualizowany. Ze zdumieniem czytaliśmy w gazetach codziennych, że ktoś został okrzyknięty bohaterem, ponieważ na własny koszt zbudował most nad wąwozem, o co od lat bezskutecznie zabiegał w lokalnej administracji.

Ktoś zmodernizował produkcję śrub i wkrętów na własny koszt, choć od lat nie otrzymywał dotacji na modernizację od państwa. Istniało poczucie, że jeśli ci wychwalani bohaterowie mogli osiągnąć swoje cele, to my też możemy.

Ta pewność siebie, jak pokazał czas, okazała się złudną.

36.

Kiedy wydawało się, że Wyprawa dojdzie do skutku na warunkach przez nas przyjętych, “kolektyw” w postaci głosu uniwersytetu, wmieszał się do gry.

37.

Odpowiedź na pytanie „jaki charakter ma mieć Wyprawa”, mogła być prosta. Powinna ona zależeć od programu podróży, tj. od charakteru przedstawianego w podaniach o wsparcie finansowe.

Do każdej prośby o wsparcie dołączano oficjalnie przedstawiony plan obejmujący około

40 000 km w Afryce. Na tej podstawie decydenci finansowi podejmowali decyzję, czy okazać swoją hojność, czy nie. Nie było możliwości odwołania tych prezentacji w celu zgłoszenia innych celów. I oczywiście, bez gruntownej przebudowy całego planu, przedstawienie motywu jako badania naukowego, nie było możliwe.

38.

Prawdę mówiąc, projekt nie powinien był być przedstawiany jako sport ekstremalny. Nie mógł przecież być rywalem rajdu Paryż – Dakar. Powinien być pomyślany jako coś wyjątkowego: dobrze zaplanowana podróż przez różne regiony i kraje z wybranymi postojami na badania „multidyscyplinarnymi”. Zapewniałoby to spotkania z lokalnymi mieszkańcami i identyfikacja specyfiki ich życia oglądanych pod rożnymi kątami. Projekt realizowany przez cala grupę miał szanse zebrania bogatszego materiału niż to byłoby możliwe w dokonaniach samotnych prezentacji pojedynczego badacza lub reportera przedstawianych w relacjach książkowych lub w zachodnich programach telewizyjnych.

A ponieważ byliśmy pełni dobrej woli wobec Afryki, mogliśmy przyjechać z opowieściami o “bliskich spotkaniach” z Afrykanami, które do tej pory albo nie były znane polskiej opinii publicznej, albo były znane z negatywnym naświetleniem.

39.

Wystarczyłyby przenośne maszyny do pisania i nasz talent pisarski zdolny do oddania nastroju i opisu świata widzianego i odczuwanego przez nas, uczestników AWA72. Taki zbiorowy twórczy wysiłek mógłby również zawierać cenne spostrzeżenia na temat dynamiki małej grupy. Zachowanie dwunastu młodych mężczyzn, o różnych osobowościach, w codziennych kontaktach podczas wspólnej podróży, mogłoby być rzadką okazją do socjologicznego studium.

Materiał mógł być publikowany w formie miesięcznych rat, tak jak robili to różni podróżnicy dla BBC lub czasopism podróżniczych.

W połączeniu z wieloma zdjęciami wykonanymi na trasie, moglibyśmy nawet aspirować do miana bestsellera.

40.

Osiągalne “cele” powinny być ściśle związane ze strategią podróży jeszcze przed opuszczeniem Polski.

W rzeczywistości mieliśmy do czynienia z tak zwaną strategią “otwartego stanowiska metodologicznego”, tj. obserwowania na bieżąco, dokąd zaniosą nas wiatry “intelektualnych poszukiwań” bez ustalania uprzywilejowanych kierunków. To, można by powiedzieć, było „rozrzutna” forma wykorzystania możliwości stwarzanych przez wyjątkową okazje zespołowego wyjazdu badawczego do Afryki!!

To, ile “sportu” można w Wyprawie zmieścić, również miało zostać ustalone na miejscu. Ekstremiści wśród nas chcieli nawet jeździć po nocach, aby tylko sprawiać wrażenie ze uczestniczymy w sportowym wydarzeniu. Na szczęście ten pomysł nie był realizowany…

Mogliśmy się zgodzić na warunek “pokazywania pozytywnego wizerunku polskiej młodzieży za granicą”. No ale skoro mijaliśmy miejscowe osady z znaczna szybkością to trudno było mieszkańcom ocenić rozmiary tego „pozytywnego wizerunku”. Na domiar złego, dumne napisy na samochodowych zderzakach: „Polish Expedition to Afryka” były co i raz odczytywane jako „Police Expedition to Afryka” i dlatego odnoszono się do nas z szacunkiem i lub nieufnością w zależności czy mówimy o miejscowych oficjelach czy ludności z drobnymi występkami na sumieniu.

41.

Profesor Zajączkowski, nasz wykładowca i mentor intelektualny, dostrzegł słabe punkty naszego programu. Zasugerował, by podzielić podróż na dwanaście odcinków i przedstawić ją jako mieszankę podróżowania, doświadczania życia na miejscu i informacyjnego tła przybliżającego polskiej publiczności realia kontynentu. Jako autor informacyjnej książki o współczesnej kulturze afrykańskiej, zatytułowanej Muntu dzisiaj, był w stanie pomóc nam w redagowaniu każdego tekstu związanego z Afryką.

Podobne stanowisko zajmował Ryszard Kapuściński, legendarny znawca Afryki i autor popularnych opracowań tłumaczonych na wiele jeżyków.

42.

Ryszardowi Kapuścińskiemu, z którym konsultowaliśmy kwestie mocnych i słabych stron, spodobał się pomysł Zajączkowskiego na odpowiednie emblematy-maskotki Wyprawy. Według Kapuścińskiego brakowało nam w naszym planie “życiowego motywu wyprawy w biegu“, który można by uchwycić na filmie i w pisemnym komentarzu. Film dokumentalny, kontynuował Kapuściński, powinien być jak “sznur pereł”, gdzie perłami są różne etnograficzne i zwyczajowe epizody i winiety. Powinny być one wsparte mapą sygnalizującą położenie prezentowanego epizodu.

43.

A “nauka” nie była wspominana jako motyw podróży. Zgodził się z sugestiami profesora, że niektóre elementy (oczywiście niezbyt krytyczne) dynamiki grupy, mogłyby wzbogacić prezentacje etnograficzne.

44.

Jak przewidywał Kapuściński, tematyczne filmy Jacka, takie jak “brązy Beninu” czy wizyta w pigmejskiej wiosce, były ciekawe, ale nie osadzone w żadnej ciągłej “skali czasowej”, do której widz/czytelnik mógłby się odnieść, przypisując pozycje oglądanym winietom.

Nie istniał żaden dokument pokazujący codzienne życie uczestników ekspedycji. Nie było mapy pokazującej postęp ekspedycji przez Afrykę, która mogłaby powiązać wydarzenia z geograficzną specyfiką. Z pewnością nie było nic na temat etapu przygotowawczego, nawet mocno zredagowanego.

45.

Profesor Zajączkowski był doświadczonym naukowcem dobrze zorientowanym w kwestiach afrykańskich. Dostrzegł, że nasz projekt jest nieosiągalny ani z perspektywy sportowej, ani naukowej.

To on zasugerował, by w naszym przypadku polskie powiedzenie “ni pies, ni wydra”, ilekroć tożsamość projektu jest trudna do zidentyfikowania, zastąpić wizerunkiem “sokoła” i/lub “sowy”. Oba symbolizowałyby bystrość obserwacji i umiejętność refleksji.

Wydawało się, że jesteśmy zbyt zaangażowani w organizację ekspedycji, a później w odpieranie wrogich sił zagrażających żywotności projektu, aby wziąć pod uwagę jego sugestie i przygotować się zgodnie z ich duchem.

46.

Marek, który był wówczas niekwestionowanym liderem projektu, nie wyczuwał zagrożenia związanego z ewentualnym podważeniem jego pozycji.

Wszyscy byliśmy naiwni i nie postrzegaliśmy projektu jako potencjalnego pola manewru politycznego.

Jak wspomniano powyżej, nie mieliśmy żadnego instytucjonalnego “mentora”, który mógłby nas reprezentować przeciwko wrogim siłom establishmentu.

“Nieformalne” przywództwo Wyprawy nie było “osadzone” w żadnej “twardej strukturze”, która byłaby narzędziem obrony przed próbami przejęcia kontroli nad naszymi decyzjami, ani nie istniała żadna Karta określająca główne punkty naszej “konstytucji”. Nie istniał żaden pisemny dokument określający podstawowe cele; ani kryteria zarządzania i wyboru, które mogłyby zostać wykorzystane w obronie przed wrogim przejęciem.

Nasza wewnętrzna organizacja opierała się na poczuciu przyzwoitości, a nie na statucie, prawie pisanym.

Na miesiąc czy dwa mieliśmy promesę pieniędzy i dwa wojskowe samochody. Mogliśmy planować wyruszenie na połowę września.

Wtedy to dotarły wieści, ze Uniwersytecki areopag jest nieżyczliwy Markowi. Chodziły słuchy, ze polowa z zatwierdzonych uczestników nie popiera kierownictwa Marka. A nawet kwestionuje jego uczestnictwo w AWA72.

47.

Dla Uniwersytetu ta “dywersyfikacja” talentów (lingwiści i ekonomiści), mocno wspierana przez Marka, była strategią “włożenia nogi w drzwi” projektu i wywierania presji od wewnątrz. Część grona profesorskiego nie miała żadnych skrupułów, aby to zrobić, mimo że nie miała żadnego udziału ani roli w całorocznych ciężkich przygotowaniach do Wyprawy.

Jedynym formalnym powiązaniem było to, że afrykanistyka, której byliśmy studentami, była strukturalnie związana z Uniwersytetem Warszawskim. To było wszystko.

Nikt z „grona profesorskiego” nie przedstawił oficjalnie swojego stanowiska. Nagle, z dnia na dzień, cały projekt został „przechwycony” przez władze uniwersyteckie, które czuły się powołane do roli organizowania Wyprawy wedle swojego widzimisię.

Zostaliśmy potraktowani jak smarkacze, bez żadnej autonomii działania.

48.

Gwoli prawdy pragnę donieść, że naszymi sprzymierzeńcami, jeśli chodzi o poparcie naszych praw do zorganizowania składu i programu Wyprawy w pierwotnie proponowanej formie, byli profesorowie Zajączkowski i Winid. Oni informowali nas o zakulisowych dyskusjach na nasz temat i „troski” o nasze bezpieczeństwo w Afryce. Podobno „zaangażowani” profesorowie (głownie profesorki) czuli się za nas odpowiedzialni.

Dodatkowo „pochylali” się nad losem naszych koleżanek wykluczonych z listu kandydatów do wyjazdu pomimo „wielkiego wkładu” jaki te koleżanki włożyły w organizacje Wyprawy.

49.

Znajomi prawnicy sugerowali, że w przypadku próby wykluczenia Marka z Wyprawy, sprawa mogłaby być przekazana pod sad koleżeński lub do rozpatrzenia przez lokalną organizację Związku Zawodowego, działającego prze Uniwersytecie.

Sprawa pozostawała w zawieszeniu i ostateczna decyzja co do składu i programu nie została podjęta.

50.

Im bardziej zbliżaliśmy się do wyjazdu, kiedy otrzymaliśmy już “mocną” obietnicę pieniędzy i samochodów, tym bardziej rosło napięcie wokół projektu.

“Pożądany kąsek” “spełniającego się marzenia”, który stworzyliśmy, został zauważony. Wyjazd do Afryki nie był marzeniem, które ograniczało się tylko do nas. Sporo wykładowców uniwersyteckich, zwłaszcza tych młodszych, poczuło, że również mogliby włączyć się w nasze projekty.

Oczywiście kosztem “legalnych” kandydatów, ponieważ liczba uczestników była ograniczona ilością miejsc w pojazdach.

Stało się oczywiste, że nasze poczucie autonomii było iluzją młodości.

51.

Ponadto, jak się później okazało, Marek, inicjator Projektu i przywódca Wyprawy w okresie jej organizowania, nie miał wystarczającego autorytetu, aby przeciwstawić się wewnętrznej opozycji. Nie było legitymizacji poprzez proces demokratyczny, który mógłby zaabsorbować wszelkie wewnętrzne spory. Lider nie został formalnie wybrany. Wszyscy czuliśmy się “twórcami” projektu z równymi prawami. Nie było nikogo “równiejszego” od innych.

52.

Propaganda uniwersytecka podniosła kwestię, że tak “ogromne przedsięwzięcie” opłacane z “pieniędzy podatników” powinno mieć “prestiż” instytucji szkolnictwa wyższego. Projekt sportowy wymyślony przez niedoświadczoną młodzież wydawał się nie mieć wystarczającej wagi. Fakt, że kraje wydają miliony na “wspieranie sportowców” na forach międzynarodowych, został wygodnie pominięty.

Nie brano też pod uwagę faktu, że tożsamość wyprawowa nie została jeszcze w pełni ukształtowana, a charakter sportu „ekstremalnego” został zaproponowany pod gusty finansowych sponsorów.

Tak jak „naukowość” byłaby proponowana pod gusty uniwersyteckich bonzów.

53.

Coraz bardziej widoczny był Lonek, który, jak wieść niosła, oprócz tajemniczych „onych”, „utrzymywał kontakty z władzami uniwersytetu”

Lonek Adamowicz, jedna z czołowych postaci wśród nas, był mistrzem obrazoburczej postawy wobec władzy, z którą, za naszymi plecami, w sposób wielce tajemniczy, utrzymywał kontakty.

W tym okresie nie było wśród nas „centralnej władzy” zatwierdzającej różne, proponowane, indywidualne spotkania. Każdy działał zgodnie ze swymi możliwościami spotykając się z decydentami, którzy mogli nas wspierać.

Kontakty z ‘wyższej polki” często były „wspomagane” przez naszych rodziców. Ja raz lub dwa, rozmawiałem, twarz-w-twarz z eleganckim panem pracującym w Komitecie Centralnym, do którego skierował mnie pan Józef Bogatek, ojciec Marka. Ów pan, brał udział w Powstaniu z 1944go, walcząc ramie w ramie z panem Bogatkiem na barykadach.

54.

Ten „elegancki przedstawiciel władzy”, powiedział, mimo chodem, ze nijaki Dobiesław Walknowski, zwrócił się ostatnio do niego, z sugestią wstrzymania wszelkiego dla nas poparcia i powierzeniu jemu kierowania Wyprawa. Wszystkie „nagrane” przez nas obietnice rządowego wsparcia miały być przekazane pod jego kontrolę.

54a.

Walknowski nie miał żadnego upoważnienia do występowania w naszym imieniu. Konsultowaliśmy się z nim raz, pytając o warunki przejazdu Starami przez Saharę. Kilka lat wcześniej, jak twierdził w reportażach publikowanych w Przekroju, samotnie przebył Starem 66, trasę z Algieru do Lagos.

Machinacje Walknowskiego były to dla mnie przedsmakiem manipulacji i wiarołomstwa jakie mogliśmy napotkać wokół atrakcyjnego projektu, jakim była Wyprawa.

55.

Nikt z nas nie miał wątpliwości, jak się później okazało naiwnie, że wszyscy gramy „do tej samej bramki” jako jedna, zespolona drużyna, a „incydent” z Walknowskim nie miał nic wspólnego z

moralnym i transparentnym zachowaniem kandydatów na Wyprawę.

Czasami, jak pytia delficka, Lonek przekazywał nam informacje na temat z czego „oni” są niezadowoleni. Wielokrotnie sugerował, że „oni” nie popierają kierownictwa Marka. Mogliby się jednak zgodzić na jego uczestnictwo pod warunkiem, że Lonek przejmie stery wyprawowe. Prośby Marka o skontaktowanie się z „nimi” rozświetlały twarz Lonka uśmiechem, wyrażającym politowanie nad naiwnością polityczną Marka.

Mogliśmy snuć domysły o jakich niejawnych graczach politycznych wspomina Lonek. Podporzadkowanie się ich dyktatowi odbierałoby nam autonomie działania, w którą wówczas wierzyliśmy.

Sugerował, że „ci z którymi się spotyka” mają oko na tych, którzy są naszymi oficjalnymi, sponsorami.

Ze znanych postaci w krajowej polityce wymieniał samego generała Jaruzelskiego, którego życzliwe nam stanowisko, jak utrzymywał Lonek, miało kluczowe znaczenie w popieraniu przez Wojsko naszego projektu.

56.

Lonek, we wczesnej młodości, żył w kołchozie w Kazachstanie, dokąd Sowieci wysiedlili jego rodzinę. Lonek, w miejsce spodziewanej krytyki pod adresem Sowietów, opowiadał z entuzjazmem o czasach spędzonych wśród, kontestującej system, kołchozowej młodzieży, pochodzącej z miejscowych grup etnicznych, wrogich w stosunku do rosyjskiej dominacji. Lonek traktował zesłanie jak przygodę. Nasiąknął przy tym postawą, używającą parodie, prześmiewstwo i manipulacje jako bron w walce z polityczna ortodoksja, oficjalne dominująca kołchozową scenę. Nie był dysydentem. Ale i reżim sowiecki, najwidoczniej, szczególnie po śmierci Stalina, wycofał się z aktów przemocy i robił na młodych wrażenie bezzębnego staruszka, którego można bezkarnie pociągać za wąsy.

Czul się w takiej postawie jak przysłowiowa ryba w wodzie.

56a.

Lonek emanował zaufaniem, że wyjdziemy zwycięsko ze „starcia z reżimem” i dostaniemy/zdobędziemy to, o co występujemy. To dodawało nam skrzydeł. Bądź co bądź – rozumowaliśmy – kto jak nie Lonek wyczuwał właściwie psychologię władzy. Wraz z Lonkiem braliśmy udział w sympozjach naukowych organizowanych przez, nie wiedzieć kogo, w atrakcyjnej lokalizacji rozsianej po kraju. Występowaliśmy tam jako ekipa szykująca się do wyprawy do Afryki. To przydawało nam powagi w środowisku, luźno zwanemu, „środowiskiem afrykanistów”.

56b.

Nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy, do jakiego stopnia jego “tricksterski” (sowizdrzalski) sposób bycia, mieszający świat rzeczywisty ze światem absurdu, angażował się również w różne polityczne manewry w naszej grupie. Stosował je, z łatwością i wdziękiem, na własną korzyść. Choć wspominał, że „oni” nie widza Marka jako kierownika Wyprawy…ale mogły to być jeno aluzje do tajemniczych kontaktów jakie utrzymywał poza naszymi plecami. Mógł to być również blef z jego strony.

56c.

On sam nie deklarował animozji w stosunku do Marka. Co najwyżej „zastrzeżenia”.

56d.

Lonek występował na rzecz udziału kobiet w Wyprawie. Częściowo jego stanowisko było orężem w rywalizacji z Markiem, który, za porada lekarzy i znawców Afryki, widział grupę w formie czysto męskiej.

 

Formalnie jednak, Lonek bronił naszej wspólnej niezawisłości od władz uniwersyteckiej argumentując, że jest to wyprawa „studencka” czyli akademicka w tradycyjnym rozumieniu tego terminu.

Nazwa AWA72 (Akademicka Wyprawa Afrykańska 72) wydawała się niektórym dwuznaczna. Podobno nie było jasne, czy “Akademicka” odnosi się do studentów, czy do uczelni, która lubiła uważać się za “Akademię”. Istniała przecież Akademia Wychowania Fizycznego (AWF) jako popularna uczelnia poświęcona zagadnieniom sportu. Była Akademia Wojskowa i Akademia Medyczna oraz kilka odniesień do “akademii”, jako instytucji szkolnictwa wyższego, w języku francuskim.

57.

“Akademickoś

” w nazwie AWA72 nawiązywała do staroświeckiej nazwy bractwa studenckiego jako “akademików”. We współczesnej polszczyźnie “akademiki” oznaczają domy studenckie, noclegownie dla młodzieży spoza centrów uniwersyteckich.

Wyprawę można było nazwać “Afrykańską Wyprawą Zorganizowaną przez Studentów Warszawskich”. Ale to, choć uwalnia od dwuznaczności, nie brzmiałoby tak zgrabnie jak AWA72.

58.

Gdy ekipa wyprawy miała już skompletowane podstawowe warunki wyruszenia do Afryki (samochody, pieniądze, zaopatrzenie), okazało się, że znalazło się “kilku dodatkowych ojców (i matek)” sukcesu, z szeregów uniwersyteckich, którzy podnieśli ręce jako współtwórcy (a może nawet główni autorzy) przedsięwzięcia. Tym samym “oni”, podając się za “zatroskanych” opiekunów, poczuli się również uprawnieni do dyktowania nam zarówno programu, jak i składu osobowego uczestników.

59.

Formalnym zarzutem wysuwanym przeciwko pozostawieniu Wyprawy w naszych rękach, to jest nas, “młodych ludzi”, był nasz brak doświadczenia w prowadzeniu tak dużych projektów. Innym (częściowo słusznym) argumentem było to, że przy wyborze obecnego zespołu nie zastosowano żadnego wspólnego mianownika, takiego jak osiągnięcia naukowe, doświadczenie we współistnieniu w grupie lub inne wymierne wyniki.

Nikt z nas nie miał doświadczenia w prowadzeniu projektów na taką skalę. Oczywiście nie mieli go również ci, którzy przyjęli postawę “zatroskanych ojców i matek”.

60.

Wynikało to głównie z faktu, że w najnowszej historii Polski nie było podobnie ambitnych projektów jak AWA72. Kompetencja w prowadzeniu takich projektów mogła pochodzić z wojska. Ale nie szukaliśmy takiej opcji.

61.

Krzysztof Baranowski, zanim wyruszył w samotny rejs, przez wiele lat żeglował i zdobył uprawnienia kapitana jachtowego.

Andrzej Zawada, zanim kierował wyprawami w Himalaje, organizował ekspedycje na Kaukaz.

W naszym przypadku nasze łączne doświadczenie sprowadzało się do kilku obozów żeglarskich latem i narciarskich zimą. Nic więcej.

Zostalibyśmy rzuceni na głęboką wodę z ograniczonymi umiejętnościami pływackimi. Ale byliśmy pełni wiary w nasze możliwości pokierowania tak ambitnym projektem.

62.

Gwoli uciszenia wzburzonych nastrojów zorganizowaliśmy kilka obozów “integracyjnych”. Cała grupa pojechała na wycieczkę górską do Bułgarii. Miał to być „test” dla Marka czy dobrze odnajduje się w grupie i vice versa czy „grupa” dobrze się czuje w jego towarzystwie. Żaden inny z nas nie był poddawany takiej próbie. Marek pasował. Choć nie w oczach Eugeniusza, świeżo namaszczonego lidera, który już wówczas musiał być pod presja wykluczenia Marka bez względu na rezultat testu.

62a.

Po Bułgarii byliśmy także cala grupa w Tadżykistanie, Uzbekistanie i Moskwie.

Atmosfera i relacje koleżeńskie w grupie kandydatów były bardzo dobre. Nie wyczuwało się, żadnych animozji ani osobistych konfliktów, co dobrze wróżyło atmosferze w grupie podczas jazdy przez Afrykę.

63.

Za interwencją Uniwersytetu Warszawskiego w ostatniej chwili przemawiał również brak lojalności ze strony części naszych własnych szeregów.

Nagle się okazało ze blisko polowa z grupy wytypowanej do wyjazdu nie popiera przywództwa Marka na Wyprawie. Wcześniej taka personalna rebelia, jeśli istniała, była kompletnie nie widoczna. Jak pisałem powyżej, każdy dokładał się do „wspólnego dzieła” w miarę swoich możliwości.

Kryzys personalny polegał na tym, że nie mieliśmy żadnego forum, na którym mogliśmy artykułować swoje zastrzeżenia.  Opozycja jest naturalną częścią systemu demokratycznego, a proces polityczny powinien wchłaniać sprzeciw. U nas takiego procesu nie było.

64.

Nie było jasne jakie siły stoją za tym personalnym puczem. Podejrzenia Marka padły na Lonka, który zdawał się dobrze czuć w atmosferze fermentu organizacyjnego, przypominającego grę w sferze politycznej. Wychowanie w sowieckim kołchozie mogło mu, jak Marek podejrzewał, wejść w krew.

Lonek w rozmowie ze mną zaprzeczał jakimkolwiek knowaniem przeciw Markowi. Trudno byłoby się doparzyć motywów. Nie było, różnic polityczno-strategicznych między Lonkiem a Markiem. Jak piszę powyżej, nikt z nas nie był pewien co do charakteru Wyprawy. Pozostawianie Marka na kierowniczej pozycji pozwoliłoby Lonkowi zajmować się stanowiskami archeologicznymi, które po drodze moglibyśmy odwiedzać.

65.

Zarówno Lonek jak i Marek nie mieli wątpliwości, że przedsięwzięcie jest sprawą „studencką”, podczas gdy Eugeniusz, nowo mianowany, przez Uniwersytet kierownik Wyprawy, pozostawał lojalny wobec nominującej go instytucji i utrzymywał do końca, ze Wyprawa ma charakter „naukowy”.

Na tym tle „iskrzyło” w relacjach Lonek/ Eugeniusz i dochodziło między nimi do sporu o charakter Wyprawy.

66.

O ile Lonek i Marek mogli ze sobą koegzystować o tyle nie-do-pogodzenia animozje, wynikające z odmiennych charakterów i stylów bycia, można było odczuć na linii Eugeniusz/ Marek.

W tym przypadku, uniwersytet wykorzystał tę różnicę zdań jako rodzaj patologicznego przypadku zagrażającego powodzeniu całego projektu. Nie było jasne, czy sprzeciw wobec przywództwa Marka został wywołany przez władze uczelni, przez Lonka (który zaprzecza takim pomówieniom), czy przez frakcje dysydencka (Pytel, Wolański) wewnątrz naszej grupy.

Na tydzień przed wyjazdem, każdy z nas został wezwany przed “kangurzy sąd “, jak Australijczycy nazywają nieformalny wymiar sprawiedliwości, by zadeklarować się “za” lub “przeciw” Markowi.

66a.

Na tym etapie nie chodziło już o Markowe przywództwo tylko o zwykle członkostwo w Wyprawie.

Powiało groza !

67.

Zamiast szukać kompromisu, “ciało pedagogiczne” wymusiło na nas przetasowania wśród uczestników Wyprawy. A o losie Marka miało (podobno) zadecydować tajne glosowanie prowadzone przez nowo namaszczonego przywodzę, Eugeniusza Rzewuskiego.

67a.

Odnosiło się wrażenie, że los Marka został ustalony poza naszym, zespołowym, zasięgiem. Życzliwy Markowi profesor Zajączkowski, dzielił się z Markiem wrażeniami z zakulisowych obrad na jego temat. Określił się jako glos sprzeciwu przeciw wobec nagonki na Marka, prowadzonej przez kobiety/ profesorki na Afrykanistyce (profesor Sokolewicz i profesor Dobska).

68.

Wedle Zajączkowskiego, w/w przedstawicielki „ciała pedagogicznego” chciały się „zemścić” za wykluczenie dziewczyn z Wyprawy. Zdecydowały na „symetrystyczne” rozwiązanie: ani Dziewczyny, ani Marek.

„Takie zacięte w swych pozycjach! Takie zacięte! – mówił, jakby się usprawiedliwiając, profesor Zajączkowski.

Filozofie „feministyczne” ubiegające się o dawanie równych praw (i szans) kobietom i mężczyznom, zaczęto być popularne w Polsce na fali zmian politycznych w Kraju.

69.

Marek, pomimo swojego znaczącego wkładu w całą organizację i energii, którą w nią włożył, został wykluczony z wyprawy. To był szok.

Udział, lub brak udziału kobiet, również został rozwiązany . Dwie główne kandydatki do Ekspedycji otrzymały symboliczną reprezentację w postaci nazw samochodów: “Jola” i “Renata”.

Formalnie, ostateczną decyzję, miało podjąć tajne glosowanie w grupie potwierdzonych kandydatów na Wyprawę.

70.

Kiedy lobbowałem za udziałem Marka, dowiedziałem się, że sześciu z dwunastu wybranych uczestników było zdecydowanie przeciwko Markowi. Wiodącym przeciwnikiem Marka był Maciek Pytel. Choć zgadzał się z niezaprzeczalną prawdą, że Marek od początku był “motorem projektu” i odegrał wielką rolę w doprowadzeniu go do skutku, to jednak upierał się, że te zasługi nie powinny być kryterium przyjęcia do grupy jadącej do Afryki.

70a.

Przeciwnicy udziału Marka argumentowali, że energia i wizjonerstwo, które były warunkami wstępnymi sukcesu na etapie organizacyjnym, byłyby, jak twierdzili, przeszkodą w spokojnym i zgodnym prowadzeniu grupy przez Afrykę. Na etapie prowadzenia małej grupy w Afryce, przez rok lub dłużej, potrzebny byłby ktoś o łagodnym i spolegliwym temperamencie. Ktoś kto potrafiłby tłumić konflikty w zarodku. Argumentowali, że Marek był zbyt stanowczy, zbyt silny, obdarzony zbyt dominującą charyzmą, by taktownie radzić sobie z drobnymi waśniami przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wątpili również, czy osobowość Marka dopuszczałaby proces negocjacji, jeśli trzeba będzie wybrać jakiś sposób działania. Ostateczna opinia była taka, że Marek był “stworzony do większego” przedsięwzięcia niż to, które z powodzeniem zorganizował. Najwyraźniej był typem człowieka, który przeprowadziłby polityczny zamach stanu, a następnie przekazał władzę demokratycznie wybranym politykom, szukając nowych możliwości ukierunkowania swojej energii.

70b.

Mówiłem, że wiem o wyspecjalizowanych firmach, które uzdrawiają zbankrutowane przedsiębiorstwa, doprowadzają je do poziomu finansowej niezależności…po czym odsprzedają za słuszne pieniądze. Ale tu, nikt nie proponował rekompensaty materialnej dla Marka. Nawet w wysokości utraconych uposażeń pracowniczych po tym jak Marek zrezygnował z pracy w zawodzie, aby się bez reszty poświęcić organizowaniu Wyprawy.

Zgodzili się z moimi argumentami, nie mniej trwali przy swoim, jakby realizując znane wówczas w Polsce gorzkie powiedzenie, ze „kto TU się rodzi, sam sobie szkodzi”.

71.

Nie zgadzałem się z tą opinią, ale miałem tylko jeden głos, aby wpłynąć na los Marka. Jednak wszyscy moi kumple, ci bliscy mi przed Afryką, którzy pozostali bliscy podczas podróży, popierali udział Marka, jako kwestię podstawowej koleżeńskiej lojalności i szacunku dla pracy, na rzecz wspólnego celu. Ten fakt dowodzi, że ludzie przede wszystkim, dobierają znajomych i przyjaciół, wedle instynktownej grawitacji ku sobie. Odpowiednia „chemia” na którą się ludzie powołują dobierając się w pary, najwidoczniej też jest obecna przy dobieraniu się w przyjaźnie i lojalności.

72.

Eugeniusz głosował na “nie”. Jednak, jak przedstawiłem to powyżej, choć to on stał za tą haniebną decyzją, to nie on był ostatecznie odpowiedzialny za odrzucenie Marka. Jak wyraźnie poinformował profesor Zajączkowski (patrz jego wypowiedź kilka akapitów powyżej), “noże przeciw Markowi” zostały wyciągnięte na wyższych (choć nielegalnych) szczeblach. Eugeniusz został wciągnięty w tę personalną rozgrywkę, za co będzie obwiniany tak długo jak długo będzie istniała pamięć o tym niebywałym wyczynie, jakim było zorganizowanie wyprawy do Afryki w 1972 roku.

73.

Wspólny front “za” lub “przeciw” udziałowi Marka nie opierał się na różnicach w wizji tego, jak powinna wyglądać Ekspedycja.

Jak powiedziałem wcześniej, wszyscy byliśmy dość zdezorientowani, jaki kształt i tożsamość powinniśmy przyjąć przed wyjazdem. Polaryzacja postaw opierała się na instynktownym, wzajemnym “przyciąganiu” lub jego braku.

74.

Ostatecznie kandydat Uniwersytetu, Eugeniusz, spełnił wymóg spokojnej, niekonfrontacyjnej postawy i uzyskał wystarczające poparcie, aby projekt mógł być kontynuowany.

Być może jego “dobre imię” z historycznymi odniesieniami (Rzewuski), mogło odegrać pewną rolę. Co jeszcze było brane pod uwagę na jego korzyść… pozostanie nieujawnione, dopóki archiwa Studium nie zostaną otwarte. O ile w ogóle istnieją.

W Afryce spełnił oczekiwania dotyczące minimalnej interwencji w dynamikę grupy, przyczyniając się w ten sposób do braku poważnych konfliktów wśród uczestników i radzenia sobie z wszelkimi problemami.

74a.

Z powodzeniem wynegocjował kilka spotkań z uzbrojonymi rabusiami drogowymi. Umiejętność ta była niezbędna do przetrwania AWA72.

Krótko mówiąc, jego osobiste umiejętności, dowiedzione praktycznie w czasie Wyprawy, sprawiły, że po zakończeniu AWA72, był skutecznym dyplomatą na kilku afrykańskich placówkach.

75.

Lonek, mówiąc o interwencji Uniwersytetu, uważał, że chodziło o “zachowanie autorytetu”.

Słusznie zażartował, że spór z Uniwersytetem przypominał epizod ze znanego i lubianego w Polsce czeskiego filmu “Pociągi pod specjalnym nadzorem”. Zawiadowca stacji zbeształ swojego podwładnego, który zasygnalizował odjazd pociągu bez jego autoryzacji. “Ja tu jestem od takich decyzji” – krzyknął zawiadowca do swojego podwładnego. “HOTOWE!!!” zasygnalizował maszyniście.

76.

W końcu “kadra nauczycielska” dała sygnał “Hotowe!!!” i mogliśmy opuścić Warszawę, startując z terenu Uniwersytetu. Nasze serca przepełniało radosne oczekiwanie na to, co czeka nas w “wielkim świecie”.

Tak więc, we wrześniu 1972 roku, zmierzaliśmy do Afryki żegnani przez grupę przyjaciół, rodziny i życzliwe osoby.

Profesor Zajączkowski przyszedł nam pomachać na pożegnanie.

Nikt z tak “zatroskanego” ciała pedagogicznego się nie pojawił.

76a.

Marek, dzielnie, przyszedł życzyć “wszystkiego najlepszego”.

77.

OK !!! Nadszedł więc moment, kiedy mieliśmy opuścić Warszawę i udać się w nieznane.

Jechaliśmy przez Czechosłowację, Węgry, Chorwację, Włochy, Francję, Hiszpanię, Maroko, Algierię, Niger, Nigerię, Republikę Środkowej Afryki, Zair, Rwandę, Tanzanię, Kenię, Etiopię, Sudan i Egipt, kończąc podróż w Aleksandrii.

Łącznie blisko 40 000 km.

Ufff…

Nieźle !!!

78.

Wyjeżdżając z Warszawy mieliśmy jasną świadomość, że do niedawna taki moment był marzeniem tak mało prawdopodobnym do spełnienia, jak zjedzenie kolacji z Sophią Loren. Teraz stawało się to prawdą.

To znaczy „wyruszenie do Afryki”.

Nie kolacja z Sophią Loren.

78.

Z Warszawy do Afryki wyruszyli:

Eugeniusz Rzewuski, Jacek Olędzki, Lonek Adamowicz, Andrzej Walewski, Piotr Wolański, Bogdan Stefański, , Maciej Pytel, Michał Olbiński, Wojciech Gajowniczek, Wojciech Dąbrowski, Krzysztof Albiniak, Staszek Nowakowski.

W niepełnym wymiarze godzin Bogusław Zagórski (Afryka Północna), Andrzej Prosiński oraz Ernestyna Skuriat.

79.

Życie każdego z nas zostało w specyficzny sposób naznaczone afrykańską podrożą.

a/.Eugeniusz pełnił dwie funkcje ambasadorskie w Afryce;

Jego łagodne maniery i umiejętność zachowania spokoju pod przymusem sprawiły, że bez wątpienia był dobrym dyplomatą

b/.Jacek ponownie wyjechał na krótko do Afryki. Później poświęcił swoje życie studiowaniu małej społeczności, położonej nad brzegiem Wisły, w miejscu zwanym Murzynowo, mieszkającej w małej rybackiej chacie bez elektryczności i toalety. Wyjaśnił, że podczas wyprawy nie mieliśmy takich luksusów i nadal uważamy się za szczęśliwych. To była prawda.

Czy nazwa wsi, pozornie nawiązująca do “czarnego kontynentu”, była świadomym wyborem Jacka na potrzeby przedłużających się badań terenowych, nie było pewne. Mogła mu przyjemnie przypominać niezapomniane czasy w Afryce. (Później dowiedziałem się, że “Czarne miejsce” odnosiło się do zacienionej części brzegu kontrastującej z “Białym miejscem” (Białobrzegi), niedaleko wzdłuż rzeki).

Jacek stał się “postacią kultową” wśród młodych antropologów, a jego zdjęcia z Afryki (w większości utracone z powodu braku odpowiedniego archiwum uniwersyteckiego, w którym mogłyby zostać zdeponowane i zachowane) wzbudzają podziw studentów.

c/.Lonek zamieszkał w Mozambiku. Został profesorem archeologii i antropologii na Uniwersytecie w Maputo i naczelnym harcmistrzem na szczeblu krajowym.

Nigdy nie stracił „pociągu” do mieszania absurdu z rzeczywistością, a tym samym życia w zawieszonym świecie “wszystkich możliwości”, wcinającym się w utarte standardy i formalne pozycje..

d/.Andrzej pracował do emerytury na UW, pławiąc się w sławie bohatera wyprawy AWA72.

e/.Piotr zaangażował się w coroczną eksplorację Wysp Kanaryjskich.

f/.Bogdan wykładał na uniwersytetach RPA i przeszedł część trasy AWA72; w późniejszych dniach napisał małą książeczkę o swoich doświadczeniach. Nie wspomniał o swym udziale w AWA72.

g/.Maciek prowadził na odludziu górskie schronisko w Bieszczadach, gdzie poza krótkim sezonem turystycznym wiódł proste, ascetyczne życie.

h/.Michał wrócił do Afryki i przeżył tam wiele przygód podróżując miejscowymi środkami lokomocji; mieszka głównie w Austrii i od czasu do czasu odwiedza Polskę.

i/.Wojciech Gajowniczek stał się znanym chirurgiem w Polsce. Spędził kilka lat jako lekarz na placówce w Iraku.

j/. Wojciech Dąbrowski został australijskim antropologiem, prowadzącym długotrwałe badania terenowe (dwa lata w szałasie z trawy) w Papui Nowej Gwinei (PNG) oraz wykładowcą na australijskich i polskich uniwersytetach. W PNG realizował zainteresowania rozpoczęte w Afryce, na misji katolickiej w Zairze.

Często odwiedzał Afrykę, gdzie badał sztukę naskalną w różnych częściach kontynentu.

Odwiedził Lonka w Mozambiku, wygłosił kilka wykładów na Uniwersytecie w Maputo na temat australijskich aborygenów; spędził długie noce omawiając (i wyjaśniając) z Lonkiem różne aspekty polityki AWA72.

k/. Krzysztof Albiniak (sądząc po jego miłym usposobieniu i zdolności do ciężkiej pracy) musiał osiągnąć wysokie awanse w wojsku, ale szczegółów nie znam.

l/. Staszek Nowakowski został dyrektorem Fabryki Samochodów Ciężarowych Strachowice, a przynajmniej powinien był nim zostać.

 

Jola Koziorowska, “matka chrzestna jednej z ciężarówek Star 66”, zbudowała muzeum etnograficzne w Mozambiku, jedno z najlepszych na świecie, jak twierdzą niektórzy.

Renata Manitius, matka chrzestna drugiego pojazdu, wyjechała do USA (została “prawdziwą matką” trzech chłopców); od czasu do czasu powraca stamtąd i można ją spotkać w Warszawie. (Jeśli ktoś ma szczęście)

Sławek, nieetatowy członek Wyprawy, stał się zasłużonym propagatorem Islamu w Polsce. Napisał pracę doktorską na podstawie materiałów zebranych na Saharze.

Marek osiedlił się w Australii. Wcześniej był współzałożycielem Towarzystwa Eksploracyjnego promującego wyjazdy indywidualne do „krajów rozwijających się”. Dużo podróżował po Azji, Australii i Ameryce Południowej.

Odbył „cały i zdrowy”, niebywałą w latach 70ch, pięcioletnia podróż dookoła świata. Wrócił do Polski na czas, aby dołączyć do rewolucji Solidarnościowej.

W Australii stał się przedsiębiorcą z własnym biznesem.

Nigdy nie postawił stopy na kontynencie afrykańskim.

Wojciech Dabrowski, Sydney 2023

Fotografie przesłane do Portalu Narodowa GA.PA przez przyjaciół do tego wpisu (październik 2023 r):

Fot. 1 Wojciech Gajowniczek (ze spotkania przyjaciół, Warszawa w rocznicę wyprawy – 2012 rok) – fotografię przesłali: Eliana Kamińska oraz Eugeniusz Rzewuski

Fot. 2 Przyjacielskie spotkanie w greckiej knajpie “Patris” (już przeniesiona z Saskiej Kępy na ul. Grochowską), Warszawa rok 2012, 40. Rocznica wyjazdu AWA 72-73 – od lewej: Gienek Rzewuski, Wojtek Gajowniczek Piotrek  Wolański – fotografię przesłał Eugeniusz Rzewuski

Fot. 3 Gdzieś na trasie wyprawy AWA 72-73, od lewej:  Piotrek Wolański, Wojtek Gajowniczek,  Gienek Rzewuski, Lonek Adamowicz  – fotografię przesłał Eugeniusz Rzewuski

Fot. 4 Koledzy ze szkoły „LO Prusa”, Wojtek Gajowniczek pierwszy od prawej, na wycieczce do Krakowa – fotografię przesłał Eugeniusz Rzewuski

Fot. 5 Spotkanie grupy przed wyprawą 1972 r. Warszawa – fotografia 1 i 2, grupowe fotografie Eugeniusz Rzewuski i Eliana Kamińska

Opisanie osób na fotografii 1/2 – opis przesłała: Eliana Kamińska:

od lewej: Wojtek Gajowniczek,  Staszek Nowakowski, Michał Olbiński , Maciej Pytel, Bogdan Stefański, Andrzej Walewski
klęczą: Wojtek Dabrowski, Lonek Adamowicz, Piotrek Wolański, Andrzej Prosiński

Fot. 6 Spotkanie grupy przed wyprawą 1972 r. Warszawa – fotografia 2/2, grupowe  fotografię przesłał: Eugeniusz Rzewuski

Opisanie osób na fotografii 2/2 – przesłał: Eugeniusz “Gienek” Rzewuski

od lewej: Krzyś Albiniak, Wojtek Gajowniczek, Gienek Rzewuski, Staszek Nowakowski, Michał Olbiński (wysoki blondyn), Maciej Pytel (z profilu), Bogdan Stefański, Andrzej Walewski

A w kucki: Wojtek Dabrowski, Lonek Adamowicz, Piotrek Wolański, Andrzej Prosiński 

Fot. 7 Mapka afrykańskiej wyprawy 1AWA 1972-1973 – mapkę przesłał Eugeniusz Rzewuski

Fot. 8 Pismo KOŁA NAUKOWEGO AFRYKANISTÓW UNIWERSYTETU WARSZAWSKIEGO z dnia 9.07.1974 r.  do Zakładów Sprzętu Technicznego i Turystycznego w Legionowie – z prośbą o śpiwory na kolejną wyprawę AWA – fotografię przesłał Eugeniusz Rzewuski

Fot. 9 Przed wyjazdem wyprawy na dziedzińcu UW w Warszawie czarno-białe fotografie 1 i 2 – fotografie przesłał Eugeniusz Rzewuski

Fot. 10 Przed wyjazdem wyprawy na dziedzińcu UW w Warszawie czarno-białe fotografie 3 i 4 – fotografie przesłał Eugeniusz Rzewuski

Fot. 11 Samochody STAR wypraw AWA w Afryce – fotografię przesłał Eugeniusz Rzewuski

Fot. 12 AWA znak graficzny wyprawy – litera A – przesłał Eugeniusz Rzewuski

W przygotowaniu – następne fotografie do albumu wypraw AWA w Portalu Narodowa GA.PA (GAleria PAmięci, PAmiątek narodowych)

Zapraszamy serdecznie inne osoby, które mają jakiekolwiek pamiątki po wyprawach AWA do przesyłania skanów, filmowych nagrań, i tym podobnych pamiątek – do umieszczenia w portalu – przypominamy adres Email: narodowa@narodowa.pl

2. GAJOWNICZEK CZ.2 KC MARZEC 22 2024 SRODA

Część 2 – czyli “70 ROMANTYCZNYCH WIZJI” (podtytuł dodany przez Portal Narodowa GA.PA po wzruszeniach po przeczytaniu)

Poniżej używam zamiennie imion “Gajowniczek”, “Gajowy”, “dobry doktor” lub “Wojtek”, a także “Michał” lub “Misio” w odniesieniu do Michała Olbińskiego, innego bliskiego towarzysza w Afryce. Krzyś (Krzysztof Albiniak) i Staś (Staszek Stanisław Nowakowski) dwaj nasi kierowcy. Lonek (Leonard) Adamowicz.

1.

W poniższym tekście odniosę się tylko do tych epizodów, które są związane z Wojtkiem. Szersze opracowanie uwzgledniające resztę uczestników AWA72 musi poczekać na swego autora.

Powiedzenie mówi, że “wybrani przez bogów” umierają przedwcześnie. Najpierw bogowie wyposażali ich we wspaniałe cechy umysłu i serca … a później wyrywali ich z zaludnionego świata.

Czyżbym wyczuwał w ludziach gust bogów, czy co? Moi faworyci odchodzą jeden za drugim.

Najpierw Olędzki aka Stary Kurp. Teraz Gazowniczek aka Gajowy, jak go czule nazywaliśmy. I nie żeby ci dwaj moi „wybrańcy” kwalifikowali się jako “święte postacie”. Daleko im było do tego.

Kryteria „boskich wybrańców” były bardziej skomplikowane niż wierna służba jakiejś opcji moralnej, artystycznej, kognitywnej lub ideologicznej.

Być może, Czytelnik, sam się zorientuje co z poniżej przedstawionego rysu biograficznego Gajowego, wyróżniało Go pośród rówieśników i co mogło zwrócić na Niego uwagę bogów, kimkolwiek by oni (one) nie byli/były. Poniższa relacja, która zgodnie z zapowiedzią trzyma się formuły: chronologia medycznych interwencji plus różne winiety Jego zachowania i wypowiedzi, które charakteryzowały Wojtka i nadawały wyprawie afrykańskiej istotnego smaku. Tych “powiedzonek” i wydarzeń, w których brał udział, nie da się przedstawić w żaden uporządkowany sposób, gdyż wymagałoby to zajęcia przeze mnie stanowiska biografa osoby Wojtka, do którego nie aspiruje.

Tutaj nie rozważam odpowiedzi na pytanie o gust bogów, który zabiera najatrakcyjniejszych spośród nas.

Podaje wersję zapamiętaną z Afryki bez własnych komentarzy. Zdaję sobie jednak sprawę, że pomimo prób neutralności opisu nie sposób abstrahować od mojego życzliwego wglądu w osobę Wojtka.

Z dystansu czasu można wyraźnie dostrzec jak przytaczane w tym tekście epizody zdominowane przez Wojtka układają się w obraz Jego osobowości, czy chce tego jako Autor, czy nie.

Porównuję te „winiety postawy i wypowiedzi” do techniki francuskich impresjonistów polegającej na rysowaniu obrazów za pomocą licznych kropek na płótnie. Po poprowadzeniu niewidocznej linii łączącej kropki miały być one rozumiane, w intencji ich twórców, jako “momenty” dziejące się na skali czasu. Każda z nich nie niesie ze sobą żadnego znaczenia. Dopiero patrząc z dystansu możemy rozszyfrować pojawiające się na płótnie kształty tworzone przez te liczne “pozbawione sensu i celu” same w sobie, kropki. Czasem te obrazy były intencyjnie ukryte przez artystów, a czasem są jeno wytworem wyobraźni odbiorców.

2.

Te punkty, które można nazwać “wyrywkowo dobranymi wydarzeniami”, można porównać do “artefaktów” zachowania. Te artefakty mają wspólny mianownik, bo dotyczą jednego człowieka, tutaj Wojtka Gajowniczka. Są więc jak spójna kolekcja stworzona przez eksperta cum kolekcjonera, który ceni każde ze znalezisk, bo wzbogaca jego zbiór.

W poniższym tekście ja mogę się przyrównać do „zbieracza” epizodów zachowania Wojtka, poprzez obserwacje i zapamiętywanie różnych idiosynkratycznych elementów, składających się na opis uczestnictwa Wojtka w AWA72.

Poniżej przedstawiam swój „zbiór” w, wyżej wspomnianej kolekcji, przybliżającej postać Wojtka.

3.

Nie zawarłem w tym zbiorze wszystkich możliwości. Moja sympatia do Wojtka była naczelną zasadą, dyktującą co zamieścić a co odrzucić. Selekcjonuję tutaj materiał odrzucając najlepsze i najgorsze momenty. Każdy z krańców moralnego spektrum zapraszałby do niemile widzianej oceny. Chcę przedstawić Wojtka takim, jakim był, wspaniałym kompanem, wybitnym zawodowym medykiem i współczującym, choć czasem emocjonalnie nadto żywiołowym człowiekiem.

Trudno mi się pogodzić z wiadomością o śmierci Wojtka. Utrzymywałem z nim kontakt przez ostatnie 50 lat, umawiając się na “spacery/rozmowy” za każdym razem, gdy przyjeżdżałem do Polski. Jego śmierć skłoniła mnie do przypomnienia sobie minionych 50 lat (zarówno w Afryce, jak i w czasach post-afrykańskich) i zapisania tego w sposób, w jaki “go pamiętam”.

4.

Poniżej przedstawię Wojtka, barwnego, energicznego i złożonego człowieka, najdokładniej jak potrafię.

Mieliśmy ogromne szczęście, że niemal w “ostatniej chwili” znaleźliśmy tak kompetentnego i oddanego swojej profesji lekarza, jakim był Gajowy. Wojtek musiał mieć świadomość, że poświęcił swoją przyszłą karierę dla ponad rocznej podróży po Afryce. Mieliśmy szczęście, ale nie zdziwienie decyzja Wojtka. Każdy z nas poświęcił swój rozwój zawodowy dając się “uwieść” romantycznemu obrazowi Afryki. Jak wspomniałem w Części 1, kilku z nas, w tym ja, wybrało niepewne “kanarki na afrykańskim dachu”, zamiast zadowolić się “wróblem w garści”, aka „rajskim ptakiem” w moim przypadku. Stawiając na rozwój kariery w branży naukowej miałbym zagwarantowaną pozycje wśród prestiżowych elit branży elektronicznej.

5.

Wojtek był typem sportowca. Był kiedyś mistrzem na dystansie 100 m motylkiem. Kobiety go uwielbiały. Takie typy przedkładają aktywność na świeżym powietrzu nad obowiązki w szpitalach, bibliotekach, na licznych, rozwijających karierę konferencjach. Lekarze pokroju Wojtka pracują w odległych i niebezpiecznych miejscach jako Lekarze bez Granic. Propozycja wyjazdu z nami musiała przemówić do niego silniej niż jakakolwiek opcja ustatkowania się w dobrze zorganizowanym życiu zawodowym w Warszawie.

Niedawno przeszedł proces separacji, więc Afryka mogła być potrzebnym lekarstwem na posiniaczoną duszę. Nigdy nie rozmawialiśmy o jego życiu osobistym.

6.

Wśród wszechstronnego wyposażenia we wszystko co podróżnicza dusza mogła zamarzyć, dostaliśmy epoksydowe pudełka, od firmy farmaceutycznej Polfa, w których mogliśmy przechowywać wszystkie przedmioty, prywatne i te do użytku wspólnego. Wojtek wypełnił dziesięć skrzyń medykamentami i sprzętem chirurgicznym, na każdą możliwą okoliczność.

Epoksydowe skrzynie były wytrzymałe i lekkie. Łatwo było dowolnie zmieniać ich położenie w samochodach.

Szczególny nacisk Wojtek położył na możliwość przeprowadzenia operacji wycięcia zainfekowanego wyrostka robaczkowego, gdyby zaistniała sytuacja zagrażająca życiu, z dala od wyposażonego odpowiednio szpitala.

Prawdą jest, że ludzie z trudem zarabiali wystarczająco dużo pieniędzy, aby sfinansować swoje proste życie, wiążąc „finansowy koniec z końcem”. Ale, dla niektórych szczęściarzy jak my, rzeczy “za darmo” płynęły z różnych kierunków. Finansowanie i hojne wyposażanie Wyprawy, ocierało się o ekstrawagancje, w czasach, kiedy służbie zdrowia brakowało pieniędzy na podstawowe sprzęty medyczne. Widać, że dystrybucja dóbr nie bywa równomierna. Przysłowie mówi, że bywa się „raz na wozie, raz pod wozem”. I tym razem byliśmy „na wozie” i bonanza przytrafiła się nam.

Nasz przypadek był jak wygraniem losu na loterii.

Podobne przygotowania poczynili kierowcy i mechanicy, którzy spakowali dwa dodatkowe silniki i wszystkie akcesoria na wypadek, gdyby musieli wykonać gruntowna renowacje naszych samochodów. I rzeczywiście, taka konieczność wystąpiła na środku pustyni.

7.

Piękne samochody zdawały się przedkładać wygląd nad wytrzymałość terenowa. Wymagało to wymiany większości części, jedne po drugich. Krzysztof i Staszek napisali obszerne raporty, szczegółowo opisujące słabe punkty konstrukcji i to, co należy poprawić w następnej generacji wojskowych ciężarówek.

8.

Gajowy był człowiekiem romantycznym, jak my wszyscy. Na stoliku kawowym w jego domu była książka z egzotycznym przedstawieniem dżungli i dzikich zwierząt autorstwa Rousseau, francuskiego malarza słynącego z fantastycznych wizji egzotycznej przyrody.

Książka ta, przywieziona przez kogoś z podróży do Francji, rozpalała fantazje Wojtka odkąd sięgał pamięcią. Możliwość dołączenia do wyprawy do Afryki wydawała się propozycją rodem z dziecięcych marzeń.

9.

Dla niektórych z nas kontemplacja bałtyckiego horyzontu pełniła podobną rolę jak dla Wojtka sztuka Rousseau. Dla innych był to zwyczaj obserwowania samolotów lądujących i startujących z warszawskiego Okęcia. Jeszcze dla innych był to trekking w Tatrach i dreszczyk emocji, że idąc niektórymi szlakami wchodzą o kilka metrów w “zagranicę” przekraczając granicę polsko-czechosłowacką.

W literaturze psychologicznej nazywa się to “zew nieznanego”, a leśnicy nazywają to “wołaniem puszczy”. Można to nazwać “zaproszeniem do wolności”. Bez względu na to, jak to nazwiemy, chcieliśmy wyjść poza znaną nam krainę… a Afryka wydawała się “lądem, który ucieleśniał” wszystkie te ledwo wyartykułowane drżenie naszych dusz.

10.

Wojtek przy ognisku opowiadał o swoim synu Wojtku (Juniorze). Nie miał bliskich relacji z chłopcem (zrozumiałem, że miał około 10 lat). Jednak myśli o chłopcu zajmowały umysł i serce Wojtka o wiele bardziej, niż był w stanie, lub chciał, dobrowolnie się do tego przyznać.

Martwił się, jak będzie postrzegany przez syna, z którym nie spędzał zbyt wiele czasu (jak zrozumiałem), głównie z powodu trudnych relacji z matką syna.

Wojtek najwyraźniej nie był gotowy na ustatkowanie się w życiu rodzinnym.

Gajowy spekulował, że dla syna posiadanie ojca podróżującego po egzotycznych zakątkach Afryki będzie powodem do dumy. Gajowy pisał listy i prowadził pamiętnik, zapisując jak najwięcej, z zamiarem przekazania ich Wojtkowi (juniorowi). Wojtek miał nadzieję, że ręcznie pisane dokumenty będą mogły być kiedyś przeglądane przez przyjaciół chłopca.

11.

Kolejna romantyczna wizja relacji międzypokoleniowych.

Gajowy był bardzo młodym ojcem. Reszta z nas nie była dotknięta tym głębokim doświadczeniem, przez które przeszedł. Bliżej nam było do nastolatków niż do poważnego stanu dorosłego mężczyzny.

11a.

W samochodach mieliśmy zainstalowane krótkofalówki. Formalnie po to, by nie tracić kontaktu podczas pustynnych burz. W spokojne dni rozmawialiśmy z samochodu do samochodu podczas monotonnej jazdy po pustynnych dzikich “drogach”.

Krótkofalówki pozwalały nam utrzymywać kontakt z niektórymi amatorskimi stacjami radiowymi w oazach, które mijaliśmy. Stacje te czasami nawiązywały kontakt z polskimi krótkofalowcami. Byliśmy zaskoczeni, podróżując po bezdrożach, gdy od czasu do czasu, nasze postępy były śledzone i obserwowane przez nieznanych nam entuzjastów radiowych, którzy jednak wiedzieli o naszych “heroicznych” postępach.

12.

Krajowi radioamatorzy, poprzez afrykańskich kolegów, przekazywali wiadomości: “powodzenia! I uważaj, aby nie zostać zjedzonym żywcem w tych dzikich regionach”. Było to ambarasujące dla nas i ubliżające miejscowym radioamatorom, dlaczego Polacy, w dalekim kraju, niepokoili się, byśmy się nie znaleźli na liście menu. Wyjaśnialiśmy, że to nic poważnego, i ze to takie narodowe, głupie żarty, adresowane do podróżujących po dalekich krainach.

Afryka w tamtych czasach była dla większości Polaków przestrzenią niebezpieczną i tajemniczą jak Kosmos. Byliśmy ucieleśnieniem fantazji o wolnym i niebezpiecznym życiu, które wymykało się większości naszych rodaków. Dla równowagi, ta wizja musiała tez mieć cenę. Stad wyobrażenia o kanibalizmie, bandytach i przesadnie roztrząsanych niebezpieczeństwach ze strony fauny.

Dobrze czuliśmy się w roli nosicieli polskich fantazji o wolności, o przygodzie i osobistej odwadze.

13.

Podróż przez Europę była prosta.

W Budapeszcie gościł nas polski wicekonsul Wojciech Salapski. Kolejny “Wojtek” w tym tekście. Można by się zastanawiać, czy po II wojnie światowej istniały inne imiona dla dzieci płci męskiej niż Wojtek i Marek.

W Zagrzebiu spotkaliśmy pana, który znał duże fragmenty Mickiewiczowskiej epopei Pan Tadeusz. Napotkany nieznajomy deklamował cale fragmenty w chorwackim tłumaczeniu i polskim oryginale. Kiedy doszliśmy do Koncertu Jankiela, który ja też znalem na pamięć, to obaj mieliśmy łzy w oczach. Jak jeszcze wyznałem, że moje nazwisko „Dabrowski” jest takie samo jak nazwisko generała wielbionego przez cymbalistę, to padliśmy sobie w ramiona, choć znaliśmy się zaledwie od godziny. To spotkanie uświadomiło nam, że kultura chorwacka jest bardzo zbliżona do polskiej, a ta ostatnia jest tutaj uważana za wiodący filar cywilizacji europejskiej. Nawet nasze hymny narodowe miały tę samą melodię, choć inne brzmienie.

Kultura jednak może zbliżać ludzi bardziej niż wspólna historia.

No i dobrze!!! Podniosło to naszą samoocenę… tak silnie atakowaną do niedawna przez poczucie minimalistycznych aspiracji narodowych, dominującym uczuciu powszechnego niedostatku, tragicznej historii i zmarginalizowaniu na europejskiej scenie.

Mieliśmy “prezentować Polskę w świecie”, choć w naszych duszach i umysłach nosiliśmy “szczątkowe” kompleksy niższości wobec ludzi Zachodu. Dzięki takim spotkaniom jak to w Zagrzebiu poczuliśmy się “zaprezentowani” podnoszącymi na duchu słowami, dzięki którym poczuliśmy, że jesteśmy obecni kulturowo poza naszymi, na poły nieprzepuszczalnymi, granicami.

14.

W Wenecji (Gajowy, Olbiński i ja) spotkaliśmy bogatego amerykańskiego turystę polskiego pochodzenia, który zrobił się bardzo sentymentalny widząc nas w pełnej krasie, podróżujących pięknymi samochodami i elegancko ubranych. Był zdumiony, że “komunistyczny” rząd wydał nam wizy podróżne.

Dał nam zwitek pieniędzy (naprawdę staraliśmy się sprzeciwić przyjęciu tego gestu), który później, na wiele miesięcy, uzupełnił nasze tygodniowe kieszonkowe w wysokości 3,5 $.

Obecnie, “nie pamiętam”, czy ten dar został zgłoszony Kierownictwu, w celu „zaksięgowania” jako „przychód” Wyprawy, do rozliczenia po powrocie do Kraju.

14a.

Mieliśmy potencjał do zarobienia niewielkich pieniędzy po drodze, wykorzystując nasze mocne samochody, jako cenne aktywa. Często trzeba było wyciągnąć jakiś pojazd z błota lub odholować do warsztatu. Kiedyś, jeszcze w Europie, zarobiliśmy kilka dolarów wyciągając, mechaniczna wyciągarką, prywatny samochód z głębokiego rowu. Nie wiedzieliśmy, ile warta była nasza interwencja. Z wdzięcznością przyjęliśmy wszystko, co dał nam szczęśliwy posiadacz uszkodzonego samochodu.

15.

Niektórzy ludzie udzielili nam szczegółowych informacji, w jaki sposób, z samochodami takimi jak nasz, mogliśmy zarobić duże pieniądze, napełniając nasze baki i zapasowe kanistry benzyną w jednym kraju i sprzedając ją w innym zaraz po przekroczeniu granicy.

Byliśmy pełni ekscytujących nadziei na podreperowanie naszych budżetów dzięki tak wielu możliwościom, które mogły pojawić się na naszej drodze.

16.

Ale nie obyło się bez zgrzytów. Eugeniusz trzymał się przekonania, że organizatorem wyprawy jest Uniwersytet …. i w związku z tym wszelkie pieniądze (jeden dolar wydawał nam się dużą kwotą) powinny „słusznie” należeć do tej instytucji.

Miał ambicję wydać jak najmniej i najlepiej przywieźć z powrotem całą pozostałą, a także zebraną po drodze, kwotę.

Oczywiście nie była to ambicja podzielana przez resztę nas. Uczciwość fiskalna to ważna rzecz, ale jak wszystkie moralne wartości, powinna była być rozpatrywana pod kątem kontekstu.

Kiedyś, już w Afryce, pośrodku Sahary, rozpadła się przyczepa. Zgubiliśmy koło. Miejscowy garaż zaoferował sto dolarów. Eugeniusz odmówił rozumując, że rzeczona przyczepa nie jest „nasza własnością” lecz wojska, które nam ja „wypożyczyło”. Przez następne dni, a nawet tygodnie, Eugeniusz organizował transport wraka do portu w Algierze, z zamiarem przetransportowania go polskim statkiem do Kraju. Cena, jak to w Polsce bywało, nie „grała roli”. Ważna była zasada.

Żaden z nas nie przykładał ręki do wysiłków Eugeniusza, protestując w ten sposób przed ekstremalna „solidnością” cum „uczciwością” Eugeniusza. Słusznie uważaliśmy, że porządny posiłek w jakiejś wiejskiej knajpie, za otrzymane 100 USD, byłby mile widzianą odmianą od codziennej diety „wołowiny w sosie własnym”.

O ile wiem, przyczepa – wrak została gdzieś zagubiona w drodze do portu. Ale, jak uczyła ideologia socjalistyczna, najważniejsze by cnota obywatelska została zachowana, bez względu na koszty finansowe.

Zresztą nie trzeba się powoływać na „moralność socjalistyczną” by wytłumaczyć stanowisko Kierownika.

Już Oscar Wilde zdefiniował dwie przeciwstawne postawy: idealistyczną i pragmatyczną. Ta pierwsza opiera się na wierności ideałom bez względu na koszty. Ta druga, kieruje się ceną i doraźną korzyścią, nie zważając na ideały.

Eugeniusz był idealistą.

16a.

Pojechaliśmy wzdłuż wschodniego wybrzeża Hiszpanii przez Barcelonę i Malagę. Popłynęliśmy promem do Ceuty na afrykańskim wybrzeżu. Nie zostaliśmy tam. Tego samego dnia przekroczyliśmy granicę z Marokiem. W Maroku natknęliśmy się na pierwszy wypadek medyczny.

16b.

Pierwszego dnia po wylądowaniu na afrykańskiej ziemi ruszyliśmy w kierunku Marrakeszu. Nocleg zaplanowaliśmy gdzieś w okolicach tego słynnego miasta. Jadąc powoli uliczkami jakiejś małej osady spotkaliśmy wielu młodych arabskich chłopców. Niektórzy z nich pilnowali straganów z różnymi turystycznymi bibelotami. Rozpoznali, że jesteśmy z Polski i zaczęli wołać po polsku “dobrze”, “pani kupi ta pamiątki” itp. Niesamowite. Wyglądali na mniej niż dziesięć lat.

Pomachaliśmy do nich.

17.

Kilku z nich wskoczyło na dyszel małej przyczepy, którą holował jeden z naszych samochodów. Jeden z nich mógł łatwo poślizgnąć się i wpaść pod koła, raniąc siebie i wpędzając nas w duże kłopoty.

Kierowcy zatrzymali się. Michał wysiadł, by słowami i gestami odeprzeć małych intruzów. W tym momencie spadł na niego grad kamieni. Nie wyglądało to nawet jak brutalny atak… ale jak kulturowy sposób wyrażenia łagodnego niezadowolenia w ich imieniu. To mogła być lekcja “niewinnej przemocy”.

Gdyby to nie były kamienie ale, na przykład pomidory, skończyłoby się na ogólnej wesołości i zakwalifikowane jako składnik przyjaznego powitania.

Ale Michał został ranny. Jeden z kamieni uderzył go w czoło. Michał obficie krwawił.

18.

Podjechaliśmy na plac małego miasteczka, przez które właśnie przejeżdżaliśmy. Od wypadku minęło nie więcej niż 20 minut, a plac już wiedział o nas i incydencie. Z jednego z budynków wyszedł brodaty mułła. Przepraszając za to, co się stało, zaprosił nas do domu modlitwy, abyśmy położyli rannego Michała na stole.

W tym czasie Gajowy sprawnie przygotował się do akcji. Przybył do rannego Michała ze wszystkimi niezbędnymi narzędziami chirurgicznymi. Zszycie rany wykonał z precyzją i kompetencją doświadczonego chirurga. Całą akcję medyczną obserwowaliśmy z odległości kilku metrów. Byliśmy pod wrażeniem i pewni, że jesteśmy w dobrych rękach pod opieką medyczną.

19.

Po operacji Michał dołączył do reszty nas. Mułła przeprosił w imieniu swoich rodaków za sposób, w jaki zostaliśmy przywitani pierwszego dnia w Afryce. Na szczęście wychowaliśmy się w świeckim kraju, gdzie ani religia, ani różne przesądy nie miały nad nami władzy. O ile mi wiadomo, nikt z nas nie potraktował tego incydentu jako “zły omen” zwiastujący źle dla naszej przyszłości.

Zdawaliśmy sobie sprawę, że to tylko dzieci zawiniły, a zachowanie “osoby oficjalnej”, czyli miejscowego mułły, było bez zarzutu.

20.

Po kilku dniach w Maroku zdałem sobie sprawę, że incydent z kamieniami miał swoje lokalne, kulturowo uświęcone podłoże. Za każdym razem, gdy Jacek i ja próbowaliśmy filmować lub fotografować mężczyzn siedzących na poboczu drogi, okazywali oni swoje niezadowolenie z naszego projektu, sięgając po jeden z przygotowanych wcześniej kamieni. W ten sposób zapowiadali, że rzucą w nas tym kamieniem, jeśli się od nich nie odczepimy. Za którymś razem, poirytowany Jacek, na ich ostrzegawczy gest, podniósł z ziemi niewielki kamień. Splunął na niego i rzucił za siebie. Miało to dać do zrozumienia, że lekceważymy ich groźby. Spluwając na trzymany kamień, Jacek sygnalizował, że my gardzimy ich reakcją wobec nas, w końcu gości w ich kraju. Wydawało mi się to zuchwałym i niebezpiecznym gestem. Mogli poczuć się urażeni w swojej dumie i kulturze. Na szczęście dla nas Jacek, doświadczony etnograf, trafnie ocenił sytuację. Siedząca na poboczu grupa mężczyzn pozytywnie zareagowała na gest Jacka. Odłożyli kamienie i zaczęli się śmiać z tej bezgłośnej pantomimy gestów. Pozwolono się też sfotografować. Na koniec uścisnęliśmy sobie dłonie w geście międzykulturowego pojednania.

21.

Był jeszcze jeden incydent w Maroku z małymi chłopcami, który uzmysłowił mi jak ważne jest trzymanie odpowiedniego dystansu z naszej strony. Przysłowie mówi, że „dobre ploty tworzą dobrych sąsiadów”. Filozof Bauman pisze, że dobre relacje polegają na sztuce „bycia razem, osobno”. Jeszcze inna ludowa mądrość mówi, że „familiarity breeds contempt”. Czyli, że zbyt wielka bliskość (w domyśle ludzi nie połączonych intymnym związkiem) spoufala i budzi wzajemną niechęć.

Doradzano nam, żeby okalać nasze obozowiska grubą linią i w ten sposób dzielić teren na nasz i nie nasz. Poniżej opisuję incydent, który miał miejsce ponieważ, ta dobra rada, nie była rygorystycznie przez nas przestrzegana.

21a.

Obozowaliśmy na pustych przestrzeniach niedaleko osad. Od samego rana odwiedzali nas zaciekawieni przechodnie. Mężczyźni przychodzili się z nami przywitać. Kobiet nie było widać. Dzieci stały w niewielkiej odległości chichocząc głośno i natarczywie domagając się od nas “prezentów” Cado !!! Cado !!! – powtarzały bez przerwy. Niektóre z nich, zawsze chłopcy w wieku od 6 do 12 lat, stawali się coraz odważniejsi i próbowali zabierać różne małe przedmioty z obozu.

Otoczyliśmy obóz liną wyznaczającą granice, by dzieciaki nie wkraczały na “nasz teren”. Jacek pisał przy prowizorycznym stole. Chłopcy zaczęli mu dokuczać i rzucać w niego małymi kawałkami ziemi i gliny. Zareagował radośnie, ale, jak w jego zwyczaju, “bardzo specyficznie”. Robił do nich miny lub wydawał różne niewerbalne pomruki.

22.

Chłopcy zareagowali śmiechem, właściwie rozumiejąc, że on, być może nieświadomie, zaprasza ich do jakiejś zabawy. Jacek miał w sobie dużo “dziecka”, a spotkanie z “równymi sobie” przyniosło mu ulgę od konieczności zachowywania się zawsze w “poważny” sposób podczas Wyprawy. Po alkoholu zmieszanym z tabletką valium Jacek przemieniał się z łagodnego doktora Jekyll w pana Hyde. Zwykle cicho mówiący, z refleksją w głosie, mógł w nowym wcieleniu krzyczeć i głośno mruczeć. Alkoholu nie było, ale Jacek mógł podkraść tabletkę valium z tajnych zapasów lekarza.

22a.

Byłem zajęty przekładaniem skrzyń na samochodzie w celu dotarcia do materiałów piśmiennych. Inni robili na prędce notatki z ostatnich dni lub prali swoje ubrania. Niektórzy udali się do najbliższej osady.

Nagle usłyszałem jak Gajowy woła mnie wzburzonym głosem, żebym szybko przybiegł i pomógł ratować Jacka. Wyskakując z samochodu zobaczyłem Wojtka próbującego odciągnąć Jacka od grupy chłopaków, którzy przekroczyli linę „demarkacyjną” i zaczęli bezpośrednio molestować Jacka.

Wojtek był silnym mężczyzną, więc udało mu się odciągnąć młodych napastników i zaprowadzić Jacka w bezpieczne miejsce. Miał podartą koszulę i wyglądał na rozczochranego.

Wojtek przytomnie nakazał ewakuację pod samochodową plandekę. Kilka kamieni przeleciało nam nad głowami. Samochody miały złożone przednie szyby, więc nie groziło im uderzenie. Udało nam się zejść z oczu napastnikom. Nie wdaliśmy się w żadną wymianę inwektyw.

W razie zaognienia konfliktu byliśmy na straconych pozycjach. Mogło być groźnie. Mogli nas obrzucać płonącymi pochodniami.

Na nasze szczęście nie doszło do eskalacji. Reszta „naszych” zaczęła powracać do obozowiska i chłopaki wycofali się. Prawdopodobnie by zdążyć na czas na domowy, wieczorny posiłek.

23.

Wojtek był pewien, że rozerwaliby Jacka na strzępy, gdyby nie zauważył, co się dzieje. Niewinnie wyglądający chłopcy” zaczęli ściągać Jackowi spodenki itp.

Sytuacja niebezpiecznie przypominała scenę z filmu Suddenly, Last Summer (1959) z Katharine Hepburn w roli głównej, w której młody i naiwny Amerykanin na wakacjach w Hiszpani, zostaje rozszarpany na strzępy przez grupę młodocianych, zachowujących się jak sfora psów, żądna krwi.

Jacek był w szoku i zdezorientowany tym co się przed chwilą mogło wydarzyć.

Przyszło mi do głowy kilka refleksji.

Po pierwsze, doktor Wojtek był przygotowany do interwencji w sposób zapobiegawczy, przewidując problem. Jak mówi powiedzenie “lepiej zapobiegać” niż “leczyć” Był dobrze wyszkolony w tej podstawowej medycznej mądrości. Obserwował Jacka i chłopców przez jakiś czas gotowy do interwencji. Taka czujność niewątpliwie uratowała Jackowi, jeśli nie życie, to co najmniej poważne fizyczne i psychiczne obrażenia.

Po drugie, w każdym związku należało zachować odpowiedni dystans. Nadmierna bliskość rodzi niekontrolowane zachowania, niczym atawistyczne instynkty znane ze świata zwierząt.

Afrykanie ostrzegali mnie, jak zachować się w przypadku spotkania z lwem, dzikim psem czy jakimkolwiek drapieżnikiem. Żelazną zasadą jest to, by nigdy nie zacząć uciekać ani w żaden inny sposób okazywać strachu. Należy trzymać się ziemi i utrzymywać kontakt wzrokowy z potencjalnym napastnikiem. Atakujące gesty, pozorujące kontratak, może być stosowany wyłącznie wtedy kiedy napastnik ma drogę odwrotu.

Po trzecie, mądrość, jak się zachować, nie polegała na założeniu, że agresja ze śmiertelnymi konsekwencjami, jest przejawem zła. Cały dramat mógł rozgrywać się na instynktownych poziomach “poza dobrem i złem”. Trudno uznać zabójczego lwa za “złe stworzenie”. Atakujący chłopcy mieli miłe, niewinne spojrzenia.

Zachowanie, takie jakie spotkało Jacka, wymyka się ocenie moralnej. I trudno się z refleksją pogodzić, że w grupie (czy to w wymiarze koleżeńskim czy na większą skalę np. narodową) ludzie mogą się inaczej zachowywać niż w pojedynkę.

24.

Jak powiedział jeden z odwiedzających nas mułłów, któremu opisaliśmy ten incydent: w ich przypadku nasza duchowa edukacja nie rozwinęła jeszcze sztuki kontrolowania aspołecznych odruchów .

Wychowywanie młodzieży w duchu empatycznego zachowania i kontroli agresywnych impulsów, jest długim procesem, podczas gdy instynkty, które dzielimy ze zwierzętami, są w nas, od urodzenia.

25.

Później dowiedziałem się o “niewinnym sadyzmie”, czyli krzywdzie jaką ludzie wyrządzają blisko spokrewnionym przyjaciołom lub członkom rodziny, czerpiąc z takiego działania trudny do zidentyfikowania rodzaj przyjemności, czy rozładowania napięć emocjonalnych.

“Niewinny sadyzm” pochodzi z jakiejś psychicznej głębi i jest czymś spontanicznym, innym niż zorganizowane i sformalizowane praktyki sadystyczne.

Mułła przyznał, że zachowanie wiejskich chłopaków szwendających się po okolicy, była szczególnie niebezpiecznym środowiskiem dla tego, tak zwanych, “niewinnych morderstw”.

Mówi się, że „okazja czyni złodzieja”. Wygląda na to, że również okazja czyni morderców z grupy, skądinąd sympatycznej garstki młokosów.

Mułła opowiedział, że od czasu do czasu znajdowano przy drodze martwe ciało “świętego” lub bezdomnego, ze śladami okaleczenia. O takie czyny podejrzewano grupy maruderów z wioski.

Trochę zmroziło to nam krew. Poczuliśmy się bezpieczniejsi w grupie dwunastu młodych, zdrowych i wysportowanych.

25a.

Następnego dnia, znajomy mułła, odwiedzający nasz obóz, zwrócił uwagę, że Biblia umieszcza niestabilność ludzkiej psychiki w centralnym wydarzeniu Nowego Testamentu.

W Niedzielę Palmową, w czasie wjazdu Jezusa do Jerozolimy, tłumy entuzjastycznie witały Go, rzucając przed Nim liście palmowe. Zaledwie pięć dni później, przypuszczalnie ten sam tłum, domagał się ukrzyżowania Jezusa. Wyraźna metafora tego, że nawet Bóg nie był w stanie ustabilizować nastrojów.

Jak moglibyśmy, kontynuował mułła, mieć nadzieję na coś lepszego.

26.

Doświadczenie z “groźbami ukamienowania” przekonało mnie, że mamy do czynienia z “kulturą rzucania kamieniami”. Biblia zaleca “kamienowanie” jako formę egzekucji za różne wykroczenia, ze szczególną gorliwością skierowaną w stronę niewiernych kobiet.

W Marrakeszu biblijna atmosfera wrzała na każdym kroku. Mówcy wspinali się na skrzynie i przemawiali do garstki słuchaczy. Zrozumiałem, że byli to nawiedzeni moraliści, samozwańczy prorocy, którzy chcieli uwolnić swój naród od boskiego potępienia.

Z łatwością można było sobie wyobrazić Jezusa wygłaszającego kazanie na Górze… zapewniającego słuchaczy o ich wysokim statusie moralnym i szczególnej przychylności Boga wobec nich, wynikającej ze stanu ich ubóstwa.

27.

Na kolejny incydent medyczny musieliśmy czekać do grudnia.

Do Tamanrasset przyjechaliśmy 31go grudnia. Rozbiliśmy obóz w pobliżu tego pustynnego miasta pełnego klimatycznych scen przemieszczających się przez miasto karawan wielbłądów. Karawany były prowadzone przez Tuaregów, chudych, surowo wyglądających, wysmukłych mężczyzn, odzianych w niebieskie szaty, z mieczami wystającymi spod tunik. Glowy i szyje mieli opatulone czarnymi turbanami, częściowo zakrywającymi ich twarze. Wyglądali jak żywcem wzięci z filmów hollywoodzkich o Lawrence z Arabii, legendarnym przywódcy powstań arabskich przeciw Turkom.

Tamanrasset było miastem zbudowane z czerwonej gliny, położonym u podnóża gór Hoggar. Same góry wyglądały jak wielkie organy, zbudowane ze skalnych filarów w kształcie monumentalnych rur. Przewodnik wyjaśniał, że jest to dzieło erozji, a rury powstały w wyniku specyficznej krystalizacji lawy wiele lat temu.

28.

W górach ukryta była pustelnia legendarnego mnicha, ojca Foucault, który wiele lat wcześniej stanął na czele powstania Tuaregów przeciwko francuskiej dominacji. Sześcioro z nas pojechało jednym samochodem po górskiej ścieżce. Małe kamienne schronienie, w którym Foucault mieszkał przez wiele lat, znajdowało się na poboczu polnej drogi. Góry były ciche. Bez ludzi. Tylko wiatr zdawał się grać kantaty Bacha na kamiennych h piszczałkach. Zostałem sam w kamiennej chatce, bez szyb z dużym pustym otworem, który kiedyś mógł służyć za okno. Towarzysze pojechali eksplorować inne części gór. W pustelni, z ciepłym pustynnym wiatrem wiejącym w twarz, wpadłem w autohipnozę, z której wyszedłem po kilku godzinach medytacji. Moi towarzysze cierpliwie czekali, aż dojdę do siebie.

Ich cierpliwość mogła być również wytłumaczona faktem, że ciężarówka pełna młodych Francuzek podjechała w pobliże pustelni. Widząc, po wyjściu z letargu, moich towarzyszy flirtujących, śmiejących się i bawiących z wesołymi młodymi kobietami, mniej więcej w naszym wieku, nie wiedziałem, czy już wyszedłem do “rzeczywistości”, czy wciąż jestem w la la land.

Okazało się, że dziewczyny, niedawno, tak jak my, przyjechały do Tamanrasset, również były na biwaku poza miastem i również, tak jak my, nie miały dobrych pomysłów co robić w Sylwestra. Nie mogło być więc lepiej. Zgodziliśmy się (entuzjastycznie) spędzić wieczór razem. Mieliśmy czekać na nie przed pocztą i razem udać się na nasz biwak, za miastem.

Co prawda byliśmy w Algierii, oficjalnie kraju muzułmańskim z zakazem spożywania alkoholu, ale przedsiębiorczy Arabowie, wiedząc, że Tamanrasset odwiedzają turyści, znaleźli sposób, by “prawie oficjalnie” sprzedawać francuskie wino w 10-litrowych, dużych, nieporęcznych, nieoznakowanych, szklanych beczułkach.

29.

O 22:00, jak uzgodniliśmy w górach, naszych francuskich “porywów serca” nie było. Ani o 23:00, ani o północy w Sylwestra. Było oczywiste, że ”dały nam kosza” z jakiegokolwiek powodu. Nie mogliśmy “uwierzyć”, że mogły mieć lepszą ofertę niż ta, którą im przedstawiliśmy. Przecież się tak dobrze prezentowaliśmy !!!

Nasza frustracja zaczęła sięgać zenitu. Piliśmy wino, kupione na cały wieczór, prosto z beczułek, bezczelnie, siedząc na krawężniku miasta, prawnie zabraniającego picie alkoholu.

Następnie, już z dobrym szumem w głowach, wsiedliśmy do samochodu i zaczęliśmy jechać w kierunku naszego obozu. Nasze telefony, zamontowane na potrzeby chwili takiej jak teraz, nie działały. Miały wyczerpane baterie. Nie mieliśmy jak poinformować reszty, co się stało i dlaczego tak późno wracamy w wieczór Noworoczny.

Przybycie z powrotem, godzinę lub dwie przed północą, z gromadą rozchichotanych młodych kobiet, miało być niespodzianką dla naszych kolegów, o której wszyscy fantazjowaliśmy.

Tym czasem kompletna katastrofa!!!!

Krzyś jeździł jak kierowca Formuły 1. Dobrze, że w noc sylwestrową nie było nikogo na drodze. Usiedliśmy na skrzyniach i głośno śpiewaliśmy jakieś partyzanckie piosenki. Coś w stylu (Rozszumiały się wierzby płaczące. ). Patrzyliśmy przed siebie ze wzrokiem utkwionym w ciemność, w która gnaliśmy „na łeb na szyję” z dużą prędkością.

31.

Prawdopodobnie jedyne drzewo w mieście miało jedną gałąź przecinającą ulicę na wysokości około 2 metrów nad ziemią.

Lonek, w ten konar, uderzył głową , tuż nad lukiem brwiowym. Mogło się to skończyć wielką tragedią, gdyby nasze skrzynie były choćby 10 cm wyżej. Taki przypadek mógł trafić każdego. Siedzieliśmy na skrzyniach i konar tylko musnął moją krótko ostrzyżoną czuprynę.

Ale by było!!! Połowa Wyprawy zmieciona z powierzchni Ziemi zanim się jeszcze na dobre zaczęła!!!! Byłoby to potwierdzenie dominującej opinii w Kraju, że Afryka jest śmiertelnie niebezpiecznym kontynentem. No i te „zatroskane” panie z grona pedagogicznego UW, które uważały, ze jesteśmy za młodzi by się porywać na takie przedsięwzięcie jak AWA72. (Patrz: Gajowniczek Część Pierwsza).

Na szczęście, jak to mówią po angielsku: a small miss is as good as a mile (tzn. że chybienie pociskiem o 1 centymetr jest równie szczęśliwym trafem jak chybienie o milę) mieliśmy dużo szczęścia, nie precyzując na czym to szczęście mogło się opierać.

32.

Lonek został ranny. Mocno krwawił. Wyglądało na to, że dostał wstrząsu mózgu. Chwilowo stracił przytomność.

Wojtek zatamował krwawienie własną koszulą.

Dotarliśmy do naszego obozu i pomogliśmy Lonkowi dotrzeć do namiotu.

Tam, podobnie jak wcześniej w Maroku, Wojtek położył rannego na polowym łóżku i zaczął przygotowywać narzędzia chirurgiczne. Jako pomocnika wziął Maćka Pytla, który miał podstawowe przeszkolenie medyczne. Obserwowałem, jak oczy “dobrego doktora” trzeźwieją i jak metodycznie przygotowuje się do zabiegu.

Tu są nożyczki, tu są nici, tu są waciki” – doktor wymieniał na głos każdy z elementów, co prawdopodobnie było praktyką na salach operacyjnych.

33.

Maciek myślał, że doktor informuje go, wyszkolonego asystenta medycznego, o nazwach poszczególnych elementów , które mają być użyte w akcji chirurgicznej.

Wiem to ! i wiem, w jakiej kolejności należy układać elementy do użycia w zabiegu ” – zaprotestował Maciek.

Nie mówię tego tobie, idioto – krzyknął chirurg w teatralny sposób Wojtek – tylko sam sobie przypominam, jak to ma być ułożone –powiedział emfatycznie doktor, który nadal wyraźnie pachniał winem, które pospołu wypili w dużych ilościach, w oczekiwaniu na wiarołomne Francuski.

Następnie powrócił do głośnego wyliczania: nożyczki, nici, środki dezynfekujące, waciki, …i tak dalej.

Cóż, rzeczywiście, jeszcze godzinę temu można by pomyśleć, że Doktor nie byłby na silach by przeprowadzić zabieg jak ten, ale teraz, jak dobry profesjonalista, odzyskał sprawne ruchy i pewną rękę.

Nie był przecież na ostrym dyżurze, gdy się wydarzył wypadek. W przeciwnym razie by nie brał alkoholu do ust. To pewne. To była wyjątkowa sytuacja.

A wieczór zaczął się tak obiecująco!!!

34.

Lonek doszedł do siebie po kilku dniach. Jednak uporczywy ból głowy przez około tydzień wskazywał na przebyty wstrząs mózgu, którego doznał w Sylwestrowa Noc.

Incydent ten był sygnałem ostrzegawczym, by ostrożnie stąpać po kontynencie i nie dać się ponieść młodości i marzeniom o własnej nieśmiertelności.

34a.

Z Tamanrasset przez Agadez dotarliśmy do Nigru.

Zatrzymaliśmy się na biwak daleko od osad, na półpustynnych polach. Małe czarne kozy skakały po pochyłych drzewach i skubały liście. Ziemia była sucha. Nie było widać żadnych upraw. Znaleźliśmy małe skupisko akacji dające częściową ochronę przed palącym słońcem. Część z nas zdecydowała się na jazdę do stolicy Nigru, Niamey, aby spotkać się z kilkoma wcześniej umówionymi kontaktami politycznymi i akademickimi. Reszta z nas postanowiła odpocząć od gorączkowych tygodni w Algierii i nadrobić zaległości w robieniu notatek i konserwacji sprzętu.

35.

Miejsce było suche na kość, bez deszczu od miesięcy. Nie rozbijaliśmy więc namiotów na noc, ale spaliśmy albo pod gołym niebem, albo pod moskitierami. Rankiem następnego dnia wyszedłem na mały spacer po okolicy. Moją uwagę zwrócił mężczyzna w średnim wieku z małym dzieckiem na rękach. Nie poruszał się. Lekko przekrzywił głowę, gdy się z nim przywitałem gestem ręki. Miał niewielką brodę i ogoloną głowę w stylu muzułmańskiej mody. Stał w niewielkiej odległości od naszego obozowiska. Dziecko się nie ruszało, co wzbudziło moje podejrzenia, że jest chore, a ojciec szuka u nas pomocy.

Poszedłem po doktora.

36.

Lekarz podszedł do ojca z dzieckiem i dokonał oględzin. Dziecko było apatyczne i wyglądało na martwe lub na wpół martwe. Daliśmy ojcu znak by poszedł z nami do obozowiska. Wojtek polecił mi zagotować wodę. Ostudzić i przynieść. Sam poszedł do samochodu i wyjął stamtąd pudełko z lekarstwami. Porozumiał się z mężczyzną sygnalizując, że dziecko ma od kilku dni silną biegunkę. Wojtek potwierdził mi diagnozę, dziecko (był to chłopiec w wieku około dwóch lat) było poważnie odwodnione. Afrykanie, na całym kontynencie, reagują podobnie na biegunkę. Kapuściński pisał o śmiertelności dzieci w różnych częściach swoich raportów. Jest to przypadek źle ulokowanego logicznego myślenia. Rodzice wstrzymują podawanie napojów, rozumując, że to nadmiar płynów w organizmie powoduje biegunkę.

Nalałem przegotowanej, ale już letniej wody do szklanki. Lekarz wymieszał biały proszek, z saszetek UNICEF-u. Oczywiście nie zapomniał o lekach, które mogły być potrzebne w Afryce.

Wojtek z gracją nabierał niewielkie ilości płynu i podawał dziecku na łyżeczce. Po kilku małych łyżeczkach dziecko nadal wydawało się martwe. Chłopczyk nie uczestniczył świadomie w tej medycznej czynności. Wojtek małymi porcjami wlewał płyn do ust dziecka. Wyglądało na to, że płyn powoli docierał do głębszych partii ciała malca, a na efekt trzeba było poczekać.

37.

Opisuję to wydarzenie tak dokładnie, ponieważ po tym, co nastąpiło później, można by ułożyć psalmy pochwalne na cześć “niewidzialnej ręki medycyny”, która doprowadziła do tej interwencji.

Saszetki zawierały sproszkowane minerały i witaminy. To wszystko. Zwykle elektrolity.

Prawdziwy cud!!! A kiedy ktoś był naocznym świadkiem takiego cudu, nigdy go nie zapomina.

Po dziesiątej porcji płynu chłopiec zaczął otwierać oczy. Najpierw jedno oko. Potem drugie.

Po chwili zaczął połykać coraz większe porcje podawanego mu płynu. Wkrótce usiadł w ramionach ojca i objął go za szyję.

Po około 10 minutach. Stał z nogami na ziemi. Wojtek podał ojcu pewną ilość tych saszetek i gestami wyjaśnił, jak zmieszać sproszkowaną zawartość z czystą, najlepiej przegotowaną, wodą.

Po krótkiej chwili ojciec, z dzieckiem trzymanym za rękę, odwrócił się i poszedł gdzieś przed siebie. Wydawało mi się, że widziałem na jego wardze mały uśmiech. Ale żadnej wylewności. Żadnych oznak podziwu czy słownej wdzięczności. Mnie łzy leciały po policzkach. Przecież nigdy nie widziałem tak spektakularnego wyczynu nowoczesnej medycyny. Nigdy tez nie widziałem „cudu” na własne oczy!!

Czułem się jakbym uczestniczył w biblijnym wydarzeniu opisanym przez ewangelistów, w którym Jezus mówi do sparaliżowanego: weź łóżko na ramię i idź w pokoju. Twoja wiara cię uzdrowiła!!!

Tu obyło się bez dramatycznych diagnoz. Bez odwolywania się do wiary. Choć na pewno, ojciec dziecka miał swoje wyjaśnienie jak doszło do tego uzdrowienia.

Ustalenie jakie szamańskie praktyki były w grze, zanim doszło do interwencji naszego doktora, byłoby dobrym tematem do badan antropologicznych.

Dla Wojtka to, oczywiście, nie było żadnym specjalnym wydarzeniem. Jego trening zawodowy przygotowywał go na takie okazje. Lekarze, jak księża na pogrzebach, nie pokazują emocji w czasie niesienia zawodowej posługi.

Ale byłem mu wdzięczny, że widząc na mej twarzy ślady po stróżkach łez, nie nazwał mnie „histerykiem” lub choćby „baba”.

38.

Następnego dnia ojciec uzdrowionego dziecka przyszedł do nas i dał nam kurczaka. Przyjęliśmy go z wdzięcznością, ponieważ …kilka miesięcy na diecie “wołowina w sosie własnym” zaczynało być już nużące.

Cały akt obdarowywania odbywał się w ciszy, bez żadnych gestów ze strony obdarowującego. Staraliśmy się okazać naszą wdzięczność. Różnice w zachowaniu narzucone przez odrębne kultury były widoczne jak na scenie teatru pantomimy. Brak słów zdawał się potęgować dramatyzm wydarzenia.

Kolejny raz zaangażowałem się w “zmartwychwstanie oparte na saszetkach” wiele miesięcy później w północnej Kenii. Odwiedziliśmy osadę Borana, koczowniczych pasterzy.

Wojtka już z nami nie było. Ze względu na żółtaczkę wyjechał na leczenie do Kraju. Byłem jedynym uczniem z doświadczeniem z Nigru jak używać saszetki w sytuacjach przypominających tamten epizod z samotnym ojcem, pokładającym wiarę w nasze medyczne możliwości.

Tutaj, podobnie jak wcześniej w Nigrze, matki “na wpół martwych dzieci” ustawiały się w kolejce po “cudowne leczenie”. I ja, bez słowa, powtarzałem ten sam zabieg z saszetkami jaki zaobserwowałem, kilka miesięcy wcześniej, w interwencji Wojtka. Moja praca przynosiła efekty, zgodnie z oczekiwaniami.

Kilku dorosłych skarżyło się na niezwykłe osłabienie organizmu i zwróciło się do mnie po lekarstwo. Będąc “kucykiem medycznym jednego czynu” (one act pony),, zastosowałem “leczenie saszetkami” i zaleciłem picie czystej wody mając nadzieje, że moja kuracja pomoże i że na pewno nie zaszkodzi.

Moja „interwencja medyczna” tu też zadziałała.

39.

Tym razem jednak nie zaoferowano nam żadnego kurczaka w geście wdzięczności. Co więcej, nie było żadnych widocznych oznak zadowolenia na twarzach matek.

A przecież musiały być uszczęśliwione „wskrzeszeniem” ich dziecka. Ich reakcja wydala mi się być kulturowo instruowanym aktem „wypierania naturalnych odruchów” w kontaktach, albo z mężczyzną (miałem wypielęgnowaną brodę), albo z jakimkolwiek mężczyzną napotkanym na drodze.

No cóż… musiałbym zostać dłużej, aby wymyślić wyjaśnienie tej “chłodnej” reakcji na leczenie, które, nadal mnie wzruszało prostota i skutecznością interwencji.

Antropologia wyjaśniła, że ludzie mają tendencję do wypowiadania czegoś takiego jak “dziękuję” tylko wtedy, gdy otrzymują coś nieoczekiwanego. Jako reakcję na niespodziankę. Jeśli otrzymują coś, co uważają za “oczywiste”, to będąc wiernymi swojemu kulturowemu „ja”, nie generują żadnych oznak radości.

Ta obserwacja podpada pod analizę fenomenu „podarunku”. A dokładniej, w jakich okolicznościach podarek (gift) wzbudza radość i „wzmożenie emocjonalne”, a w jakich nie robi większego wrażenia. Może nawet tłamsić emocje.

Prezent, choćby najwartościowszy, ale darowany nie w porę może wywołać reakcje odwrotną od zamierzonej.

Co on , ten obdarowujący, chce od nas w zamian? Pytamy się rezolutnie.

Przecie wiadomo, że „nie ma bezinteresownego lanczu” (no free lunches).

Z jednym wyjątkiem – mówią cynicy. Serek w pułapce na myszy jest ofiarowywany gratis.

Ekonomiści twierdzą, że ludzie “podnoszą swój poziomi szczęścia” za zarabianie/otrzymywanie pieniędzy do pewnego, przewidywalnego poziomu. Mają w takich sytuacjach element niepewności i miłego zaskoczenia. Wszystkie przychody powyżej tego progu nie robią pozytywnego wrażenia.

Nuda. Wszystko już było.

AWA72 było niezwykle radosnym wydarzeniem, ponieważ było to coś, o czym marzyliśmy, ale czego nigdy się nie spodziewaliśmy. Podobne przedsięwzięcie, którego doświadczyli zamożni ludzie Zachodu, najprawdopodobniej nigdy nie dorównałoby intensywnością temu, czego my doświadczyliśmy.

40.

Mogło się również zdarzyć, że “ożywienie” bardzo chorych dzieci zostało przypisane interwencji lokalnych, znajomych i życzliwych duchów, którym udało się sprowadzić nas we właściwe miejsce we właściwym czasie.

Zastanawiając się nad tymi międzykulturowymi zachowaniami psychologicznymi, wróciłem myślami do Polski. Przed wyjazdem uczestniczyliśmy w pogadance na temat psychologii międzykulturowej. Pewnie myśleliśmy, że ten temat pomoże nam zrozumieć sposób rozumowania Afrykanów.

Wykładowca zapewnił nas, że dla różnorodności w postrzeganiu życia nie trzeba podróżować do egzotycznych miejsc. Podał przykład.

Pracował w lokalnej radzie w dziale usług socjalnych. Nadzorował pomoc ludziom w swojej okolicy dotkniętych ubóstwem. Identyfikował ludzi w potrzebie. Urząd, w którym pracował, zapewniał im odpowiednie warunki mieszkaniowe. Organizował bony żywnościowe i niektóre usługi opiekuńcze.

Prelegent się żalił, że po otrzymaniu tych wszystkich “luksusów” obdarowani nie wyrażają wdzięczności ani nam, ani systemowi socjalistycznemu, któremu przewodniczyliśmy.

41.

Oni dziękują Matce Bożej w lokalnym kościele, za „zorganizowanie” im kontaktu z nami.

Wykładowca musiał być zaangażowanym wyznawcą wartości quasi-komunistycznego systemu organizacji społecznej, który przynajmniej na poziomie teoretycznym, uważał się za ateistyczny. W ramach oficjalnej polityki system ten konkurował z przekonaniami religijnymi ludności.

Dziękowanie Matce Boskiej zamiast pochwały humanistycznych postaw systemu politycznego w Polsce, było, niemalże, “zdradą wobec prawdziwych dobrodziei.

Ten wykład przyszedł mi do głowy, jako wskazówka do zrozumienia zachowań kobiet Borana, które powinny były być wdzięczne mnie a nie swym duchom opiekuńczym.

Ale niech tam. Ważne, że dzieci ozdrowiały. Przynajmniej na jakiś czas.

42.

Wracając wspomnieniami do Nigru.

Dla relaksu, po interwencji „saszetkowej”, wziąłem motocykl WFM, który używaliśmy na krótkich dystansach, wokół założonego biwaku.

Jechałem, ze znaczną prędkością, przez zagajnik karłowatych drzew, wzdłuż ścieżki prowadzącej do lokalnej osady. Nagle ziemia zapadła się pode mną. Najwyraźniej była to pułapka wykopana na ścieżce, w którą spodziewano się złapać antylopę. Dziura miała około metra głębokości. Na moje szczęście wyleciałem z motocykla i wpadłem w mech, nie łamiąc sobie żadnej kończyny. Doczołgałem się z powrotem do obozu. Miałem rozdartą nogę poniżej kolana, z której leciała krew.

Dobry doktor natychmiast wkroczył do akcji. Przemył, opatrzył i zaszył ranę. Koledzy wrócili z Nameyu. Wyjazd był udany. Podobno zawarli nawet wstępną umowę na zakup naszych Starów 66 przez wojsko.

Następnego dnia ruszyliśmy dalej i po około tygodniu noga wyglądała na wyleczoną.

Wypadek pozostawił bliznę, którą nawet teraz po prawie 50 latach noszę z dumą jako trwałą pamiątkę z tamtego biwaku w Nigrze. Ciepło i z sentymentem myślę o kompetentnym doktorze Gajowym, który pokazał mi, jak czuć się, jakby posiadało się boskie moce i dokonywać imponujących interwencji w oparciu o skromne saszetki.

Albo, myślałem czasem, blizna przypomina młodzieńczą nieostrożność porównywalną do blizn na twarzy zdobytych (w czasach rycerskich zachowań) w pojedynku, stoczonym w obronie honoru „damy serca” .

Ale tu trochę fantazja mnie ponosi.

43.

W stolicach i dużych miastach zatrzymywaliśmy się na kilka dni.

Zatrzymywaliśmy się, osobno zapraszani, przez łaskawych gospodarzy, którzy w zamian za gościnę chętnie słuchali o naszych przygodach. Gajowy był chyba najprzystojniejszym i najbardziej czarującym członkiem naszej ekipy. Wielu z naszych gospodarzy było polskimi lekarzami na kontraktach WHO w Afryce. Naturalnie najchętniej gościli “naszego doktora” w ramach solidarności zawodowej. Wojtek miał zawsze mnóstwo zaproszeń do wyboru. Część z nich przyjmował. Ja, jako jego bliski kolega, i bohater akcji saszetkowej, byłem dodawany do jego zaproszeń.

Chętnie korzystałem z zaprosin.

Zawsze był zapewniony obfity posiłek i mnóstwo bezcłowego alkoholu. Dodatkowo chciałem dowiedzieć się o Afryce jak najwięcej od ludzi, którzy spędzili wiele lat pracując na tym kontynencie.

W tamtych czasach picie dużych ilości alkoholu wydawało nam się być rzeczą naturalną. Tolerowanie alkoholu było powodem do dumy.

Widocznie mamy słowiański gen dobrze radzący sobie a przetwarzaniem alkoholu w glukozę.

Kiedyś Napoleon mawiał do swoich generałów, żeby „pili jak Polacy”. Podobno to znaczyło, żeby pi

bez utraty kontroli nad swym zachowaniem i rozumowaniem. Nie znaczyło więc, żeby „dużo pi

ale by nie dopuszczać do utraty godnego zachowania. Inna rzecz, że w trakcie przyjemnej rozmowy z gospodarzami „ o tym i owym”, cała zawartość pierwszej butelki whisky rozchodziła się w mgnieniu oka.

Wojtek nigdy się nie upijał… choć miał specyficzny sposób mówienia i specyficzne poczucie humoru, które uważałem za zabawne. Nie byłem pewien, czy nie dezorientuje to gospodarzy ponad poziom ich komfortu.

44.

Na przykład to.

Gospodyni, widząc pustą butelkę i dochodząc do wniosku, że to wystarczająca ilość alkoholu na wieczór, pytała nas przed podaniem słodyczy, czy na koniec biesiady mamy ochotę na kawę lub herbatę? Na to Wojtek odpowiadał pytającym głosem: dlaczego kawę? Sugerując, że kolejna butelka whisky byłaby lepszą propozycją. Nie było jednak jego intencją domaganie się większej ilości whisky. To raczej jego poczucie humoru skłaniało go do odkrywania zabawnych elementów w każdej sytuacji, w której się znajdował.

W tych samych żartobliwych trybach na pytanie któregoś z gospodarzy: „panowie, czy chcecie teraz kawę czy herbatę?

Ja grzecznie odpowiadałem, że „poproszę kawę”.

A Wojtek odpowiadał poważnym tonem:

Ale dlaczego chciałby pan/pani wiedzieć, co teraz chcemy?!

Co to w ogóle panią obchodzi !?

45.

To nawet nie była aluzja do podawania większej ilości alkoholu. Po prostu Wojtek odkrywał zabawny potencjał pytania, w danej sytuacji. Jego reakcja węszyła humor szybciej niż refleksja.

Bawiło też Wojtka osłupienie na twarzach gospodarzy zaskoczonych jego pytaniem.

Po wyjściu śmiałem się z uwag Wojtka. Nie wiem, co myśleli o nas gospodarze.

Cieszyłem się, że Gajowy ma takie samo poczucie humoru jak ja. Tylko , że on był konsekwentniejszy i odważniejszy w praktykowaniu takiego typu dowcipu.

45a.

Nieustanne podróżowanie ma tę dobrą zaletę, że zawsze przybywa się w nowe miejsce jako atrakcyjna “nowość” przynosząca wieści z “pustyni i puszczy”. Tym bardziej, że byliśmy młodzi i pełni urokliwej brawury. Kiedy (trochę, nie za bardzo) „narozrabialiśmy” w jednym miejscu, (wiadomo, krew nie woda), jechaliśmy dalej, mając nadzieję, że „zła sława” nie będzie nas wyprzedzać i docierać do nowych, potencjalnych gospodarzy na trasie. Byliśmy jak „wędrowcy znikąd” dla których zawsze znajdowało się miejsce przy polskim stole, i tak chcieliśmy być postrzegani.

46.

Ciągłe przemieszczanie się stwarzało specyficzny rodzaj kontaktów. Wiedząc, że wyjeżdżamy następnego dnia i często nie wiedząc kim jesteśmy i jak mamy na imię, nasi gospodarze, i poznani na prędce znajomi, otwierali swe dusze w atmosferze intensywnej intymności. I to nie tylko dotyczyło erotycznych kontaktów, które też się zdarzały. Napotkane kobiety traktowały nas jak anonimowych spowiedników powierzając nam swe osobiste żale i doświadczenia w warunkach afrykańskich.

Wojtek był dobrym słuchaczem, ale ukierunkowanym na problemy medyczne. Kiedy „spowiedź” dotyczyła spraw ducha Wojtek polecał mnie jako „specjalistę” od „takich spraw”.

Rzeczywiście. Takie zaufanie jakie mnie obdarzano bardzo mi odpowiadało. Wiele lat później, oprócz antropologii, która formalnie studiowałem w Australii, pracowałem jako mentor i doradca (life coach) w prywatnych praktykach.

Tak, wiele zawdzięczam Wyprawie. To w Afryce wykrystalizowały się moje zainteresowania, zdolności i powołania.

Wojtek celował w obu tych wartościach wędrownego spowiednika i emocjonalnego poszukiwacza przygód.

Podczas przejażdżek śpiewaliśmy.

Śpiewał Lonek i śpiewał Gajowy. Zapamiętywałem teksty siedząc między nimi.

Lonek i jego rodzice zostali deportowani z rodzinnej Litwy przez Sowietów po wojnie. Jako kilkuletni chłopiec spędził kilka lat w jednym z kołchozów, gdzie jego ojciec został kierownikiem. Lonek, jak niewielu Polaków, wyniósł z kołchozu dobre wspomnienia. Swój pobyt w kołchozie postrzega jako pasmo drobnych przygód i masę absurdalnych sytuacji, które musiały doprowadzać ojca do szału, ale były źródłem zabawnych spotkań. To doświadczenie w dużej mierze ukształtowało Lonka. Widział i sam czerpał energię z różnych sytuacji, które dobrze korespondowały z jego poczuciem absurdu wyniesionym z wczesnej młodości w kołchozie.

Jazda przez afrykański busz, często pośród wiwatujących miejscowych, śpiewając na głos różne rosyjskie sentymentalne piosenki, miała posmak fabuł pisanych przez Mrożka, Ionesco czy Witkacego.

47.

Poniżej przytaczam słowa piosenek ruskich, tak jak je śpiewał Lonek, a jak je zapamiętałem. Mogą mieć nieścisłości w stosunku do pierwowzorów, ale to nie było ważne, gdy śpiewaliśmy je w afrykańskim buszu. Niektóre były w wersji polskiej. Inne rosyjskiej. To dobrze pasowało do Lonka, który miał wyraźnie rusko/polska duszę.

Zaczęło się od Za cichem stepi Zabajkala, gdie zoloto rayut w gorach, bradiaga siudbu preklinaja/ tolszczilsia z sumkoi na pleczach/…. (za cichymi stopniami jeziora Bajkał samotny wędrowiec, przeklinając swoje trudne życie, szedł powoli z plecakiem na ramionach…).

Potem było równie pięknie. Od “z nami bajevoj kapitan” (byliśmy szczęśliwi i bezpieczni, bo był z nami doświadczony w różnych wojnach morskich, starszy oficer…) …do: nie płacz dziewczonoczka , soldat gieroj… (nie płacz dziewczyno, twój narzeczony zginął jako bohater, a medal, który przyśle ci wojsko powinien przypominać o waszej wzajemnej miłości)….i dalej, …gdzieś w dalekim porcie banda grasowała/ nie uchwytna przez szereg lat/ z policyjnych obław wychodziła cala / nie ponosząc najdrobniejszych strat….

Pod koniec, gdy byliśmy już solidnie wyczerpani, przychodził czas na patriotyczną pieśń “my pierwsza brygada/ strzelecka gromada/ na stos rzuciliśmy/ swój życia los, na stos, na stos!”

Aby nieco rozładować narodowe uniesienie, Lonek często zamieniał oryginalne słowa na obrazoburcza wersje : “my Pierwsza Brygada/Piłsudskiego dziada” (my Pierwsza Brygada/dowodzona przez starego Piłsudskiego).

Lonek miał bardzo bogate doświadczenie. Wyjaśnił, że śpiewanie przy ognisku w kołchozie było ulubioną rozrywką męskiej młodzieży.

Nic dziwnego, że z sentymentem wspominał czas rodzinnego zesłania do Kazachstanu.

48.

Ja, od czasu do czasu, wpychałem się z moją piosenką: Kiedy płynę w dal/ pośród spienionych fal wyłania się obraz mojej dziewczyny/ jaka to już noc, jaki dzień/ mija od naszego pożegnania/daleka droga !

Wiele piosenek znałem z czasów żeglowania na Mazurach, a później na Zawiszy Czarnym, pełnomorskim szkunerze.

Były sentymentalne i pełne przygód, wyrażające smutek z powodu pozostawienia za sobą dziewczyn swego serca. A tym bardziej naładowane emocjonalnie, że żyliśmy (przez większość czasu) w celibacie. Wzmacniało to romantyczne wyobrażenie (którym byliśmy przesiąknięci po brzegi), że jak mówi polskie przysłowie: męską rzeczą jest podróżować daleko, a kobiecą rzeczą jest wiernie czekać ….na powrót mężczyzn. To zapewne jakaś czkawka po Odysei Homera.

48a.

Gajowy miał specyficzne poczucie humoru. Nie lubił tego rosyjskiego sentymentalizmu ani moich łzawych piosenek o pannach pozostawionych w domu…. i zaproponował swoje piosenki, które wykonywał z wielkim emocjonalnym zaangażowaniem.

49.

O ile piosenki moje i Lonka przesiąknięte były smutkiem i nostalgią za światem pozostawionym, to piosenki Wojtka przesiąknięte były agresją wywołaną porzuceniem przez wiarołomną kochankę. Były wulgarne. Nadawały się do śpiewania w buszu ale nigdy w eleganckim towarzystwie.

Śpiewał je z wielkim zaangażowaniem, jakby stanowiły katharsis dla jego wciąż bolesnych wspomnień. Niektóre słowa, które uwielbiał artykułować donośnym głosem, były po prostu absurdalne. Wyglądało to tak, jakby tekst napisali poeci surrealistyczni i mizogini.

Było to zgodne z pytaniem-żartem: ilu surrealistów potrzeba, by zmienić żarówkę?

Odpowiedź brzmi: śledź!!!!

tj. absurd zgodny z surrealistycznym sposobem wyrażania rzeczywistości nie spójnej wewnętrznie i nie poskładaną w konsekwentnie rozwijana narracje.

Zwykle zaczynał od: biedna matka musi pić i tańczyć, całą noc/ bo ma dziecko małe… ma dla kogo żyć/ ciało jej zwiotczale/goni resztka sił/ bo ma dziecko małe/ krew wypruwa z żył….

Czysty nonsens przez cały czas. Zwrotka za zwrotką.

A potem: bo maszynka, okopana i ukryta gdzieś w terenie/i jak para zakochana/sieje serie jak marzenie

50.

Ponownie, główną wartością jest jego całkowita absurdalność, której nie da się pojąć żadną logiczną operacją umysłową. O dziwo, te bzdury miały wartość wyzwalającą. Po pewnym czasie reszta kolegów (część podróżniczej bohemy), też łagodziła napięcia podroży, dołączając się do śpiewu. Dobrze, że nikt, oprócz garstki dzieciaków, nas nie słyszał.

A na końcu hit: / Po co mi twoje pierdolone kwiaty / twoja pierdolona wiązanka bzu / skoro ty, dziwko, zabrałaś szczęście / jesteś dobra tylko dla psów.

Piosenki musiały być sposobem na uwolnienie stresu, który w przeciwnym razie mógłby się niezdrowo nagromadzić.

(Przepraszam za cytaty. Zamieściłem tu bo oddawały element naszego nastroju, który się radykalizował w miarę upływu czasu i narastania tęsknoty za normalnym domem)

Nigdy wcześniej nie słyszałem takiego języka. Ale to był język używany tylko w piosenkach. Wojtek był zawsze bardzo uprzejmym, łagodnym, powściągliwym w wyrażaniu siebie dżentelmenem.

50a.

Często jeździliśmy ze złożonym brezentowym dachem w kabinie. Stary 66, samochody wojskowe, były wyraźnie zaprojektowane nie jako pojazdy bojowe, ale jako pojazdy używane w paradach zwycięstwa. Moje ulubione miejsce znajdowało się na kole zapasowym między kabiną kierowcy a główną skrzynią.

Wiatr wiał mi w oczy. Afryka przed nami. Raj na ziemi. Chciało się krzyczeć ze szczęścia. Doktor Faust Goethego podpisał pakt z diabłem. Poszukiwanie szczęścia, jak dotąd, nigdy mu się nie udało. Choć bardzo tego szczęścia pragnął. W pakcie z Lucyferem ten ostatni dał Faustowi moc robienia różnych rzeczy wykraczających poza możliwości zwykłego śmiertelnika. W zamian diabeł chciał zawładnąć duszą Fausta. Mogło to jednak nastąpić tylko wtedy, gdy Faust po raz pierwszy tak bardzo zachwycił się swoim życiem, że zapragnął zatrzymać te chwile szczęścia na zawsze.

51.

Dla diabła ta transakcja nie zakończyła się sukcesem. Faust nigdy nie doświadczył satysfakcji, za którą zapłaciłby wiecznym potępieniem swojej duszy. Nigdy nie poczuł się na tyle szczęśliwy by w zapomnieniu o umowie z Diabłem, chcieć zatrzymać moment szczęścia na dłużej.

Dopiero w chwili śmierci Faust doznał olśnienia mając wizję boskiego raju. Diabeł jednak nie dostał nagrody w postaci Faustowej duszy. Moment śmierci jest momentem liminalnego zawieszenia. Już się nie jest TU, ale jeszcze się nie jest TAM.

W umowie było, że ten moment wszechogarniającego szczęścia miał nastąpić za życia.

Przypomniał mi się ten epos Goethego jadąc na kole zapasowym gdzieś pośrodku Afryki. Byłem zadowolony, że żadnego cyrografu z Diabłem nie podpisywałem. Szczęcie tak mnie wypełniało po brzegi, że na pewno bym wpadł, zgodnie umowa, we władze szatańskie.

To było ekscytujące. Jazda po afrykańskich bezdrożach, śpiewanie tak głośne, jak to tylko było możliwe i podążanie naprzód “w nieznane”.

Jestem pewien, że krzyczałbym między piosenkami, że chciałem, aby ta “chwila” trwała wiecznie, bez względu na piekielne konsekwencje.

51a.

James Michener, sławny amerykański pisarz, pracował nad książką o historii Polski. Niedługo przed opuszczeniem Warszawy usłyszałem wywiad z nim. Powiedział, że centralną postacią jego tekstu jest polski arystokrata posiadający rozległe posiadłości ziemskie, zarówno w Prusach, jak i w Rosji, dwóch imperialnych mocarstwach znajdujących się w bezpośrednim konflikcie podczas I wojny światowej. Arystokrata musiał wybrać lojalność wobec jednej lub drugiej walczącej strony. Nagrodą za właściwy wybór było zachowanie majątku. Jeśli opowiedziałby się po stronie przegranej, zostałby pozbawiony majątku ziemskiego.

Po długich rozważaniach opowiedział się po stronie Rosjan. Jego argumentem było to, że rosyjskie pieśni trzymały ludzi razem, podczas gdy Prusacy nie mieli żadnej muzyki przy ogniskach. Ludzie, którzy śpiewają razem sentymentalne, wzruszające pieśni, rozumował arystokrata, zawsze będą przeważać nad tymi, którzy tego nie robią.

Historia potoczyła się nieprzewidywalnie. Ale nie o to chodziło.

Lonek miał dobry głos i dobre ucho. Naprawdę zaśpiewał te piosenki w sposób “szczypiący duszę”. Słuchając tych śpiewów nie kwestionowałbym wyborów i rozumowania arystokraty.

Nie docenia się roli śpiewu i muzyki w porozumieniu międzykulturowym. Kiedy czasem Lonek śpiewał na biwaku, po posiłku, grupy dzieci, które nam zawsze towarzyszyły, milkły i słuchały. Nawet porzucały swe namolne prośby o prezenty.

Kiedy jednak Gajowy kiedyś zaintonował : „na ch..mi twoje kwiaty..itd” rozpierzchły się z piskiem i w przepychankach.

Następnego dnia, gdy spakowani wybieraliśmy się dalsza drogę usłyszeliśmy dziecięce glosy naśladujące Gajowego wieczorne śpiewy, z dobrym polskim akcentem: “na ch…mi twoje kwiaty…”.

Mówi się, że ludzie, którzy się razem modlą zawsze pozostaną razem. Pieśni były podobne do hymnów religijnych. Ci co je śpiewają będą się razem trzymać jak uczestnicy tych samych modlitw. Ja pierwszy raz poczułem więź, śpiewając te pieśni z Lonkiem.

Nikt nie stanąłby po stronie ludzi śpiewających piosenki Gajowniczka. Myślę, że były one “osobistym wyborem” doktora. Nie służyły międzyludzkiej więzi. Były raczej wehikułem ostatecznego zerwania więzi z kobieta (o której nic nie wiedziałem), która poszargała jego młodzieńcze uczucia.

I Wojtek miał do niej pretensje.

52.

I jestem szczęśliwy z cygańską duszą, śpiewał Lonek, i dobrze słowa rezonowały z moim odczuciem: “I lekko mnie z duszoju Cyganskoj, kaczewat ni kago nie lubiat...” . Chcę dalej wędrować i nikogo nie kochać….

53.

Czułem się szczęśliwy i dzieliłem to uczucie z moimi przyjaciółmi, Gajowym, Lonkiem i Misiem. Ale nie ze Stasiem Nowakowskim, naszym kierowcą i dobrym kompanem, który cierpiał w czasie podroży.

Jakże prawdziwe jest powiedzenie, że zarówno piekło, jak i niebo znajdują się w umyśle! Podczas gdy my byliśmy rozradowani, Staś Nowakowski, który opuścił rodzinę w Polsce i który nie był wystarczająco wynagradzany finansowo za swoją “pracę” i który nie interesował się Afryką, czuł się przygnębiony aż do łez.

54.

Staś nie rozumiał przyczyny naszego nastroju, który był napędzany wyłącznie przez afrykańską atmosferę, bez pomocy alkoholu, którego nigdy nie piliśmy podczas jazdy.

Chłopaki – powiedział nam kiedyś Staś, jakby sprowokowany do zwierzeń. Był w diametralnie innym nastroju niż my.

Staś był starszy od nas o dekadę lub dwie. Był mechanikiem w Starachowicach, gdzie produkowano Stary. Znał je na wylot. Mawiał, że tak jak w wojsku uczą poborowych rozkładać i składać kałasznikowy z zamkniętymi oczami, tak on, główny fachowiec, uczył swoich młodszych mechaników podobnego podejścia do ciężarówek. Udowodnił już, że zna nawet najmniejszą część samochodu, demontując i ponownie montując silnik Stara na pustyni.

To było zarówno bolesne, jak i trudne do uwierzenia w to, co nam powiedział. Zapewnił nas bardzo surowym głosem, że gdyby wiedział co go czeka, odciąłby sobie lewą dłoń, aby zostać zdyskwalifikowanym z Wyprawy.

Wypowiedź Stasia nas zmroziła. Jak cykady głośno ćwierkające w upalne lato i nagle przerywające swoją “muzykę”, zamilkliśmy jak na komendę w połowie którejś pieśni.

55.

Słyszeliśmy, że Afrykanie czasami odcinają małe palce u lewej ręki na znak protestu. Ale nie całej dłoni!!!

Polubiliśmy Staszka. Był bardzo przystępny i wydawał się uczciwy we wszystkich swoich działaniach. Uważał Afrykę za wrogi kraj, do którego został wygnany.

Staszek – pytaliśmy po kolei – o czym ty mówisz? Przecież jesteś otoczony afrykańską przyrodą. Wszyscy kochamy Cię jak brata, o co jesteś taki zgorzkniały?

A dookoła piękna, bujna przyroda i przyjaźni ludzie pozdrawiający nas z pobocza drogi.

Staś nie dał się łatwo pocieszyć. Szukał argumentów na poparcie swojej niechęci do Afryki. Prawdopodobnie tęsknił za rodzina, za kumplami, za robota w fabryce. Afryka i podróż były językiem którym wyrażał te tęsknoty.

Przyjazny i radosny? – Staszek zapytał konfrontacyjnie. A ja ci mówię, że oni tylko czekają, żeby mnie wpakować w kłopoty. Widzę to w ich oczach – kontynuował z emocjonalnym zaangażowaniem. Oni tylko czekają na moment mojej dekoncentracji, żeby rzucić mi się pod koła, doznać kontuzji, a potem zażądać wysokiego odszkodowania.

Po chwili dodał słowa, które później na stałe weszły do słownika Michała, Gajowego i mojego.

Wy tego nie wiecie.

Ale, już ja ich KURWÓW ZNAM !!!

56.

Nigdy nie wiadomo, który epizod, spośród setek kandydatów, przetrwa w pamięci, żywy i kolorowy jak wtedy, gdy po raz pierwszy pojawił się przed naszymi oczami.

Po latach, rozmawiając z Gajowym w Warszawie, kiedy narzekał na administrację szpitala blokującą jego energię i innowacyjność, nawiązałem do rozmowy ze Stasiem w kabinie.

Masz rację, powiedział Gajowy, nie powinienem być zły na dyrekcję szpitala: przecież: JUZ JA ICH KURWOW ZNAM !!!!

I śmialiśmy się.

56a.

Jacek był niepowtarzalnym typem człowieka.

Wrażliwy „do bólu”. Bywał czasem trudny w obyciu.

Kiedy kilka miesięcy wcześniej spędzaliśmy Boże Narodzenie na pustyni podczas burzy piaskowej, ciało Jacka pokryło się pęcherzami wypełnionymi jakąś krwawą cieczą. To była prawdziwa udręka. Wojtek zaaplikował mu wtedy dawkę Valium.

Lek, prawdopodobnie znany Jackowi sprzed wyprawy, zadziałał. Od tej pory Jacek nabrał “apetytu” na valium, ilekroć czuł się pod psychiczną presją przedłużającej się podróży. Zdecydowanie przeciwstawiał się nastrojowi “robienia podróży” tak szybko i krótko, jak to tylko możliwe. Miał swoją taktykę, aby zatrzymać prędkość poruszania się do przodu. Wyskakiwał z samochodu przy mniejszej prędkości, gdy zauważył coś szczególni To było ekscytujące. Jazda po afrykańskich bezdrożach, śpiewanie tak głośne, jak to tylko było możliwe i podążanie naprzód “w nieznane”.

Jestem pewien, że krzyczałem między piosenkami, że chciałem, aby ta “chwila” trwała wiecznie, bez względu na piekielne konsekwencje fotogenicznego. Dopiero po jakimś czasie zauważano jego nieobecność na samochodzie.

Kiedy “oni” (mówiąc o kierownictwie Wyprawy) zapytaliby, dlaczego nagle wysiadłem – instruował mnie Jacek- powiedz im, że zauważyłem w osadzie kupę ZŁOTA!!! I wysiadłem zbadać, czy nie mogliby nam cos z tych zapasów użyczyć.

Jacek żartował, oczywiście, parodiując “filisterskie” gusta naszych współpodróżników, którzy potrafiliby ekscytować się ZŁOTEM, będąc jednocześnie ślepymi na subtelne aspekty ludzkiej egzystencji, jak ciekawa architektura lub sztuka ludowa, widoczne dla Jacka.

56b.

Powracając wstecz do odwiedzin Kamerunu.

Wojtek bywał porywczy. Szczególnie po alkoholu. Do Jacka miał mieszane uczucia. Jacek wydawał mu się pięknoduchem, wymagającym opieki, na która Wojtek nie był przygotowany.

Kiedyś Jacek znalazł drogę do ukrytych zapasów Valium. Było to w Bamileke, francuskiej części Kamerunu.

Valium zmieszane z francuskim winem dawało piorunującą reakcję. Jacek miał dużą wrażliwość artystyczną, co utrudniało mu trzymanie języka za zębami w stresujących warunkach stałego towarzystwa.

Z tym „trzymaniem języka za zębami to skrajny eufemizm”. Jacek pod wpływem używek zmieniał swa osobowość. Krzyczał i przeklinał wiązanką najobraźliwszych słów, jakie przychodziły mu do głowy.

To, że nigdy nie straciłem sympatii do niego zawdzięczam głębokiemu uczuciu, jakie do niego żywiłem.

Zupełnie jak w piosence: „możesz nie chamem zwać/możesz mnie w mordę dać/a i tak będę cię zawsze kochała..”

Niektórzy mówią, że „in love you never have to say sorry” (w miłości nigdy nie trzeba przepraszać). Pod dyskusje!!!

Wojtek nie był tak zdeterminowany jak ja, by traktować Jacka jak „enfant terrible” naszej grupy. Ktoś kto ma tak wiele do zaoferowania jak miał Jacek, może według mnie, oczekiwać „specjalnego statusu” i tolerancji „na maksa”.

Nie wszyscy się ze mną zgadzali.

Dopóki werbalne ataki Jacka nakierowane były na „kierownictwo” Wyprawy, które stale ponaglało do szybkiego przejazdu, wbrew intencjom Jacka, Wojtek traktował je z pobłażaniem. Ale jeśli te ataki kierowane były na niego, ze względu na utrudnianie dostępu do narkotyków, wtedy Wojtek tracił charakterystyczny dla siebie „cool”. W jednym przypadku nawet fizycznie Jacka zaatakował.

Na przystanku w Bamileke Jacek połknął kilka tabletek. Zmieszał je z winem i wpadł w “niekontrolowany” nastrój. Pobiegł do pobliskiego zagajnika, znajdującego się nieopodal naszego biwaku, a także osady tubylców i pod osłoną ciemności zaczął wykrzykiwać różne nieprzyzwoite teksty skierowane do współpodróżnych. Potrafił krzyczeć tak głośno, że cała okoliczna wioska ze zdumieniem słuchała, skąd dochodzi taki dudniący głos.

57.

Jacek wymienił nas wszystkich z imienia i nazwiska, w sposób uporządkowany, zaczynając od kierownictwa wyprawy i systematycznie schodząc w dół w naszej „hierarchii”. Siedziałem z Gajowym i Michałem na skraju lasu. Byliśmy w jowialnym nastroju po obfitym wypiciu francuskiego wina i poniekąd bawiły nas różne epitety, jakimi Jacek obrzucał czołowe postacie z naszego grona.

A, trzeba powiedzieć, Jacek miał dobra wyobraźnie w wymyślaniu epitetów i inwektyw.

58.

Wreszcie, gdy już myślałem, że nam trzem, jako najbliższym towarzyszom Jacka, udało się wymknąć z tej wykrzykiwanej litanii wyzwisk, Jacek przypomniał sobie o doktorze Gajowniczku. Z wykrzykiwanych wyzwisk można było zrozumieć, że Jacek protestuje przeciwko ukrywaniu przed nim Valium, które przecież tak dobrze mu służy. Zanim zdążyliśmy się z Michałem zorientować, co się dzieje, Wojtek poderwał się z fotela i pobiegł do lasu, skąd dobiegał ten głos o niemal nieludzkim natężeniu.

58a.

Po jakimś czasie doktor musiał odnaleźć Krzykacza, bo jego wyzwiska zamieniły się w bełkot i nieartykułowane odgłosy, jakby wydawane przez jakaś dzika bestie.

Wyobrażałem sobie co myśleli mieszkańcy wioski na skraju lasu.

Widziałem zapalające się po chatkach lampy naftowe. Po chwili z kierunku wioski słychać było odgłosy tam tamu i monotonne śpiewy. Prawdopodobnie sprowadzono na pomoc szamana i poproszono by ten zainicjował ochronne zaklęcia magiczne.

58b.

Michał i ja pobiegliśmy interweniować. Znaleźliśmy ich tarzających się na leśnej ściółce i okładających się jakimiś słabo zrozumiałymi inwektywami. Zaprowadziliśmy obu naszych przyjaciół z powrotem do obozowiska. Obaj krwawili i mieli podarte koszule.

Dlaczego puściły ci nerwy? – pytałem Gajowego, przecież jako lekarz musiałeś widzieć, że Jacek był wtedy niepoczytalny.

Wojtek stwierdził, że było “ponad jego siły” by tolerować Jackowe wyzwiska.

A ponadto, akurat wtedy nie czul, że jest na ostrym dyżurze, kiedy to lekarze miewają do czynienia z rożnymi szemranymi typami.

No cóż!!!

59.

Wojtek po namyśle zgodził się, że po zbyt dużej ilości alkoholu zachowuje się jak ten “skorpion z opowieści Zen”, który zabił żabę, pomagającą mu uratować się przed powodzią, nie bacząc na tragiczne konsekwencje dla nich obu.

59a.

Jego “osobista filozofia” działania bez względu na konsekwencje ujawniła się następnego dnia. Jeden z naszych samochodów, jadąc w nocy, uderzył w kilka szałasów, zagrażając śpiącym mieszkańcom. Kiedy samochód w końcu się zatrzymał i stało się jasne, że nikt nie zginął. Zostaliśmy otoczeni przez zdumionych, ale pokojowo nastawionych mieszkańców miasteczka. Wojtek, który był pod silnym wpływem alkoholu, namawiał kierowców do “ucieczki” z miejsca zdarzenia, obawiając się odwetu. Pozostali z nas, widząc, że nie grozi nam utrata życia, zdecydowali się spisać protokół i wrócić następnego dnia w celu sfinalizowania ubezpieczeń.

60.

Wojtek okazał się agresywny i chciał sam prowadzić samochód, powodując najprawdopodobniej kolejne zniszczenia. Kilku z nas musiało siłą interweniować i nakłonić kierowców by spokojnie odjechali z miejsca zdarzenia. Mieliśmy dobre ubezpieczenie … i nie powinniśmy się już martwić o wypadek. Mogło być dużo, dużo gorzej.

Krótko potem pogodziliśmy się. Wojtek przyznał, że jego zachowanie poprzedniej nocy mogło ściągnąć na nas duże kłopoty i było skandaliczne. Przeprosiliśmy się wzajemnie i powróciliśmy do bycia dobrymi kumplami.

Niedługo po tym “mrożącym krew w żyłach” incydencie natknęliśmy się na kolejny zagrażający życiu epizod.

Wy jeszcze nie wiecie, co komu pisane i kto będzie żył…- (nigdy nie wiesz, jaki los cię czeka i kto będzie żył, a kto umrze” – śpiewa Bułat Okudżawa.

Życie to wybór między “bezpieczeństwem” a podejmowaniem ryzyka. Jedno prowadzi do nudnej egzystencji. Drugie może skończyć się źle.

Nie wiedzieliśmy, jaki los nas czeka… a jako dwudziestolatkowie uważamy niebezpieczeństwo za seksowny i akceptowalny sposób na życie.

61.

Do takiego wniosku doszedłem po pozornie błahym incydencie w Tanzanii. Przy wjeździe do Serengeti Wojtek kupił od strażników bawole rogi i cisnął nimi gdzieś w tył samochodu Renata. Na samochodach, na skrzyni, spędzaliśmy czasem noc, gdy spóźniliśmy się na jakiś postój i nie zdążyliśmy rozbić namiotów. Jakiś czas później krzątaliśmy się po samochodzie. Odwiedzili nas mieszkańcy pobliskiej wioski. Nagle usłyszałem krzyk jednego z nich. Potem zobaczyłem grupkę gości intensywnie wpatrujących się w buretę samochodu. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem głowę węża wyłaniającą się z małego wycięcia w boku samochodu.

62.

Mamba !!! Mamba !!! krzyczeli podekscytowani Afrykanie. Jeden z nich sięgnął po maczetę i odciął gadowi głowę. Później pokazali swoje dłonie pozbawione niektórych palców. Dowiedzieliśmy się, że zielona mamba, dość niepozorny gad, jest najbardziej jadowitym wężem w Afryce. Jeśli ktoś zostanie ukąszony przez mambę podczas koszenia trawy lub bananów, musi natychmiast odciąć miejsce użądlenia. W najlepszym przypadku może to być palec. W bardziej niefortunnych przypadkach może to być cała dłoń lub stopa. To jedyny sposób na przeżycie.

Mamba, która musiała zamieszkiwać poroże bizona, znalazła szczelinę i mogła niezauważona wydostać się z samochodu. Mogła też osaczyć każdego z nas śpiących na skrzyniach. Trudno byłoby później podać przyczynę śmierci.

Zawał serca lub zatrucie alkoholem byłyby najbardziej prawdopodobnymi diagnozami medycznymi wymienionymi w akcie zgonu.

Prawdopodobnie poroże bizona zdobi gdzieś mieszkanie Wojtka. Nigdy u niego nie byłem. Ale ufam, że nie kryje się tam już żadne afrykańskie “śmiertelne niebezpieczeństwo”.

63.

Kilka miesięcy później, kilku z nas, zdecydowało się na wyprawę na Kilimandżaro. Tam dostałem ataku choroby wysokościowej. Do wysokości 5000 metrów szedłem pod górę i nic mi nie dolegało. W nocy, przed ostatecznym “atakiem” na szczyt złapała mnie choroba. Miałem szczęście. W moich płucach zgromadziły się duże ilości jakiegoś płynu. Mogło być gorzej. Kiedy taki płyn gromadzi się pod czaszką mózgową, następuje nieuchronna śmierć. Moi towarzysze zostawili mnie na dzień na pryczy i sami poszli w “śniegi Kilimandżaro”.

64.

Z pewnością spodziewali się, że tak wysportowanemu chłopakowi, jakim wtedy byłem, nie mogło stać się nic poważnego. To była samolubna kalkulacja. Wielu młodych i zdrowych mężczyzn zginęło w górach w podobnych warunkach i z podobnych powodów. To prawda, że byłem zbyt chory, by poprosić ich o natychmiastową pomoc. Ale prawdą jest również, że żaden z moich kolegów nie zaoferował wczesnej interwencji przed powrotem ze szczytu.

No cóż ! Wiadomo, że przyjaźnie mają wpisany w siebie “stan ograniczonej sympatii”. W końcu wychowaliśmy się na wesołej żołnierskiej piosence “jak to na wojence ładnie/Kiedy ułan z konia spadnie/Koledzy go nie żałują /jeszcze końmi potratują”. I wszyscy wesoło !!!! tra la la la..trala la la…jeszcze końmi potratują !!!

To była w skrócie krótka lekcja na temat warunków męskiej przyjaźni. Postępowanie w inny sposób zostałoby zakwalifikowane jako “miłość”, która, w kontraście do przyjaźni, ma tendencję do poświęcania się.

65.

U podnóża góry znajduje się wiele krzyży i kamiennych kapliczek ufundowanych przez rodziny młodych ludzi, którzy zginęli na zboczach tej słynnej góry.

Pod wieczór “koledzy” wrócili i zobaczyli, że “nie czuję się dobrze”. Traciłem przytomność, nie mogłem oddychać. Razem z naszym przewodnikiem zrobili prowizoryczne nosze i zaczęli znosić mnie na dół.

To była dramatyczna ewakuacja, podczas której kilka razy wylądowałem twarzą w błocie.

Na dole wynajęta furgonetka zabrała mnie do szpitala w Moshi. Zostałem tam przez 10 dni. Większość czasu pod tlenem. Był to luksusowy, mały szpital z doskonałą opieką. Nie tylko doszedłem tam do siebie, ale także zyskałem dodatkową siłę dzięki „szpitalnym posiłkom ”, które okazały się bardziej kaloryczne i pożywne niż nasza dieta wyprawowa, oparta prawie wyłącznie na puszkach.

66.

Przez cały czas opiekował się mną Wojtek.

Opiekowała się mną też piękna, czarnoskóra, 23-letnia dziewczyna. Nazywała mnie “whisky”, bo końcówka w nazwisku Dąbro-wski, kojarzyła się jej z jej ulubionym trunkiem. Nazywała mnie czule, “dabro-whisky“. Kiedy powiedziałem jej, że “dobro” po polsku oznacza “good” wpadła w ekstazę i całowała mnie namiętnie.

Yes! Yes! – mówiła – ty jesteś jak „good whisky”. Czułem, że wracałem do zdrowia, pod taką opieką.

Leżąc na wpół martwy w łóżku, trochę poza świadomością, zostałem przywrócony do “krainy życia” przez urokliwy zapach jej ciała, mieszający aromaty ogniska z zapachem alkoholu i potu. Potem znów odpływałem w senne fantazje o trudnej do wyrażenia słowami słodyczy. Zanim nie wyzdrowiałem na tyle by dokładnie się zorientować co mi się przytrafiało, kiedy krążyłem na wpół świadomą wyobraźnią po rajskich stepach, moją „afrykańska przygodę” przeniesiono do opieki nad innymi pacjentami. Bez wątpienia było to posunięcie dyscyplinarne ze strony całkowicie białego kierownictwa.

67.

Jak uczy Zen, nigdy nie wiemy, czy to, z czym mamy do czynienia, jest “dobre” czy “złe” z punktu widzenia naszego długoterminowego interesu.

Gdyby została dłużej w mojej izolatce, mógłbym ulec pokusie symulowania coraz to nowych objawów, by tylko przedłużyć swój pobyt w szpitalu. A tak nie miałem powodu, by zostać tam dłużej niż to konieczne.

Wojtek wyjaśnił mi, na czym polega moja choroba i że rzeczywiście mam szczęście, że żyję. Pytałem go też czy wie coś na temat „czarnego anioła”, który tak dobrze opiekował się mną podczas niemocy.

Wojtek z tajemniczym uśmiechem potwierdził, że coś niecoś wie. W największym skrócie mówiąc, wyraził zadowolenie, że „anioł” został przeniesiony na inny oddział…bo „po co pchać się w kolejne tarapaty”, wkrótce po uniknięciu śmierci na Wysokiej Górze.

Wiadomość o moim wypadku dotarła do Polski i znalazła się na pierwszych stronach znanej gazety. W ciągu następnych kilku tygodni otrzymałem kilkanaście telegramów z życzeniami powrotu do zdrowia.

Miło było pomyśleć, że “tam, daleko” są ludzie, którzy wiernie czekają na mój powrót.

Osłabiony, ale zdrowy, opuściłem szpital z pomocą doktora. Spędziłem kilka dni na rekonwalescencji pod opieką polskiej rodziny, która mieszkała w okolicy od czasów drugiej wojny światowej. Polacy, historycznie tragiczny naród, byli rozsiani po całym świecie jako migranci lub uchodźcy. Tutaj, w Arushy, grupa Polaków znalazła gościnne warunki, przybywając jako rodziny żołnierzy z armii Andersa. Pozostali w Afryce, czyniąc to miejsce swoim domem.

68.

Gospodarz domu miał sklep mięsny w Moshi. Szybko wróciłem do pełni sił na polskim jedzeniu wzbogaconym egzotycznymi potrawami z afrykańskich antylop.

Pożegnaliśmy się z gospodarzami i razem z Wojtkiem i ruszyliśmy autobusem do Nairobi, gdzie czekała na nas reszta podróżników.

Po przybyciu do Nairobi okazało się, że tym razem to Wojtek poważnie zachorował. Dostał zapalenia wątroby (żółtaczki zakaźnej) i wrócił do Polski na leczenie.

Czułem się bardzo dobrze i kontynuowałem podróż, smutny z powodu utraty dobrego przyjaciela i zaufanego lekarza.

Bez Wojtka pojechaliśmy jeszcze do Etiopii, Sudanu i Egiptu. W Aleksandrii zakończyliśmy tę epicką przygodę życia.

69.

Wkrótce potem każdy z nas na własną rękę poleciał (lub pojechał) do Warszawy.

Samochody zostały przetransportowane do Gdyni na jednym z polskich statków.

Po powrocie byliśmy zapraszani na różne prelekcje i wykłady. Kilka razy telewizja pokazywała filmy dokumentalne nakręcone przez Jacka, a my byliśmy zapraszani do dyskusji na różne tematy związane z Afryką.

Niedługo potem byłem współorganizatorem Towarzystwa Eksploracyjnego, instytucji wspierającej wyjazdy indywidualne do krajów Azji, Ameryki Południowej i Afryki. Wspierany przez Towarzystwo, wyjechałem, tym razem wraz z Markiem Bogatkiem, z Polski do Australii, gdzie urządziłem sobie życie, częściowo w oparciu o inspiracje doznane w czasie Wyprawy AWA72.

Po kilkudziesięciu latach ponownie spotkałem się z Wojtkiem w Warszawie.

W skrócie opisaliśmy nasze życie „po wyprawie”.

Wojtek opowiadał o swoim kontrakcie w Iraku i różnych perypetiach w życiu osobistym.

Wydawał się być w stłumionym nastroju. Nie było sposobu, aby powrócić do klimatu “tamtych lat” poprzez, na przykład, przyśpiewkę o maszynie, okopanej w// to, jak para kochanków itp

70.

Nie. Teraz nie było już miejsca na absurdalne skojarzenia. Byliśmy teraz w innych światach, daleko od nastroju Afryki, gdzie piosenki stanowiły katharsis i wytchnienie od presji intensywnego podróżowania.

Później moje pobyty w Polsce stały się częstsze. Wielokrotnie odwiedzałem Afrykę. Tym razem były to wizyty w słabo udokumentowane rejony malunków naskalnych. Za każdym razem Wojtek zapewniał wymagane szczepienia i zaopatrywał w zestaw leków.

Raz poszukiwania sztuki prehistorycznej zaprowadziły mnie w okolice miejscowości Kolo, w Tanzanii, nieopodal Kilimanjaro. Przy okazji odwiedziłem wioskę w pobliżu szpitala w Moshi, skąd, najprawdopodobniej wywodziła się dziewczyna z moich, na wpół przytomnych fantazjach, sprzed kilku dekad, gdy leżałem powalony choroba wysokogórską. Dziewczyny cum teraz Dorodnej Kobiety, nie spotkałem, ale napotkałem informatora, który pamiętał opowiadanie swej kuzynki sprzed lat, o chłopaku który się nazywał „whisky” i był „najprzystojniejszym młodym mężczyzną na świecie”.

No nie, niemożliwe – wykrzykiwał mój rozmówca – to jesteś rzeczywiście ty ? – mówił z niedowierzaniem.

Nie byłem pewien czy to niedowierzanie odnosi się do faktu, że się pojawiłem w wiosce po wielu latach. Czy raczej do tego, że moja „dorosła” osoba nie pasowała do entuzjastycznego opisu pacjenta imieniem „whisky”, o którym słyszał od kuzynki.

70a.

Zawód lekarza, zwłaszcza onkologa, jest bardzo trudny. Stawianie czoła sytuacjom nie do opanowania kładzie się cieniem na psychice lekarza. Nie sposób pozostawić frustracji i rozczarowania w miejscu pracy po zakończeniu dyżuru.

Wojtek w Warszawie nie był już jowialnym, szarmanckim młodzieńcem, z którym spędziłem wiele miesięcy w Afryce. Tam wszystkie interwencje medyczne kończyły się sukcesem. Tu, w Warszawie, nie. Nie rozmawialiśmy o tym. Wszystko można było wyczytać z twarzy naznaczonej licznymi smutkami.

Wojtek był lekarzem opiekującym się moją mamą w ostatnich miesiącach jej życia. Patrząc w oczy Wojtka wiedziałam, że jej życie jest skazane na zagładę. Nie było potrzeby rozmawiać. Wszystko, niestety, było dla mnie jasne.

70b.

Wiadomość o chorobie Wojtka dotarła do mnie w Sydney. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, jak poważny jest jego stan.

Poprosiłem córkę Wojtka, Katarzynę, aby przekazała mu moje życzenia powrotu do zdrowia i zapewnienia o miłości, jaką do niego czuję.

– A ta wiadomość o chorobie ojca dotarła już do Australii – zdziwiła się retorycznie Katarzyna.

Odpowiedziałem, że wydaje mi się, że ani odległość, ani czas nie są ważnymi parametrami w utrzymaniu uczucia przyjaźni.

Pomyślałem, że jak przyjadę do Polski w tym roku, to sam to Wojtkowi powiem.

Nadal mogę mu to powiedzieć, ale czy on, tam gdzie jest teraz, wysłucha moich słów?

Mam taką nadzieję.

Żegnaj Gajownisiu, dobry lekarzu i dobry przyjacielu!!!

Przeżyliśmy razem kawal „dobrego czasu”. Raz Ty, innym razem ja, wyciągaliśmy się z zagrażających życiu, tarapatów. Tym razem nie było mnie przy Tobie w czasie ostatniego zagrożenia. Ale nawet jakbym był, chyba tym razem nie byłbym w stanie Ci pomoc.

Wojciech

Sydney, 2024

 

 

Korespondencja

Website Project Created by RAW-CODE